Błędy Kołakowskiego co do kary śmierci

Paź 28, 2020

 Wśród wielu ciekawych i mądrych rozważań starego profesora historii filozofii, nieżyjącego już dziś odstępcy marksizmu Leszka Kołakowskiego, znalazł się zaskakujący rozdział o karze śmierci. Zaskakujący – bo napisany z perspektywy społecznej a nie metafizycznej, z pominięciem niewygodnych odniesień, ze sprowadzaniem do absurdu twierdzeń współczesnych adwersarzy i ostatecznie wspierający diabelską współczesność bez kary śmierci.

 Przeczytajmy ważne fragmenty tego rozdziału sprzed 20 lat  (Leszek Kołakowski, Mini wykłady o maxi sprawach, cz. II. O karze głównej.).

„/…/ W s z y s t k i e  akty karania za zło uczynione bywają racjami utylitarnymi albo moralnymi. /…/ ”

 Nieprawda, nie wszystkie. Są jeszcze przemilczane tu racje bezpośrednio metafizyczne, krzywda ofiary mającej prawo życia od Boga (a nie społeczeństwa) i zbrodnia mordercy płynąca wprost z jego istnienia, wolności i odpowiedzialności. Mordercy, który będąc zdrowym umysłowo, mając twardy charakter i rozeznanie dobra i zła, świadomie popełnił zło, bo tak chciał, bo bawił się cierpieniem ofiary pozbawiając ją życia, a przed sądem mówi spokojnie, że nie żałuje swego czynu i nigdy go nie pożałuje, a idea zmiłowania się nad nim mimo braku skruchy, braku wyparcia się Złego i postanowienia poprawy bawi go jako miłosierdzie kretynów i tchórzy, bojących się orzec i wykonać karę śmierci.

 Jedynie skazanie na śmierć wypełnia metafizycznym ładem taką sytuację i jest wyrazem szacunku dla mordercy, który w wolności swojej ma wolność i do zbrodni. Wraz z odpowiedzialnością. (Przykład ten nie jest wydumany, co oznacza również, że piekło nie jest puste.)

 Do racji metafizycznych należy również dopełnienie sprawiedliwości za krzywdę ofiary, a nie społeczeństwa, które mord ofiary przeżyło. A może należałoby powiedzieć trafniej społeczeństwa ogłupionego, które ten mord przeżyło, a które mało ten mord obchodzi, bo na rozprawie wszystkim sędziom, ławnikom i publiczności spieszy się na wieczorny mecz w telewizji. Powtarzam – sędzia powinien sądzić mordercę w imieniu zabitej ofiary, dając sprawcy adekwatną odpłatę za zło. (Gadanie o łamaniu kołem za drobne fałszerstwo jest sprowadzaniem do absurdu racji rozsądnych ludzi uznających z żalem sens kary śmierci.)


 

 Dlatego to, co później pisze Leszek Kołakowski jest zrelacjonowaniem tylko części zagadnienia.

 „Racje utylitarne są dwojakiego rodzaju /…/ unieszkodliwienie przestępcy, tak aby więcej takich czynów nie mógł popełniać, /…/ odstraszanie innych potencjalnych złoczyńców”.

 O! Ci co przeżyli mord, martwią się tu o to, „żebym to ja nie był następnym trupem”, a wcale nie o to, by ukarać mordercę za odebranie życia ofierze. To jest właśnie „myślenie społeczne”. Gdyby medycyna dała mordercy zastrzyk, po którym nigdy już się nie morduje, wypuściliby drania na wolność, a o krzywdzie zabitej ofiary – ani słowa, bo przecież „jej już i tak nic życia nie przywróci”. Społeczeństwo „jest” bożkiem nikczemnym.

 O karaniu śmiercią dla odstraszenia potencjalnych morderców profesor Kołakowski pisze jeszcze tak:

 „Skądinąd argument utylitarny, o który chodzi, może być krytykowany z racji moralnych: jeśli na serio bierzemy zasadę Kantowską, wedle której człowiek winien być traktowany jako cel sam w sobie, nie zaś jako środek, to uśmiercanie ludzi po to, by dać dobry przykład innym, wydaje się tej zasady jaskrawym pogwałceniem. Czy wolno zabijać dla przykładu?”

 Pomińmy tu to, że właśnie morderca potraktował ofiarę jako środek do doświadczenia zła.

 Ten wątek rozważań prowadzi do absurdu. Wyobraźmy sobie: na Wyspie Zielonej jest dwóch mieszkańców i jeden zamordował drugiego, więc morderca został samotnym mieszkańcem. Nie ma już społeczeństwa, od którego trzeba odizolować mordercę, i nie ma ludzi, którym ta kara dałaby przykład. Kiedy zjawi się sędzia uprawniony do sądzenia na Wyspie Zielonej ma usankcjonować bezkarność mordercy?

 Bo kluczem do sprawy jest to, że morderca jest winny morderstwa, które popełnił mimo świadomości zła, dla przeżycia zła, i jest mu z tego powodu bardzo wesoło a miłosierdzia nie chce. Z tej metafizyki wolnego, dumnego i wyzwolonego z przesądów i dogmatów kultury dżentelmena wynika kara śmierci, którą orzeknie sędzia nie wyznający dogmatu nieuznawania kary śmierci i przesądu miłosierdzia bez skruchy.

 „Są jednakowoż, obok utylitarnych, argumenty natury moralnej i wypada je rozważyć. Znamy oczywiście zbrodnie tak ohydne, tak odrażające, że żądanie przywrócenia kary głównej, z reguły podnoszonej w takich wypadkach, jest zrozumiałe. Cóż mamy powiedzieć matce, której sześcioletnia córeczka została właśnie zgwałcona i uduszona przez jakiegoś zwyrodnialca albo przez całkiem normalnego młodego człowieka, do którego po prostu  n i g d y  n i e  d o t a r ł o  rozróżnienie pomiędzy dobrem i złem? /…/”

 Profesor wypiera ze swej wyobraźni casus mordercy – powtarzam – świadomego dobra i zła, który zabija żeby czynić zło (a nie mordercy do którego świadomość zła nie dotarła), a potem znudzony rozprawą ogląda na niej swoje paznokcie, ziewa, i chce przerwy na korzystanie z toalety, a z miłosierdzia (którym gardzi) śmieje się, jak z bełkotu głupka.

 


 

 Kolejny fragment rozważań profesor Kołakowski spisał emocjonalnie i bezsensownie, jakby nie było relacji pomiędzy karą śmierci dla mordercy a śmiercią niewinnej ofiary.

 „Lecz czy względy moralne dobrze uzasadniają karę śmierci? Zapytajmy: Dlaczegóż by nie palić na stosach lub nie obdzierać ze skóry na placach publicznych ludzi, którzy jeżdżą autobusem bez biletu albo parkują samochód w niedozwolonym miejscu? Powiecie może, że tu zachodziłaby jaskrawa niewspółmierność między czynem i karą?” [Tak powiedzielibyśmy! – AD]

  „Lecz co to znaczy niewspółmierność lub współmierność w tym przypadku? Nie ma żadnej naturalnej proporcji między czynem a karą, odpłata wymierzana jest, by tak rzec, w innej monecie i żadne wrodzone poczucie sprawiedliwości czy prawo naturalne niczego nam w tej sprawie dyktuje [?]: w czasach bynajmniej nie prehistorycznych wymierzano okrutne kary śmierci za przewinienia, które dziś uchodziłby za błahe, a lud traktował to jak rzecz naturalną. Od kiedy zaczęły powstawać wielkie dzieła, które w końcu odmieniły różne okropności prawa karnego – Montesquieugo, Becarii, Benthama – pojęcie tego, co naturalne w sprawach kary i winy, stopniowo się zmieniało.”

 Ciekawe, rozumienie sprawiedliwości zawsze się zmieniało, ale teraz gdy zapanowało prawo bez kary śmierci, które wyznaje oświecenie, to już nie będzie zmieniało się na takie z karą śmierci. Lewica sądzi, że wszystko przemija oprócz jej postanowień i niej samej.

 Wiarygodność narracji profesora może wrócić po kilku słowach prawdy.

 „Nie możemy jednakże obejść bez racji moralnych w osądzaniu tej sprawy i poprzestawać na utylitarnych argumentach. Cywilizacja nasza zawisła od wiary, że jest rzecz taka jak zły czyn, że jest wina i że każdy do poczucia win jest zdolny, że przestępca nie jest tylko sprawcą pewnego czynu (co jest opisem neutralnym), ale właśnie winowajcą. Innymi słowy: kara nie jest tylko dla postrachu i dla udaremnienia dalszych przestępczych działań; jest także odpłatą za zło uczynione. /…/ Potrzebna nam wiara, że zło i dobro są realnymi jakościami świata ludzkiego, a nie dowolnym naszym wymysłem, który wolno nam wedle upodobania zmieniać i unieważniać we wszystkich składnikach. Intuicję dobra i zła nosimy w sobie, choć – jak wszystko – może ona ulec patologicznemu zanikowi. Jest więc wina, jest kara za zło uczynione. /…/” Otóż to!

 Ale potem stronę niżej znowu wkoło Macieju:

 „Lecz i stąd nie wynika, by kara główna jako narzędzie prawa karnego była usprawiedliwiona. Jakkolwiek możemy rozumieć uczucia ludzi, którzy chcą przywrócenia kary śmierci w obliczu zbrodni szczególnie strasznych (sam doświadczam czasem takiego poczucia, przyznaję), żądanie to nie jest uzasadnione ani względami utylitarnymi, ani moralnymi./…/”

 „Wynik: nie ma argumentów zniewalających, moralnych lub praktycznych, za stosowaniem kary śmierci; nie ma też zniewalających argumentów przeciwnych. Bezpieczniej jest jednak – zarówno w sensie utylitarnym, jak moralnym – iść za przykładem krajów cywilizowanych, co karę śmierci zniosły i nie popadły z tego powodu w ruinę.” Jeszcze nie popadły, dopiero popadają. Odgłosy życia Anglii, Francji i Niemiec to nie puls, to „burczenie w brzuchu padliny” (Mikołaj Gomez Davila).

 


 

 Świat bez kary śmierci jest światem diabelskim. Oto morderca otrzymuje od Książąt Tego Świata gwarancję, że kiedy zamorduje człowieka, to za tę zasługę dla Złego do naturalnej śmierci włos mu z głowy nie spadnie.

 Za to społeczeństwo, które nie chce nawet myśleć o zabitym człowieku i odpuszcza winę nie swojemu winowajcy darowując mordercy życie w godnych warunkach, wraca do codziennego trawienia niezakłócanego tragizmem życia, w zjełopiałym poczuciu bycia dobrym. Towarzyszy temu lewicowa narracja wyznawców religii Comte’a i Marksa, wierzących w mistycznie zjednoczony Ludzki Ród i świętego Oenzeta działającego pod natchnieniem proroków Antychrysta.

 Człowiek indywidualny jest dla nich przypadkową i niekonieczną komórką Wielkiego Bytu Ludzkości, złudnie przeżywającą swe ja. Toteż stojąca poza czasem u bram wieczności dusza osoby zamordowanej poddana jest próbie opuszczenia przez sprawiedliwość, jakby wcześniej nigdy nie istniała. To jest dopiero kant!

 Papieże od Piotra do Benedykta XVI nie mylili się uznając za Mojżeszem karę śmierci za złamanie przykazania „nie morduj”.

 Karę śmierci należy przywrócić za pewne, świadome (wykonane bez obłędu, bez zmanipulowania z zewnątrz, bez afektu) okrutne morderstwo bez okazania skruchy. Sędzia winien brać pod uwagę deklarację sprzeciwu lub poparcia dla kary śmierci złożoną przez ofiarę za życia przy wyrabianiu dowodu osobistego. Powinno być ono głośno odczytane na rozprawie wśród „milczenia owiec”.

                                                                                                                                Andrzej Dobrowolski

 

 

 

 

Nauki społeczne tworzą elastyczne pojęcia, aby ich użytkownik rozciągał je lub ściągał – zależnie od kaprysu.

 

 

 

 

 

„Być pożytecznym dla społeczeństwa” to ambicja albo wymówka prostytutki.

 

 

 

 

 

Wola nie jest motorem: jest hamulcem.

Świadomość może chcieć wyłącznie tego, czego chce, ale może też zabronić sobie tego, czego chce.

Świadomość wybiera wśród istniejących skłonności tę, która ma przeważyć, poprzez wolę, opanowującą te, której jej są przeciwne.

Wybrana w ten sposób skłonność narasta i rozprzestrzenia się w pozytywnej ekspresji woli.

 

Mikołaj Gomez Davila

 

gospodarz strony Andrzej Dobrowolski