W poniedziałek – dzień patronki Miasta świętej Anny.

Przyrodnik na granicy przyrodoznawstwa, czyli o tym, jak Oliwer Sacks dziwił się fenomenowi muzyki

lt. 3, 2021

 Słynny nowojorski neurolog Oliwer Sacks, znany z swych książek o zawiłościach funkcji i dysfunkcji mózgu i filmów nakręconych na ich podstawie („Przebudzenia”), napotkał w swym życiu fenomen, którego nie mógł zrozumieć w oparciu o metodę rozumowania przyrodoznawczego. Ponieważ zaś przeceniał możliwości całkowitego wyjaśnienia rzeczywistości przez przyrodoznawstwo – choć zastrzegał się inteligentnie, że poza nim jest jeszcze „całe bogactwo kontekstu ludzkiego” – stanął przed zagadką: jak to jest, że „niepotrzebna biologicznie” muzyka dostarcza człowiekowi tak poruszających przeżyć, ba, rzeczywiście leczy go z chorób, wspiera w trudzie życia, otwiera na rozumienie istnienia, porywa za sobą nie pytając o zgodę i uskrzydlając do czynów ponad miarę przeciętności.

 Jego książka „Muzykofilia” jest zapisem trudu myślenia przyrodnika (fizyka zawierająca chemię, fizykę klasyczną, biologię, darwinizm, behawioryzm, socjobiologię) próbującego zrozumieć świat bez rozpoznania ograniczeń metody nauk przyrodniczych. Naukowiec poniekąd musi być takim fanatycznym wyznawcą scjentyzmu, to pcha go do prób odkrywania nowych obszarów rzeczy poszukiwanych po omacku przy założeniu, że jednak są w zasięgu przyrodoznawstwa. O tym jednak, czego nie rozumie, nie powinien mówić, że jest „wyzbyte sensu”, ale że odpowiedzi o te aspekty rzeczywistości należy szukać u psychologa, cybernetyka, metafizyka, filozofa …

 Skąd pochodzą ograniczenia przyrodoznawstwa? Ponieważ „rozwiązanie problemu leży na wyższym poziomie niż poziom na którym problem się pojawił (Mikołaj Gomez Davila)”, to by poznać naturę trzeba wznieść się poza nią, ponad nią. Pojęcia atomu, substancji, idei matematycznej to założenia filozoficzne – narzędzia koncepcyjne do badania „od góry” przyrody. Te koncepty, mity naukowe rzutowane przez umysł na naturę wyjaśniają świat jak chcą, a nie tak, jaki on jest. Uparty chemik nie będzie dobrym przewodnikiem w galerii obrazów, a neurolog w świecie pojęć metafizyki, hermeneutyki – dobrze jest, gdy zdaje sobie sprawę z tego.

  Proponuję Czytelnikom przeczytanie fragmentu „Muzykofilii”.

  AD

Muzykofilia

Wstęp

 Jakiż to dziwny widok: Cały wielki gatunek – miliardy ludzi – zajmuje się tym, co nazywa „muzyką”, budując  w y z b y t e  s e n s u  konstrukcje dźwiękowe i słuchając ich. Była to jedna z tych rzeczy, które zainteresowały niezwykle inteligentnych przybyszów w Kosmosu, Nadzorców, w powieści Artura Clarke’a Koniec dzieciństwa. Ciekawość sprowadziła ich na Ziemię, gdzie grzecznie wysłuchali do końca koncertu, a następnie pogratulowali kompozytorowi „wielkiej pomysłowości”, chociaż cała impreza wydała im się absolutnie tajemnicza. Nie mogli dociec, co się dzieje z ludźmi, kiedy grają muzykę czy jej słuchają, z nimi bowiem nie działo się NIC. Jako gatunek nie znali muzyki.

 Możemy sobie wyobrazić dysputy Nadzorców podczas kosmicznego powrotu. Musieli przyjąć, że to dziwne coś, „muzyka”, ma jakiś istotny wpływ na ludzi, jest ważna w ich życiu, ale nie wiążą się z nią żadne pojęcia ani twierdzenia, brak w niej obrazów, symboli, materii językowej. Nie ma żadnej mocy przedstawiania, nie ma żadnego koniecznego powiązania ze światem.

 Niekiedy zdarzają się ludzie, którym podobnie jak Nadzorcom brak odpowiednich układów neuronowych, aby mogli oceniać dźwięki czy melodie, ale dla większości z nas muzyka ma wielką moc niezależnie od tego, czy jej celowo poszukujemy, czy uważamy się za „muzykalnych”. To upodobanie w muzyce – czyli muzykofilia – przejawia się już u bardzo małych dzieci, ma istotne znaczenie w każdej kulturze i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jest specyficznie ukształtowane przez kultury, w których żyjemy, przez okoliczności życia, przez specyficzne jednostkowe uzdolnienia lub ich brak, ale samo ono wdaje się tak głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze, iż chce się je uznać za wrodzone, tak jak za wrodzoną nam E.O. Wislon uważa biofilię – nasze upodobanie do żywych istot. (A może w ogóle muzykofilia jest tylko pewną postacią biofilii, skoro odczuwa się muzykę jako żywą istotę?)

 Ponieważ śpiew ptasi ma oczywiste funkcje adaptacyjną (w zalotach jako narzędzie agresji czy wytyczanie terytorium), nie dziwi więc jego względnie stała struktura i względnie jednoznaczne osadzenie w systemie nerwowy ptaków(aczkolwiek zdarzają się przypadki ptasich improwizacji czy duetów). O wiele trudniej zrozumieć źródła ludzkiej muzyki. Darwin z niekłamanym zdziwieniem pisał w O pochodzeniu człowieka: „Skoro zaś ani zamiłowanie, ani zdolność do wytwarzania tonów muzycznych nie są właściwościami oddającymi nawet najmniejszą przysługę człowiekowi w jego codziennym trybie życia, musi się je zaliczyć do zdolności najbardziej tajemniczych, w które człowiek jest wyposażony.” W znacznie bliższych nam czasach Steven Pinker pisze: „Jakie mogą być korzyści ze zużywania czasu i energii na wytwarzanie dźwięcznego hałasu? /…/ Jeśli chodzi o biologiczna przyczynę i skutek, muzyka jest bezużyteczna. /…/ Muzyka mogłaby przestać istnieć, a nasz tryb życia praktycznie pozostałby niezmieniony.” On sam wprawdzie jest bardzo muzykalny i na pewno życie bez muzyki bardzo by dla niego zubożało, nie sądzi jednak, by muzyka czy jakakolwiek inna sztuka, były bezpośrednim efektem ewolucyjnej adaptacji. W artykule z 2007 roku pisał:

 Wiele ze sztuk może w ogóle nie mieć żadnej funkcji adaptacyjnej. Mogą być programami ubocznymi dwóch innych czynników: systemów motywacyjnych, które wzbudzają w nas przyjemność, gdy doświadczamy sygnałów wiążących się z efektami adaptacyjnymi (bezpieczeństwem, seksem, uznaniem, bogatym informacyjnie otoczeniem), oraz technicznej biegłości, która nabywa się przy tworzeniu tych sygnałów w bardziej czystej i skoncentrowanej postaci.

 Podobnie jak inni także Pinker uważa, że nasze muzyczne uzdolnienia – a przynajmniej niektóre z nich – stały się możliwe dzięki wykorzystaniu czy dokooptowaniu układów mózgowych, które wcześniej wyłoniły się dla innych celów. Może się to wiązać z faktem, że nie ma w ludzkim mózgu jednego „centrum muzycznego”, lecz w związku z muzyką uruchamianych jest kilkanaście sieci rozproszonych po całym mózgu. Stephen Jay Gould, który pierwszy podjął skomplikowany problem zmian nieadaptacyjnych, skłonny jest w tym przypadku mówić o egzaptacjach – a nie adaptacjach – a jako jeden z najlepszych przykładów egzaptacji przytacza muzykę. (Wiliam James miał najpewniej właśnie coś takiego na myśli, kiedy pisał, że nasza wrażliwość na muzykę, podobnie jak inne aspekty „wyższego życia estetycznego, moralnego i intelektualnego” dostały się do naszego mózgu „tylnymi schodami”). [Spoza przyrody – AD]

 Niezależnie od tego, w jak wielkim stopniu zdolności muzyczne i wrażliwość na muzykę są zaprogramowane w naszym mózgu, czy tez na ile są produktami ubocznymi innych władz i skłonności, muzyka w każdej kulturze odgrywa rolę fundamentalną i centralną.

 My, ludzie, jesteśmy gatunkiem w nie mniejszym stopniu muzycznym niż mówiącym. Owa muzyczność przybiera różne formy. Większość z nas (z bardzo nielicznymi wyjątkami) potrafi odbierać muzykę, rozpoznawać tony, ich dźwięk, stosunki wysokości, kontury melodyczne, harmonię i (w bardziej może elementarnym stopniu) rytm. Zestrajamy wszystkie te elementy i „konstruujemy” w naszym mózgu muzykę, wykorzystując do tego różne obszary mózgu.  A do tej strukturalnej oceny muzyki – w dużej mierze nieświadomej – często dołącza się bardzo intensywna i emocjonalna reakcja.  „Niewyrażalna intymność wszelkiej muzyki – pisał Schopenhauer – w pełni zrozumiała, a jednak tak niewytłumaczalna, polega na tym, że oddaje ona wszystkie poruszenia naszej najgłębszej istoty, lecz w sposób całkiem nierzeczywisty i pozbawiony udręki […] Muzyka wyraża zawsze jedynie kwintesencję życia i jego procesów, a nie życie i procesy same.”

 Jednak słuchanie muzyki to nie tylko zdarzenie dźwiękowe i emocjonalne, ale także motoryczne. „Nasze zdolności są wysubtylizowane ze zdolności pełniejszych – pisze Nietzsche – ale i dziś jeszcze słucha się muzyki mięśniami.” Dostosowujemy się do muzyki, nawet jeśli zupełnie bezwiednie, nasze miny i gesty odzwierciedlają je „narrację”, a także myśli i uczucia, jakie wywołuje.

 Wiele z tego, co się dzieje podczas słuchania muzyki, zajść może także wtedy, gdy tylko „gra nam ona w głowie”. Przypominanie sobie muzyki nawet u ludzi niespecjalnie muzykalnych, dość wiernie oddaje nie tylko dźwięk i nastrój całości, ale także wysokość dźwięków i stosunki czasowe. Do tego dołącza się jeszcze niezwykła trwałość muzycznych wspomnień, tak że wiele z tego, co usłyszeliśmy we wczesnym dzieciństwie, pozostaje „wyryte” w mózgu do końca życia. Nasz układ słuchowy i nerwowy znakomicie nadaje się do muzyki.  W jakiejś mierze wiąże się to z cechami samej muzyki – z jej zawiłymi wzorcami dźwiękowymi zorganizowanymi w czasie, a je logiką, impetem, upartymi sekwencjami, natrętnymi rytmami, tajemniczym sposobem, w jaki ucieleśnia uczucia i „wolę” – a w jakiej ze specyficznymi rezonansami, synchronizacjami, oscylacjami wzajemnymi pobudzeniami i sprzężeniami zwrotnymi w nieprawdopodobnie skomplikowanych, wielopoziomowych obwodach nerwowych, które leżą u podstawy percepcji muzyki i jej odtwarzania – tego wszystkiego jeszcze nie wiemy.

 Jednak ta cudowna machineria – być może z powodu swej zawiłości i rozległości – łatwo ulega najróżniejszym deformacjom, przerostom i awariom. Zdolność odbierania (czy wyobrażania sobie) muzyki może zostać zakłócona przez pewne zakłócenia mózgu i jest wiele typów takiej amuzji. Z drugiej strony zdarza się, że wyobraźnia muzyczna staje się nadmierna, wymyka się spod kontroli, co powoduje natrętne powtarzanie się jakiejś melodii, a nawet muzyczne halucynacje. U niektórych osób muzyka wywołuje napady padaczkowe. Zdarzają się pewne neurologiczne defekty, „uszczerbki biegłości”, które dotykają zawodowych muzyków. Bywa, że zostają zakłócone normalne związki czynników intelektualnych i emocjonalnych, a wtedy ktoś zupełnie poprawnie odbiera muzykę, ale pozostaje całkowicie obojętny albo też przeciwnie – jest niezwykle poruszony, lecz nie potrafi zrozumieć, co takiego słyszy. Wiele osób, zdumiewająco nawet wiele – podczas słuchania muzyki doznaje najróżniejszych wrażeń zmysłowych: barwnych, zapachowych, smakowych i innych, ale taka synestezja wydaje się bardziej darem niż upośledzeniem.

 Wiliam James mówił o naszej „podatności na muzykę” i chociaż oddziałuje ona na nas wszystkich – uspokaja, pobudza, kontentuje, podnieca, koordynuje nasze działania podczas pracy i zabawy – szczególnie wielki może się okazywać jej potencjał przy leczeniu pacjentów z różnymi schorzeniami neurologicznymi. Osoby takie mogą bardzo silnie i bardzo swoiście reagować na muzykę (czasami na niewiele więcej). Niekiedy chodzi o rozległe zaburzenia w korze mózgowej spowodowane przez wylewy, chorobę Alzheimera, albo inne przypadki demencji, a niekiedy o jej charakterystyczne uszkodzenia, które powodują utratę zdolności językowych lub ruchowych, amnezję, czasami upośledzenie płatów czołowych. Niektórzy pacjenci są zapóźnieni w rozwoju, niektórzy – autystyczni, inni mają natomiast zaburzenia podkorowe, cierpią więc na chorobę Parkinsona czy inne zakłócenia sprawności ruchowej. Niewykluczone, że w tych schorzeniach i wielu innych pomocna może się okazać terapia muzyczna.

 Pierwszy impuls do myślenia i pisania o muzyce pojawił się u mnie w 1966 roku, kiedy obserwowałem silne oddziaływanie na pacjentów z bardzo rozwiniętą chorobą Parkinsona, co przedstawiłem później w Przebudzeniach. Od tego czasu na wiele sposobów, których najpewniej nie jestem w stanie nawet wyliczyć, muzyka nieustannie zaprzątała moją uwagę, pokazując jak oddziałuje na niemal każdy aspekt funkcjonowania mózgu – i niemal każdy aspekt życia.

 „Muzyka” to hasło, którego jako jednego z pierwszych szukałem w indeksie każdej nowej publikacji neurologicznej czy fizjologicznej. Niemal zawsze jednak szukałem na próżno, aż do roku 1977, gdy ukazała się książka Macdonalda Critchleya i R.A. Hensona Music and the Brain, pełna przykładów historycznych i klinicznych. Być może informacji o schorzeniach muzycznych jest tak niewiele, ponieważ lekarze rzadko pytają pacjentów o zakłócenia w odbiorze muzyki (podczas gdy na przykład problemy językowe natychmiast same by się zademonstrowały). Inną przyczyna tego stanu rzeczy może być to, że neurolodzy lubią wyjaśniać wskazując prawdopodobne mechanizmy – a przed rokiem 1980 nie istniała neurologia muzyki. Sytuacja ta bardzo się zmieniła w ostatnich dwóch dekadach, gdyż teraz dzięki nowym technikom możemy obserwować życie mózgu także wtedy, gdy ludzie słuchają muzyki, wyobrażają ją sobie, czy nawet gdy ją komponują. Dzisiaj mamy już wielką i nieustannie rosnąca liczbę prac o neurologicznej podstawie muzycznej percepcji i wyobraźni, a także o zawiłych i często całkowicie zaskakujących zaburzeniach z nimi związanych. Te nowe obszary neurologii są niebywale pasjonujące, zawsze jednak istnieje niebezpieczeństwo, że można przeoczyć prostsze sposoby obserwacji, opis kliniczny jest zaś zbyt powierzchowny, gdyż pomija  c a ł e  b o g a c t w o  k o n t e k s t u  l u d z k i e g o.

 To oczywiste, że potrzebne są oba podejścia i że staromodne obserwacje i opisy trzeba łączyć a najnowszymi technikami, co starałem się robić w tej książce. Ale przede wszystkim starałem się słuchać moich pacjentów, wyobrażać sobie ich doświadczenia oraz wczuwać się w nie – i to właśnie stanowi zasadniczy trzon niniejszej książki.

Grom z jasnego nieba

Nagła muzykofilia

 Tony Cicoria, sprawny i krzepki czterdziestodwulatek, w college’u grał w reprezentacji futbolowej, a potem został cenionym chirurgiem ortopedą w niewielkim miasteczku w stanie Nowy Jork. Pewnego jesiennego popołudnia miał z rodziną uroczystość w restauracji nad jeziorem. Była ładna pogoda, wiał lekki wietrzyk, chociaż widząc kilka chmur na horyzoncie, Cicoria uznał, że zanosi się na deszcz.

 Wyszedł do automatu na zewnątrz restauracji, aby zadzwonić do matki (było to w roku 1994, zanim nastała epoka telefonów komórkowych). Dokładnie pamięta każdy szczegół tego, co potem nastąpiło.

 „Rozmawiałem z matką. Zaczęło lekko kropić, w oddali zagrzmiało. Matka się rozłączyła. Byłem jakąś stopę od telefonu, kiedy zostałem porażony piorunem. Pamiętam błysk, iskrę, która trysnęła mi w twarz, a ja odleciałem.” Na chwilę się zawahał. „Potem leciałem przed siebie. Widziałem swoje leżące na ziemi ciało i pomyślałem: >>O cholera, umarłem.<<, Wokół ciała zgromadzili się ludzie. Kobieta, która czekała w kolejce do telefonu nachyliła się nade mną i udzielała mi pierwszej pomocy.[…] Pofrunąłem w górę schodów, świadomość podążyła za mną. Zobaczyłem dzieci i pomyślałem, że wszystko będzie z nimi w porządku. Potem spowiło mnie jasnoniebieskie światło, miałem wspaniałe uczucie błogości i spokoju. Przed oczyma stanęły mi wszystkie moje wzloty i upadki, żadnych przy tym złych emocji, samo czyste myślenie, i ekstaza. Poczułem przyspieszenie, wzlot […] był pęd i kierunek. >>To najwspanialsze wrażenie, jakiego kiedykolwiek doznałem<<. I wtedy: BUCH! Wróciłem”.

 Doktor Cicoria wiedział, że jest znowu w swoim ciele, gdyż teraz czuł ból. Piekła go twarz i lewa stopa – miejsce wejścia i wyjścia ładunku elektrycznego – powiedział sobie, że boleć musi tylko ciało. Nie chciał w nie wracać, chciał powiedzieć kobiecie, aby przestała go ratować, ale było już za późno. Znowu był osadzony w ciele. Kiedy po minucie czy dwóch odzyskał mowę, powiedział: >>Już w porządku, jestem lekarzem.<<. >>Kilka minut temu Pan nie był<<, odparła kobieta – jak się okazało, pielęgniarka z oddziału intensywnej terapii.

 Na miejscu zaraz zjawiła się policja, chcieli wezwać karetkę, ale Cicoria się sprzeciwił, więc odwieźli go do domu („zdawało mi się, że to trwa godzinami”), dokąd sam wezwał kardiologa. Ten na widok Cicorii pomyślał, że na chwilę musiało mu stanąć serce, ale ani osłuchanie, ani EKG nie ujawniły żadnych nieprawidłowości. „Przy takich zdarzeniach na dwoje babka wróżyła: albo giniesz, albo żyjesz sobie dalej.” Nie sądził, by porażenie piorunem miało jakieś poważne konsekwencje dla Cicorii.

 Ten skontaktował się też z neurologiem; czuł się jakiś ospały (coś u niego niezwykłego), miał także kłopoty z pamięcią, zapominał nazwiska znajomych. Zrobiono EEG, rezonans magnetyczny, ale i one niczego nie wykazały.

 Po kilku tygodniach powróciła mu dawna energia; Cicoria poszedł w powrotem do pracy. Utrzymywały się kłopoty z pamięcią – od czasu do czasu nie mógł sobie przypomnieć nazw rzadkich chorób czy technik medycznych – ale sprawności chirurgiczne pozostały nie naruszone. Po dalszych dwóch tygodniach z pamięcią było już wszystko w porządku, uznał więc, że sprawa skończona.

 To, co potem nastąpiło, jeszcze dwanaście lat później napełnia Cicorię zdumieniem. Wydawało się, że zasadniczo życie toczy się jak dawniej. „Nagle nawiedziło mnie nieodparte pragnienie słuchania muzyki fortepianowej”. Było to o tyle paradoksalne, że chociaż miał w dzieciństwie kilka lekcji gry na pianinie, to zupełni go nie wciągnęły. Nie miał w domu pianina, jeśli słuchał czegoś, to najchętniej rocka.

 Teraz zaczął na potęgę kupować płyty z utworami fortepianowymi: szczególnie zagustował w nagraniach Władimira Aszkenazego z jego ulubionymi utworami Chopina: Polonezem A-Dur (zw. wojskowym), Etiudą a-moll („Zimowy Wiatr”), Etiudą C-dur („Czarny klucz”), Polonezem As-dur, Scherzem b-moll. „Wszystkie mnie zachwycały – wspomina.- Chciałem sam je grać. Zamówiłem nuty. Dokładnie wtedy jedna z naszych opiekunek do dzieci spytała, czy mogłaby przez jakiś czas przechować u nas pianino. Przyjechało, schludne, dobrze utrzymane. Cudownie, pomyślałem. Kiepsko mi szło z nutami, kiepsko z klawiszami, ale zacząłem próbować.” Trzydzieści lat minęło od dziecięcych lekcji, palce wydawały się sztywne i niezręczne.

 Tymczasem w ślad za muzyką fortepianową przyszła muzyka, którą Cicoria zaczął słyszeć w swojej głowie. „Po raz pierwszy zdarzyło się to we śnie. – wspomina – W smokingu, na scenie grałem swój utwór. Zbudziłem się zdumiony, ale muzyka nadal rozbrzmiewała mi w głowie. Wyskoczyłem z łóżka i próbowałem zapisać to, co udało mi się zapamiętać, ale właściwie nie wiedziałem jak to zrobić.” Trudno się dziwić; nigdy wcześniej nie próbował ani komponować, ani zapisywać muzyki. Teraz jednak ilekroć zasiadał do pianina, aby popracować nad Chopinem, jego własna muzyka brała górę. „Była w niej jakaś przemożna siła.”

 Nie bardzo wiedział, co począć z ta natrętną muzyką, która nawiedzała go i przytłaczała. Czyżby miał muzyczne halucynacje? Nie, sprzeciwia się doktor Cicoria, nie halucynacje, ale bardziej „inspiracje”. Muzyka była gdzieś głęboko w nim – czy gdziekolwiek – a on musiał ją tylko do siebie dopuścić. „Zupełnie jak częstotliwość w odbiorniku radiowym. Wystarczy że się otworzę, i jest. Powiedziałbym za Mozartem: >>Płynie z nieba.<< Jest niewyczerpana. Nigdy nie wysycha. Jeśli już, to muszę ją wyłączyć.”

 Musiał się teraz zmagać nie z graniem Chopina, lecz wyrażeniem muzyki, która miał w głowie, wypróbowywał ja  na pianinie lub zapisywał na papierze. „To było okropne – opowiadał. – Budziłem się o czwartej rano i grałem aż do chwili, gdy musiałem wyjść do pracy. Kiedy wracałem, znowu na cały wieczór zasiadałem do pianina. Żona nie była tym zachwycona. Zachowywałem się jak opętany. „

 I tak trzy miesiące po porażeniu piorunem Cicoria – niegdyś człowiek bez żadnych problemów, bardzo rodzinny, niemal zupełnie nieczuły na muzykę, teraz był przez nią nawiedzony, jeśli nie wręcz przez nią opętany, skoro nie potrafił myśleć o czymkolwiek innym. Naszła go myśl, że został „ocalony” z jakiejś racji. „Zacząłem podejrzewać – mówił – że dane mi było przeżyć tylko ze względu na muzykę.” Spytałem, czy przed wypadkiem wiele dla niego znaczyła religia. Powiedział, że wychował się w katolickiej rodzinie, ale nie był szczególnie praktykujący i miał pewne nieortodoksyjne przypuszczenia, na przykład o reinkarnacji.

  Teraz zaczął podejrzewać, że sam przeszedł coś w rodzaju reinkarnacji: otrzymał specjalny dar, misję, aby dostroił sie do muzyki, którą tylko na wpół metaforycznie nazywał „niebiańską”. Napływała „rwącym strumieniem” dźwięków nieznającym żadnej przerwy, a on musiał jej nadać kształt i formę. (Jego słowa przypomniały mi Caedmona, poetę anglosaskiego z VII wieku, prostego pasterza, który pewnej nocy miał otrzymać we śnie „dar pieśni” i resztę życia spędził, sławiąc w pieśniach i poematach Boga i jego dzieło).

 Cicoria nadal starał się grać na pianinie i komponować; kupił podręcznik notacji muzycznej i szybko się zorientował, że potrzebny jest mu nauczyciel muzyki. Uczęszczał na koncerty swoich ulubionych wykonawców, ale nie utrzymywał żadnych kontaktów z melomanami ze swego miasta ani z organizacjami muzycznymi – była to misja samotnicza: chodziło tylko o niego i muzykę.

 Interesowałem się, czy porażenie piorunem miało jeszcze jakieś inne skutki, czy zmieniły się także jego inne gusty estetyczne, na przykład literackie. Odrzekł, że od chwili gdy znalazł się na skraju śmierci, stał się bardzo „uduchowiony”. Przeczytał wszystko, co udało mu się znaleźć na temat niemal śmiertelnych doświadczeń i porażeń piorunem. Zebrał całą kolekcję książek o Tesli, a także innych prac traktujących o straszliwym i pięknym zjawisku wysokiej elektryczności.  Miewał wrażenie – co nigdy nie zdarzało mu się wcześniej – że dostrzega „aurę” światła czy energii wokół ludzkich ciał.

 Minęło kilka lat, a nowa pasja Cicorii nie odstępowała go nawet na chwilę. Dalej pracował jako chirurg, ale jego głowę i serce pochłaniała teraz muzyka.

 Rozwiódł się w roku 2004 i w tym samym roku miał poważny wypadek motocyklowy, z którego nic nie pamiętał. Dowiedział się jednak, że jakiś inny pojazd uderzył w jego harleya; znaleziono go w rowie nieprzytomnego i ciężko poranionego: ze złamanymi kośćmi, pękniętą śledzioną, uszkodzonym płucem, stłuczeniami serca, a także poważnymi obrażeniami głowy, które odniósł pomimo kasku. Tymczasem już po dwóch miesiącach znowu był w pracy cały i zdrowy. Ani wypadek, ani kontuzja głowy, ani rozwód nie miały wpływu na jego pasję do grania i komponowania muzyki. /…/

 W latach siedemdziesiątych XX wieku David Bear zasugerował, że takie hiperpowiązania sensoryczno-limbiczne [jakie pojawiają się w mózgu podczas gojenia po urazie – AD] mogą powodować nagłe pojawienie się doznań artystycznych, seksualnych, mistycznych czy religijnych, co zdarza się ludziom chorym na padaczkę skroniową. Czy właśnie coś takiego przydarzyło się Tony’emu Cicorii? /…/

 A co ja o tym wszystkim sądzę, spytał mnie kiedyś na koniec doktor Cicoria? Czy spotkałem się juz kiedyś z podobnym przypadkiem? Odpowiedziałem mu pytaniem, co on myśli o całej historii, co jego zdaniem mu sie przydarzyło? Odrzekł, że jako lekarz na próżno szukał jakiegoś wyjaśnienia i teraz pozostały mu juz tylko kategorie „duchowe”. Stwierdziłem, że w niczym nie umniejszając duchowości, uważam jednak, iż najbardziej wzniosłe stany umysłu, najbardziej zdumiewające transformacje muszą mieć podstawę cielesną, a przynajmniej fizjologiczny korelat w postaci aktywności neuronów. /…/

 [Ewangeliści poświęcili wiele uwagi, by zapisać, że Chrystus zmartwychwstał cieleśnie, a nie duchem – ta uwaga doktora Sacksa nie tylko nie jest sprzeczna z chrześcijaństwem, ale nawet zgodnie współbrzmi z nim. Jednak rozróżnienie dokonane przez doktora Sacksa jest niepotrzebne jeśli człowiek analizuje to zdarzenie jako znak – AD]

 Dzisiaj doktor Cicoria uważa się za „zupełnie inną osobę”, odmienioną w sensie muzycznym, emocjonalnym, psychicznym i duchowym. Takie też było i moje wrażenie, gdy słuchając jego opowieści, mogłem poczuć coś z jego nowych pasji. Z  n e u r o l o g i c z n e g o   p u n k t u  w i d z e n i a  sądzę, że jego mózg jest dziś zupełnie inny niż przed wypadkiem i w czasie, który nastąpił bezpośrednio po nim, gdy badania neurologiczne nie wykazały żadnych poważnych odchyleń. Czy teraz, po kilkunastu latach, potrafimy określić neurologiczną podstawę jego muzykofilii? Po roku 1994, gdy uległ wypadkowi, pojawiło się wiele nowych, o wiele subtelniejszych metod badań mózgu. Zgodził się, że byłoby interesujące dowiedzieć się czegoś więcej, ale po chwili zmienił zdanie: lepiej niech wszystko zostanie po staremu. Miał wypadek, który okazał się zrządzeniem losu, muzyka, jakkolwiek się na nią otworzył, była prawdziwym błogosławieństwem, łaską, której nie należy drobiazgowo sondować. /…/

Oliwer Sacks

 P.S.

 Jak widać włoski pacjent (rzymski-katolik) zinterpretował to co ujrzał po rażeniu gromem jako wizję wieczności, a doktor Sacks (zapewne żydowski ateista) wierzył, że wizja jaką naprawdę miał jego pacjent jest złudzeniem umierającego mózgu. Pierwszy myślał jak zwykły człowiek, drugi – jak człowiek, który jednak myślenie przyrodoznawcze rozciąga na całość poznania i nie bada sensu fenomenów. Rozumienie doktora Sacksa dotyczy materii zdarzeń bez ich rzeczywistego znaczenia poza-biologicznego. A materialne podłoże wizji nie jest samą wizją i znakiem, tak jak atrament listu nie jest przesłaniem listu, są nim znaczenia zapisane atramentem, albo i tuszem; tak lub siak; tą lub inną – mało ważne jaką – metodą materialną niosącą słowo, wieść.

 Zwracam uwagę, że nawet ocena dr Sacksa przeczy redukcjonistycznym teoriom o religii, które redukują fenomen religijny do kłamstwa bogatych przeciw biednym (Marks), kłamstwa starszyzny opanowującej popędy młodych (Freud), kłamstwa mędrców dla zbudowania ładu społecznego (Levi Strauss).

 Otwarciem potrzeby religii są wizje takie jak w opowieściach przywróconych do życia zmarłych, prawdziwa tęsknota za Bogiem i wiecznością.

 Oczywiście religia (jak erotyka) może być wykorzystana dla innych celów niż własne: ekonomicznych, politycznych, społecznych, prokreacyjnych ale to nie zmienia faktu, że erotyka jest do zakochania się, a religia do Boga.

 Jakie odszkodowanie winni są redukcjoniści za ateizację, odebranie znaczenia zdarzeń i sensu życia, propagowane w bezpłatnych szkołach tyranizujących umysły przyrodniczym rozumieniem życia?

 AD

Ilustracje: Caravaggio: Nawrócenie świętego Pawła, Chrystus i niewierny Tomasz. 

gospodarz strony Andrzej Dobrowolski