16 listopada 2018r. Imieniny: Edmunda, Marii, Gertrudy
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Co znaczy >Hej Judo< premiera RP?

     W roku 1910 w sztabie generalnym Imperium Rosyjskiego opracowano mapę państwa polskiego jakie miałoby być powołane do życia przez Rosję po ewentualnej zwycięskiej wojnie z Niemcami.

     Miało to być państwo sojusznicze imperium prawosławia i słowiańszczyzny. Prawdopodobnie byłoby to Królestwo Polskie, którego królem byłby cesarz Rosji, a premierem – powiedzmy – Roman Dmowski.

      Miało ono odsuwać od Rosji wrogie Niemcy i jej armię. Miało tworzyć bufor między wrogimi potęgami. Miało wikłać Polskę w konflikt terytorialny z Niemcami o Pomorze, Śląsk i Prusy, a przez to skazywać ją na realny sojusz z Rosją.

      Po I Wojnie Światowej nie skorzystano praktycznie z tak przygotowanej mapy z oczywistych względów: Rosja przegrała wojnę i upadła po rewolucji komunistycznej. Ale w roku 1945, kiedy komunistyczni sukcesorzy carów ustalali nowe granice w Europie, skorzystali ze znalezionej w archiwum państwowym mapy i wcielili ją w życie. Tak oto obecne granice Polski okazują się być dziełem planów rosyjskich z roku 1910.

      Dlaczego o tym piszę? Obecne państwo polskie zostało zaprojektowane według zasad polityki realnej jako sojusznik Rosji przez samą Rosję. I niezależnie od tego, że w 1945 przesunięcie Polski było okrutną operacją amputacji Wilna i Lwowa i wygnania Polaków do zburzonych miast nad Odrą, polscy stratedzy winni uznać konsekwencje przesunięcia na zachód. Bo jeśli federacja UE i sojusz NATO rozpadną się, jak Święte Przymierze sprzed I wojny światowej i Liga Narodów sprzed II wojny światowej, to klasyczne zasady polityki wrócą do gry.

      Naszym naturalnym sojusznikiem dziś jest Rosja, a wrogiem Niemcy.- mówią te zasady.

      Przypomnę dwóch Polaków, którzy tłumaczą to.

http://www.czasgarwolina.pl      Władysław Studnicki pouczał przed wojną, że sojusze Polski determinuje posiadanie przez nas kresów wschodnich lub zachodnich. Jeśli mamy kresy wschodnie z Wilnem i Lwowem – to naszym sojusznikiem są Niemcy; a jeśli mamy kresy zachodnie z Wrocławiem i Szczecinem – Rosja. Historia Polski piastowskiej walczącej z Niemcami, i Polski jagiellońskiej walczącej z Rosją dowodzi słuszności tej tezy. Studnicki uważał, że w 1939 powinniśmy stać się sojusznikiem Niemiec, albo przynajmniej państwem wobec Niemiec neutralnym.

     Zaś Stefan Kisielewski w roku 1990 proponował podtrzymanie współpracy wojskowej z Rosją i zaprowadzenie kapitalizmu w Polsce – jednym słowem – finlandyzację. To miałoby bronić nas przed apetytem Niemiec. W oparciu o sojusz realny z Rosją, a nie egzotyczny – z europejskimi Włochami, Portugalią, Francją, i … Niemcami. (Niemcami z tęsknotą patrzącymi na 1/3 terytorium RP. I do dziś nie zgadzającymi się na traktat pokojowy z RP! Takiego traktatu z Niemcami RP nie ma!)

     Istnieje czynnik potężniejszy niż zasada Studnickiego. Jest to militarna obecność USA w Europie. Jeśli USA będą potęgą i utrzymają militarną obecność w Europie, a co dla nas ważniejsze – duże bazy wojskowe umieszczą w Polsce wiążąc się z nami poważnie (Rosji i  N i e m c o m  nie w smak!), to RP przez następne dziesięciolecia będzie mogła wzrastać w pokoju, o ile będą nią rządzić konserwatywni wolnorynkowcy. (Gwarancje nie wsparte lokalizacją baz wojskowych są warte tyle co te z 1994 dla Ukrainy ze strony USA, UK i Rosji. Krym już stracony, co na to gwaranci?)

      A że polityką USA w dużej mierze rządzą żydowscy oligarchowie, to – tak mi się wydaje – zapewne do nich Donald Tusk kierował swą mruczankę piosenki Beatlesów z pamiętnego roku 1968: Hey Jude (Hej Judo), don’t let me down (nie zawiedź mnie), take it sad song (weź ten smutny song), and make it better (i uczyń go lepszym). Czyżby liczył, że – skoro i sam Henryk Kissinger dołączył do zapowiedzi, że państwo Izrael nie przetrwa następnych 10 lat – do nas sprowadzą się ewakuujący się z Ziemi Świętej Izraelczycy? I dla nich USA wzmocni państwo polskie?

      Nie chce mi się w tę michalkiewiczowską tezę wierzyć, wierzyć że w razie czego Izraelczycy wybiorą na nowe miejsce Polskę, mają wszak do wzięcia bezpieczne miejsca na Ziemi pozbawione tragicznej historii judaizmu w Generalnej Guberni.

      Jesteśmy odmienni cywilizacyjnie, nasze łacińskie reguły życia społecznego są niekompatybilne z żydowskimi. Jeśli nie mielibyśmy być od siebie odseparowani jak w czasach średniowiecznych gett, we wspólnej przestrzeni publicznej dochodziłoby między nami do konfliktów.

      Zdegradowane z metafizycznego do nacjonalistycznego żydowskie przeświadczenie, że Izraelczycy są narodem wybranym ("lepszym?"), wydaje się wprost sprzeczne z greckim, rzymskim i chrześcijańskim, uniwersalistycznym założeniem, że „Bóg nie ma względu na osoby; nie zna Żyda i Greka”, że wobec Boga i Prawa jesteśmy równi. (Np. w tym, że majątek zmarłego obywatela RP pochodzenia polskiego czy żydowskiego w razie braku spadkobierców należy do państwa polskiego, a nie jakiegoś stowarzyszenia polonijnego czy żydowskiego.)

      Indywidualistyczne prawo rzymskie kwestię relacji jednostek ludzkich między sobą pozostawia wolnemu wyborowi człowieka każdego z osobna. Sprzeciwia się więc kolektywistycznemu sposobowi życia społecznego, kierowanego szczegółowo przez gminne kahały i komitety centralne dysponujące „budżetem zbiorowym”. Zawsze rozdzielanym kontrowersyjnie.

       Zauroczenie myślą oświeceniową Żydów poszukujących przestrzeni poza talmudyczną ortodoksją - myślą oświeceniową rzekomo leczącą „zło” przesądów naszej cywilizacji - włączyło wielu z nich do szeregów wrogów kultury klasycznej (patrz książki Izajasza Berlina). Czy po przyjeździe do Polski wsparliby kontrkulturę, jako antytezę niewygodnej dla siebie wyrazistej polskości? Toż to nakręcałoby nacjonalizm, niestety.

       Trudno byłoby oczekiwać więc, że Izraelczycy jako goście Polski, uznaliby słuszne panowanie naszej indywidualistycznej i uniwersalistycznej kultury, i że będzie nam ze sobą dobrze. Oni chyba to wiedzą?

      Jeśli mam rację, to na wypadek redukcji aktywności USA w polityce europejskiej (np. po wybuchu konfliktu na Dalekim Wschodzie)  uświadamiać trzeba to: polityczny sojusz z Rosją, nie mającą roszczeń terytorialnych do Polski, jest naturalną konsekwencją sytuacji RP. Sojusz ten oczywiście nie oznaczałby polityki udawanej miłości i nieszczerej pochwały złych metod działania, wymagałby twardej obrony własnych interesów, tak jak to czyni Turcja wobec USA.   

       Oczywiście los Polski zależy od rozgrywki między mocarstwami i ich wyniku, podziału stref wpływów. Jest ona skomplikowana, i o jednych powodach działań mocarstw nie dowiemy się nigdy, o innych – powiedzą nam za dziesięciolecia. Pozostaje wyłącznie uświadomienie sobie podstawowych reguł gry politycznej i nie uleganie podszeptom intrygantów, by nie występować w roli pożytecznych idiotów szkodzących Polsce.

        Jakkolwiek rozwinie się sytuacja nie dajmy sobie jednak wmówić, że mamy śmiertelnego wroga na wschodzie. W XVIII wieku Rosja, póki nie uległa osłabieniu w wojnie z Turcją, powstrzymywała rozbiory Polski, chcąc by w całości była jej państwem sojuszniczym. Tak jest na pewno i dziś. To wynika z reguł gry – powiedzmy to tak - z odległości od granicy Niemiec do Moskwy jaką mają do przejechania czołgi.

        Oczywiście może się zdarzyć, że w razie niemożności utrzymania Niemiec na granicy na Odrze i przy zagrożeniu oparcia się ich na Bugu, Niemnie, a nawet Dnieprze, Rosja może starać się dojść do Wisły, i na niej zatrzymać Niemcy i ich „oskubaną” Polskę, płacącą kresami zachodnimi za „opiekę” Niemiec. Takie tragiczne dla RP rozbiory nie miałyby jednak na celu Rosjan „sadystycznego udręczenia narodu polskiego”, tylko mniejsze zło Rosji. Nawet ci, którzy traktują Rosję jako absolutnego wroga Polski, powinni zrozumieć jej rozumienie polityki. Przynajmniej po to, by nie wchodzić sobie w drogę.

       Właśnie tak postępują Czesi, Słowacy, Węgrzy, Rumuni, Bułgarzy, Estończycy, Łotysze.

                                                                                             Andrzej Dobrowolski

.