16 listopada 2018r. Imieniny: Edmunda, Marii, Gertrudy
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
O epidemii >faktów< i obsesji tematów zastępczych

http://www.czasgarwolina.pl          W dniu świętego Andrzeja zapraszam Czytelników Czasu Garwolina do przeczytania rozprawy tłumaczącej oświeceniowe przemiany myślenia, które doprowadziły do upadku człowieczeństwa. Upadku trudnego do rozpoznania na pierwszy rzut oka, bo osłodzonego dobrobytem materialnym nadanym przez specjalistów-techników, jednocześnie właśnie człowieczeństwo degradujących.

            Pochodzi ona z książki - "Idee mają konsekwencje" Ryszarda Weavera, z rozdziału opisującego rozbicie całościowego widzenia świata jakie dawały religia i filozofia klasyczna; i ucieczkę od sprowadzonego ku nam przez to absurdu istnienia w obsesje tematów zastępczych. (Książka powstała w 1948 - w tym samym roku Orwell napisał "1984"!).

             A więc: "zamiast [głupich] komiksów i wiadomości sportowych, przeczytajmy [mądrą] rozprawę polityczną". A co!

              Kursywą podaję moje przypisy.

              Andrzej Dobrowolski

 

Rozdrabnianie i obsesja

 

http://www.czasgarwolina.pl            Każdy kto walczy o przywrócenie ponadczasowych wartości, wcześniej czy później natknie się na argument, że człowiek nie może się cofnąć w czasie lub - jak to się mawia - "nic dwa razy się nie zdarza". W ten sposób, przyjmując za pewnik, że jesteśmy więźniami chwili, argument ten wykazuje filozoficzne podłoże współczesności. Wierzący w prawdę, z drugiej strony zobowiązany jest stwierdzić, że rzeczy o najwyższej wartości nie są poddane upływowi czasu, w przeciwnym razie sama koncepcji prawdy staje się niemożliwa. Deklarując, że pragniemy odnaleźć utracone ideały i wartości, spoglądamy ku ontologicznemu królestwu, które jest bezczasowe, ponadczasowe. Tylko najczystszej wody relatywizm upiera się, że upływający czas czyni nieosiągalnym jeden ideał w chwili narzucania nam następnego. Dlatego ci, którzy mówią, iż możemy dojść do upragnionej integracji, i ci, którzy temu przeczą, różnią się zasadniczo w swym pojmowaniu pierwotnej rzeczywistości, ponieważ ci drudzy zakładają prymat materii i czasu. Jest to ten rodzaj podziału, który uniemożliwia posiadanie wspólnego świata [świata cywilizacji uniwersalnej].

              Powrót proponowany przez idealistów nie jest podróżą wstecz poprzez czas, ale powrotem do centrum, mającym się dokonać w sposób metafizyczny i teologiczny. Szukają oni tego jednego, co trwa, a nie wielości, która się zmienia i przemija. Poszukiwanie to można opisać jedynie jako szukanie prawdy. W ten sposób potwierdzają oni prastarą prawdę, że istnieje centrum rzeczy [Bóg] i wskazują, że każdy przejaw współczesnej dezintegracji jest ucieczką od tego centrum ku peryferiom. Proces ten można także ukazać jako ruch od jedności do indywidualizmu. W miarę, jak człowiek zbliża się do zewnętrznego brzegu, zatraca się w szczegółach, a im bardziej zajęty jest szczegółami, tym mniej je rozumie. Przywrócenie pewnych punktów widzenia związanych z przeszłością byłoby przywróceniem rozumienia jako takiego. To powinno być możliwe w każdym czasie, chyba że się uznamy za bezradnych wobec determinizmu. Krótko mówiąc: do pojęcia bezczasowości nie jest konieczny żaden szczególny punkt widzenia. Pamiętajmy, że samo pojęcie wiecznych prawd jest obraźliwe dla współczesnego umysłu.

              W tym momencie wydaje się pożyteczne przypomnienie etapów tej ucieczki ku peryferiom albo - inaczej - ruchu odśrodkowego naszej kultury. W wiekach średnich, kiedy uzyskano stosunkowo jasny obraz rzeczywistości, posiadacz najwyższej wiedzy był doktorem filozofii. Stał on w centrum rzeczy, ponieważ opanował pierwsze zasady. Na poziomie o wiele niższym byli ci, którzy przyswoili sobie jedynie fakty i umiejętności. Porzucenie metafizyki i teologii podkopało pozycję doktora filozofii, pozycję podobną do tej, jaką Platon przypisał królowi-filozofowi. Doktor filozofii stał bowiem na straży ogólnej syntezy.  Twierdzenie, że filozofia jest królową nauk, było dlań czymś więcej niż figurą retoryczną; wiedza o rzeczach ostatecznych dawała prawo do rozstrzygania ostatecznych kwestii. Oto dlaczego np. do fakultetu filozoficznego na Sorbonie można się było odwoływać w sprawach operacji finansowych, które w naszej erze rozdrabniania byłyby rozpatrywane jako wyłączna domena bankiera. W procesie ewolucji, który prześledziliśmy, doktor filozofii został usunięty, ale musiano znaleźć kogoś na jego miejsce, dlatego, że synteza wymaga pogodzenia wszystkich interesów.

             Do zadania tego wschodząca nowożytność wybrała szlachcica. W wyborze tym była pewna logika, ponieważ szlachcic jest świeckim przedstawicielem tej samej idei. Każda grupa musi mieć władców, a po odrzuceniu sankcji religijnej wiek zwrócił się ku takiemu produktowi wychowania, który zbliżyłby się do religii w rozmachu i głębi. W wyniku tego pojawia się wielkie zainteresowanie studiami humanistycznymi i sztukami wyzwolonymi według Arystotelesowskiego programu dla młodego władcy - Montaigne, Rabelais, Castiglione, sir Thomas More, Thomas Elyot i inni oferowali zasady wychowania ludzi na dość światłych, by radzili sobie z zajęciami społecznymi. Miltonowski ideał wykształconego człowieka, który byłby gotów do wypełniania "wszelkich obowiązków publicznych i prywatnych czasu pokoju i wojny", wyrażał tę samą myśl.

            Najważniejsza cechą szlachcica było to, że był on idealistą, choć jego idealizmowi brakowało najgłębszych fundamentów. Wpojono mu zasady powściągliwości, które uczyły oporu wobec pragmatycznych pokus. Był on najwyraźniej człowiekiem uczuć, który odmawiał stawiania wszystkiego na gruncie materializmu i wywyższania się. Widać to w konwencji, która kazała szlachcicowi być człowiekiem słownym oraz narzucała sposób postępowania z pokonanym wrogiem i ze słabszymi. Akceptacja zasad grzeczności trzymała na wodzy jego egotyzm. Brakło mu tylko jednej rzeczy: utracił zdolność widzenia duchowego rodowodu tej samodyscypliny. Ta utrata miała oczywiście bardzo poważne konsekwencje, nie można jednakże zaprzeczyć, że szlachcic mógł przynajmniej częściowo wypełniać rolę doktora filozofii. Służył on jako przykład dla humanistycznego, zsekularyzowanego społeczeństwa, tak jak jego poprzednik był przykładem w społeczeństwie religijnym.

           Jak długo świat Zachodu potrafił podtrzymać istnienie warstwy szlacheckiej, czy to przez zasadę dziedziczności, czy też rekrutację doń w kolejnych pokoleniach, zachowywał środek obronny. Posiadał bowiem grupę nie pochłoniętą ani zaabsorbowaną codziennością, zachowującą ogólny pogląd na powiązania rzeczy. I choć grupa ta była w pewnym stopniu osłabiona przez trudność zdefiniowania podstaw swojego autorytetu - czyli problemu, w jaki sposób jeden człowiek jest lepszy od innych - jej obecność ciągle oznaczała równowagę, a ludzie czuli pewien komfort myśląc, iż polityka prowadzona jest przez panów o "szerokich horyzontach" - gdyż takie są poglądy wpajane przez liberalną edukację. Szlachta nie zawsze dorastała do swego ideału, ale samo istnienie tego ideału jest sprawą o najwyższej wadze.

http://www.czasgarwolina.plhttp://www.czasgarwolina.plW osłabionej formie ideał ten istnieje do dziś, choć siły modernizmu podstępnie dążą do jego wytępienia. W krajach Europy szlachta została wyrugowana przez polityków i przedsiębiorców, gdy materializm zaczął wynagradzać ten rodzaj zręczności, który nie pasuje do żadnego idealizmu.

         W Stanach Zjednoczonych nowa i stara Europa stanęły w konflikcie w roku 1861. Amerykańskie Południe pielęgnowało nie tylko ideał, ale dało mu także zastrzyk świeżej siły, częściowo poprzez zorganizowanie społeczeństwa, ale głównie przez edukację w retoryce i prawie. Południowa tradycja kształcenia była tradycją Cycerońską - mądrości elokwentnej. Ta okoliczność wyjaśnia, dlaczego główne twórcze polityczne postacie Ameryki, od Jeffersona poprzez Lincolna aż do Wilsona, pochodziły z tej części kraju. Wojna domowa przyniosła jednak klęskę humanizmowi Cyceroniańskiemu; po niej Południe zwróciło się ku handlowi i technologii - w swym życiu ekonomicznym - i do dialektyki Nowej Anglii i Niemiec - w swych działaniach edukacyjnych. Szlachcicowi pozwolono chodzić po scenie jako ubogiemu ekscentrykowi, chronionemu przez pewien sentyment, ale już nie rozumianemu.

http://www.czasgarwolina.plEuropa po mękach I wojny światowej zwróciła się o przywództwo do przeciwnego typu ludzi, do gangsterów, którzy choć często dobrzy jako przedsiębiorcy, pozbawieni są 
wszelkich zasad i zahamowań. Tacy przywódcy w Europie dali nam przedsmak tego, http://www.czasgarwolina.plczym grozi upadek wartości i panowanie królestwa specjalizacji.

             Najważniejszą częścią teorii szlachcica była nieufność do specjalizacji. Przekonanie, że specjalizacja jakiegokolwiek rodzaju sprzeciwia się wolności człowieka jest bardzo stare - jego rodowód sięga klasycznego antyku. Człowiek pragnący zagrzebać się w szczegółach jakiegoś małego przedsięwzięcia, uważany był za straconego dla większych spraw, które zajmują umysł władcy. Pogląd ten został dobrze wyrażony w Metafizyce Arystotelesa, w jego hierarchii wiedzy. Wyjaśnia go również Plutarch za pomocą obserwacji, że "człowiek zatrudniony nędznymi zajęciami, w samym trudzie, który podejmuje dla rzeczy o małym znaczeniu, wytwarza świadectwo przeciw sobie, świadectwo swej opieszałości i niezdolności do tego, co jest naprawdę dobre." Na ten sam pogląd natkniemy się u autorów XVII i XVIII-wiecznych. Najpierw pragnęli oni być szlachcicami, a dopiero później, przygodnie, pisarzami. W końcu przytoczmy historię fryzjera, który pogratulował Napoleonowi, że nie posiada wiedzy uczonego i nie potrafi prawidłowo wymówić nazwy Aleksandrii. Wszystkie te przykłady nie są w najlepszym przypadku wyrazem pedanterii, ale raczej pogardy dla degradacji rodzącej się ze specjalizacji. Specjalizacja rozwija tylko część człowieka; człowiek częściowo rozwinięty jest zdeformowany; a ktoś zdeformowany powinien być ostatnią z osób nadających się do rządzenia - to nieubłagana logika.

           Dlatego nauki przyrodnicze i techniczne nie są poszukiwaniem ideału człowieka wszechstronnego, albowiem wymagają ciągle dokładniejszego badania świata fizycznego, czynią ideał ze specjalizacji. Można w tym momencie przywołać Nietzscheańską postać uczonego, który spędza życie studiując strukturę mózgu pijawki. Czy jest jeszcze konieczne posuwać się dalej i dowodzić, że jeśli przedmioty te wliczane są w zakres wiedzy, zadanie syntezy zbliża się do niemożliwości.

            Pozycja doktora filozofii i jego świeckiego kontynuatora, szlachcica, była więc prawidłowa. Dla nich najwyższa mądrość dotyczyła odpowiednio: relacji ludzi z Bogiem i relacji ludzi do ludzi. Nie oczekiwali od nauki ucieczki od centrum i coraz głębszego zanurzania się w tajemnice świata fizycznego. Oznacza to bowiem tchórzostwo i moralny defetyzm. Kiedy Sokrates oznajmił w Fedrusie, że uczył się nie od drzew wiejskich, ale od ludzi w mieście, obnażył w ten sposób złudę scjentyzmu.

            W tym momencie naukowiec przestaje być doktorem filozofii, ponieważ utracił zdolność filozofowania. Uczynił z siebie zasadniczo śmieszną postać, co dałoby się zauważyć, gdyby publiczność przechodząca ten sam proces pozbawienia podstaw nie znalazła innego gruntu dla szacunku dla niego. Mądrość była siłą. Sam charakter nowych badań naukowych skłaniał naukowców do tworzenia celów ad hoc. Szybko stało się banałem, że uczony składa daninę cywilizacji, przyczyniając się do jej panowania nad naturą.  To tak, jakby filozof Platona opuścił miasto, by patrzeć na drzewa, a potem porzucił mądrość spekulatywną dla dendrologii. Ludzie, którzy ponaglaliby go do tego, stanowią dziś legion. Fakty na peryferiach są, według nich, jakoś bardziej oczywiste.

              Współczesny uczony może być porównywany z pijakiem, który zdawszy sobie sprawę z utraty równowagi, usiłuje się ocalić czepiając się drobiazgów. Skądś znamy to przedstawienie pewności i arbitralności. Kiedy świat wokół niego zaczyna się kołysać, chwyta się czegoś, co dociera do jego ograniczonego umysłu. Tak więc naukowiec, utraciwszy kontrolę nad rzeczywistością organiczną, lgnie coraz bardziej do swych odkrytych faktów w nadziei, że zbawienie leży w tym, co może być obiektywnie zweryfikowane.

 http://www.czasgarwolina.pl             Stąd bierze się zadziwiający syndrom naszych czasów: zadziwiająca popularność informacji o faktach. Naturalnie, niemożliwe jest życie bez pewnej wiedzy, uznawanej za podstawę istnienia. Relatywiści powiedzieli człowiekowi, że nie może poznać prawdy, ma zatem "fakty". Można nawet zauważyć, że w języku codziennym słowo "fakt" zastępuje wyraz "prawda". "To fakt" - mówi się dzisiaj w celu kategorycznego potwierdzenia. Kiedy fakt stał się kryterium ostatecznym, mądrość stała sie nieosiągalna. Tymczasem opinia publiczna systematycznie uczona jest mieszania szczegółów faktograficznych z mądrością. W radiu, czasopismach i gazetach pojawiają się niezliczone gry i quizy, które mają sprawdzić czyjś zasób wiedzy o faktach.

               Zbieranie niepowiązanych szczegółów staje się celem samym w sobie i zajmuje miejsce prawdziwego ideału nauczania. Tak zwodniczy jest program, według którego na jednej z kolumn gazetowych zaprasza się czytelników do przetestowania ich "zdrowego rozsądku" poprzez odpowiedzi na proponowane odpowiedzi ankietowe. To samo zamiłowanie do spraw peryferyjnych już dawno nawiedziło szkoły i to, trzeba przyznać, na najwyższym poziomie. Uczyniło nonsens ze studiowania literatury i prawie zrujnowało historię. Przypuszczenie, że fakty będą mówić same za siebie, jest rzecz jasna kolejnym ustępstwem rozumu. Wielbiciele obiektywizmu płaszczą się jak impresjoniści przed rzeczywistością zewnętrzną w mniemaniu, iż organizująca praca rozumu jest zwodnicza.

             Platon przypominał, że na każdym poziomie badania naukowego jest bardzo ważne, by sobie uświadamiać, czy zbliżamy się czy oddalamy od pierwszych zasad. Znaczenie zmiany jaką tu obserwujemy, polega na tym, że wcześniejsza nieufność do specjalizacji została zastąpiona przez swe przeciwieństwo - nieufność do uogólnienia. Człowiek nie tylko stał się specjalistą w praktyce, ale nauczono go także, iż poszczególne fakty stanowią najwyższą formę wiedzy. Wspaniałym przykładem tej tendencji jest logika matematyczna ze swym usiłowaniem uniknięcia powszechnej klasyfikacji. Szczyt nominalizmu ma miejsce wówczas, kiedy ludzie lękają się - czynienia nawet takich ogólnych pogrupowań, które pojawiają się w zwykłych czynnościach myślowych. Rozwija się fobia wobec prostych stwierdzeń. Czując, że nawet wyjściowe twierdzenie jest formą argumentacji, a argumentacja zakłada istnienie prawdy, cofamy się, lgnąc do potwierdzonych już szczegółów. Wydają się one nieszkodliwe. jakiekolwiek wykroczenie poza nie, ku centrum, może się łączyć z poważnymi obowiązkami.

            Od czasu, gdy liberalizm [liberalizm w USA to socjalizm w Europie] stał się rodzajem oficjalnej linii partyjnej, zakazano nam mówić cokolwiek o rasach, religiach, narodach, gdyż według tej teorii nie istnieje żadne kategoryczne stwierdzenie, które nie implikowałoby wartościowania, a wartości są przyczyną podziałów między ludźmi [np. na mądrych i głupich, a to już socjalistom pachnie "faszyzmem"]. Nie wolno nam definiować, podporządkowywać ani sądzić; musimy raczej pozostawać na peryferiach i okazywać "wrażliwość na przejawy kultury wszystkich krajów i narodów". Jest to proces postępującej zniewieściałości.

             Z powyższego wywodu powinno jasno wynikać, że człowiek współczesny cierpi na poważne rozdrobnienie swego obrazu świata. To rozbicie prowadzi wprost do obsesji na tle oddzielonych części.

             Obsesja, zgodnie z kanonami psychologii, zachodzi wówczas, gdy myśl nieszkodliwą podstawia sie na miejsce myśli bolesnej. Ofiara po prostu unika rozpoznanie tej rzeczy, która powoduje zranienie. Przekonaliśmy się, że najboleśniejszym wyznaniem dla współczesnego egotysty jest potwierdzenie, że istnieje centrum odpowiedzialności. Ucieka on od niego, kierując się ku najdrobniejszym sprawom.

              Teoria empiryzmu jest obłudna, ponieważ przyjmuje, że posiadanie racji w małych rzeczach przygotowuje drogę do prawomocnego sądu w sprawach wielkich. http://www.czasgarwolina.plhttp://www.czasgarwolina.plhttp://www.czasgarwolina.pl[Np. profesorowie Religa, Szamotowicz czy Wolszczan jako eksperci kardiologii, embriologii czy astronomii pytani są o kwestie metafizyczne jakby byli w nich kompetentni bardziej niż muzykujący rzeźnik czy kulturalny gleboznawca]. Jednakże nigdy do tego osądu nie dochodzi. Pedantyczny empirysta, zagrzebany w swej małej działeczce fenomenów, wyobraża sobie, że wierność tym fenomenom zwalnia go z zajmowania się szerszymi aspektami rzeczywistości - w przypadku nauk ścisłych, z zajmowania się zagadnieniem, czy istnieje rzeczywistość poza materią.

          Tego rodzaju obsesja na tle fragmentów ma poważne konsekwencje dla indywidualnej psychologii; wśród tych konsekwencji nie najmniej ważny jest fanatyzm, definiowany właściwie jako podwajanie wysiłku w chwili, gdy zapomniany został cel. Niech ta definicja posłuży nam do pokazania złudy technokratów twierdzących, że z powodu tego, iż rzecz może być zrobiona, zrobiona by musi. Środki absorbują całkowicie i człowiek staje się ślepy na samo pojęcie celów. Rzeczywiście, nawet wśród ludzi, którzy zdobywają się na wysiłek refleksji, pojawia się myśl, że cele muszą się pojawiać po wynalezieniu środków. Stąd bierze się fanatyczne zainteresowanie, które jest psychopatyczne, ponieważ łączy się z ucieczką, substytucją i podskórnym nurtem lęku rodzącym się ze świadomości, że prawdziwy cel nie został wskazany.

             Jeśli zatem podstawienie środków na miejsce celów jest esencją fanatyzmu, możemy lepiej rozpoznać niebezpieczeństwo, w jakim nauka i technika postawiły na nasze dusze. Zdrowie psychiczne jest proporcją odniesioną do celu; nie ma standardu zdrowia psychicznego, gdy pominąć całą kwestię celów. Obsesja, o której mówimy, jest jednak źródłem wielkiej ulgi dla ogarniętego nią człowieka.  Stanowi ona bowiem odroczenie prawdziwej próby. Nie kwestionujemy bowiem prawdziwości tego westchnienia ulgi, kiedy ludziom pozwala się wracać do probówek i do faktów.

            Kolejnym aspektem opisywanej psychopatologii jest wysoki stopień niestabilności. Nie należy się spodziewać rozkwitu racjonalnej samokontroli wobec fiksacji zachodzącej w częściach. Robotnicy przypisani do bardzo wąskich wycinkowo prac wykazują się - według badań - wyjątkową skłonnością do emocjonalnej niestabilności. Każdy dostrzega w populacjach miejskich zmienność temperamentu, która kontrastuje z równowagą człowieka żyjącego blisko natury. Zależność tę widać w porywach zmiennego podziwu, w ekscytacji sprawami powierzchownymi, w nadmiernej podatności na sugestie, skłonność do paniki - wszystko to czyni niemożliwym trzeźwy osąd ludzi i rzeczy, jaki charakteryzuje filozofa. Obserwator przybywający do jakiejś współczesnej metropolii z prowincji, gdzie zakorzenione są jeszcze tradycyjne wartości, poruszony jest sposobem, w jakim czyni się tu sądy bez odniesienia. Napotyka on argumenty, błyskotliwe być może w wąskim zasięgu, które przesunięte jednak nieco w kierunku pierwszych zasad upadają z braku podstawowego uzasadnienia. Znajduje działania propagandowe z całą inteligencją wyrafinowanej techniki, które okazują się absurdalne, skoro tylko obnaży się ich założenia dotyczące ludzkiej natury i ludzkiego przeznaczenia. Fragmentaryczny charakter takiego myślenia zezwala na sprzeczności i nagłe zwroty, a to przeszkadza emocjonalnemu opanowaniu wobec konieczności wyboru.

           Zaobserwowaliśmy oto część skutków ewolucji od doktora filozofii poprzez szlachcica ku specjaliście. W tym punkcie odkrywamy, że specjalista ustępuje pod względem psychicznym swoim poprzednikom. Jest on podobny do parweniusza starającego się za wszelką cenę pokryć za pomocą pewności siebie poczucie winy, że nie jest wykształcony. Albowiem prawdą jest, że ów fanatyzm, niestabilność emocjonalna, napięcia i niestałość nie pasują do wystałej dojrzałości, której oczekujemy od przywódcy.

             Człowiek, który rozumie, ma powód do pewności siebie, posiada spokój mistrza. Jest człowiekiem zrównoważonym, niosącym we wnętrzu swój środek ciężkości; nie poddał się obsesji wiążącej go z cząstką rzeczywistości. Ludzie skłonni są ufać sądom zintegrowanej osobowości i wybiorą ją nawet zamiast oficjalnych opinii ekspertów. Słusznie podejrzewają, że określenie "dokonywać ekspertyzy" kryje w sobie jakieś zachwianie, nienormalność punktu widzenia.

                 W ten sposób specjalista stoi zawsze na granicy psychozy. Zauważono, że wśród poszczególnych pacjentów oddziałów psychoz można napotkać każdy aspekt normalnej osobowości w chorobliwym wyjaskrawieniu, tak że przez połączenie wszystkich chorych byłoby możliwe teoretyczne złożenie superumysłu. Podobne nierównomierności w rozwoju widać we współczesnych centrach przedsiębiorczości i kształcenia. Każdy mógłby być podziwiany za swe drobne zdobycze potęgi i wirtuozerii, każdy jest dotknięty uzależnieniem, gdyż dla niego specjalizacją stała się światem. Opinia publiczna, zachowująca pewną perspektywę dzięki cnocie swego naiwnego realizmu, nazywa ich "skrzywionymi". Nie ma potrzeby spierać się z tym określeniem. naukowiec, technik i uczony, którzy porzucili Jedno na rzecz Wielości, nadymają się pychą nad swą zdolnością do precyzyjnego opisu jakiejś drobnej cząstki świata. Ludzie ogarnięci obsesją fragmentów nie mogą już nie być stawiani w rzędzie psychopatów. Stąd bierze się twierdzenie Ortegi y Gasseta, że ocalenie naszej cywilizacji wymaga "nieskończenie subtelnych sił". Cywilizacja musi być ocalona przed tymi, którzy ogłaszają się jej głównym światłem i chwałą.

           Ludzie myślący są dziś często zdziwieni, dlaczego świat już nie ma pożytku z liberalnie wykształconej klasy. Odpowiedź leży z pewnością w opisanym porzuceniu generalizacji na rzecz specjalizacji, czyli w procesie rozdrabniania. Świat z rozmysłem zawęził odpowiedzialność. Jeżeli chcemy wrócić do źródeł, kwestia: czy każdy może być filozofem - musi się stać kwestią części szerszej: czy każdy może uczestniczyć w cnotach arystokratycznych. Jest to problem mądrości i samokontroli. Istniały społeczeństwa, w której znaczna część ludzi miała dostęp do ogólnej odpowiedzialności. Działa to jak przeciwwaga dla opisanych tendencji psychopatycznych. Spójrzmy na przykład na preindustrialną Amerykę. Cechą tego społeczeństwa, najbardziej kontrastującą z naszym obecnym stanem, był rozdział centrów wpływów i władzy.

             Weźmy jako przykład farmera z Vermont z lat pięćdziesiątych XIX wieku, z pewnością nie zadzierającego nosa, ale jednak będącego naczyniem pewnej odpowiedzialności, i pod tym względem - arystokraty z powołania. Podziwiano go za jego niezależność, pojmowaną nie jako izolację od życia wspólnoty (wręcz przeciwnie, okazuje się, że był on aktywny na zebraniu wiejskim i w trakcie głosowania), ale jako możliwość i uzdolnienie do decydowania za siebie zgodnie z racjonalnym i trwałym kodeksem wartości. Jego pola mogły być kamieniste, ale on oceniał swoją sytuację i postanawiał o dalszej drodze. Wstawał wcześnie, ponieważ związek pomiędzy wysiłkiem a nagrodą był dlań jasny. Istniał rytm dla jego zadań, który czynił je ludzkimi: każdy dzień przynosił pewien krąg obowiązków, pory roku narzucały działania, które należało podjąć, jak na przykład sianokosy. Wieczorem mógł być na nogach do dziewiątej, z cotygodniową gazetą w ręku, nie przeglądając komiksów i wiadomości sportowych, ale czytając rozprawy polityczne, rozważając je i rozpatrując tak dokładnie, jak mógłby tego zapragnąć sam Bacon. Czcił dzień 4 Lipca, Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie, ze znacznym zrozumieniem, co one oznaczają. Tkwił w biedzie, ale nie był niemężny. Miał dość charakteru, aby powiedzieć - nie.

                Wraz ze wzrostem uprzemysłowienia ten typ indywidualności został wyeksploatowany, a następnie, z tego powodu, wzgardzony. Wrodzona godność staje się staromodna, a silna wola jest często przeszkodą na drodze postępu ekonomicznego. Ten rodzaj hierarchii społecznej, który opisaliśmy jako odbijający wiedzę o wartościach, został zniesiony. Zastąpiła ją struktura złożona na dole z masy pracowników i na górze z małej grupy elitarnej, która stanowią sami technokraci. Pracownicy raczej nie powinni wiedzieć, co produkują, a menedżerowie raczej nie powinni o to dbać. Podział pracy może się stać tak drobiazgowy, że pojedynczy człowiek nie potrafi już uchwycić skutków etycznych swej funkcji, nawet gdyby był zdolny do takiej próby. Kiedy połączymy organizację przemysłową ze współczesną biurokracją polityczną, otrzymamy potwora o przerażających cechach. W takim systemie państwo nie tylko odbiera męstwo swym obywatelom, ale dodatkowo czyni z nich przestępców.

              Nie można znaleźć na to lepszego przykładu niż badania nad bombą atomową w USA podczas II wojny światowej. W Oak Ridge (Tennesse) siedemdziesiąt tysięcy ludzi pracowało nad przedsięwzięciem, o którego znaczeniu wiedzieli niewiele lub zgoła nic. Propaganda wojenna była tak skuteczna, że ludzie ci szczycili się swoją niewiedzą i chełpili tym jako oznaką honoru lub stygmatem współuczestnictwa - w czym? Zaledwie kilku z nich, bardzo niewielu, dowiedziawszy się, że ich wysiłki mają na celu rzeź osób cywilnych na niespotykaną dotąd skalę lub skierowane są ku doskonaleniu zdefiniowanej przez nas brutalności, odmówiłoby współudziału. Być może posiadali by oni jakieś pojęcie wojny jako instytucji zabraniającej bezcelowego zabijania; być może mieliby sekretne uczucie, że świat jest zaprojektowany moralnie i że przestępstwa tego rodzaju, dokonane pod jakimikolwiek auspicjami, przynoszą odpłatę; w każdym razie jest ledwie możliwe, że kilku z tych anonimowych, ciężko harujących ludzi pomyślałoby choć przez chwilę o szerszej odpowiedzialności. Słyszało się plotki, że wśród światowej elity związanej z badaniami atomowymi było tylko kilka osób, które odmówiły uczestnictwa w operacji tak przeciwnej kanonom cywilizacji. Ich imion nie sławiono. Chwała im za to, że wznieśli się ponad specjalizację, ale by to uczynić, musieli rozważyć cele. Robotnicy uczestniczący w tym ogromnym przedsięwzięciu nie mieli takiej możliwości, ale niewiele łez po nich wylano. Wyobraźcie sobie współczesne państwo porównujące referendum do sumienia! Bomba była środkiem niezrównanym, czy to nie wystarczy? W ten sposób współczesna organizacja polityczna i przemysłowa, nieracjonalna hierarchia, czyni z obywatela politycznego eunucha. Jeśli Thoreau odczuł niegdyś, że niegodne jest nawet być powiązanym z władza, to cóż powiedziałby dzisiaj? Skorumpowane biurokracje gardzą ludźmi, w których imieniu tak nabożnie przemawiają.

             W ten sposób energia atomowa, ostatni wynalazek Prometeusza, powinna skłonić wszystkich do postawienia koniecznego pytania: kto ją powinien kontrolować? Jest to rzecz jasna pytanie, które powinno było paść już dawno temu, pytanie o potencjał prezentowany przez machinę. Tymczasem rozważanie tego problemu wydaje się ciągle być na poziomie elementarnym, ponieważ spieramy się, czy jedno państwo, czy ich grupa bądź federacja wszystkich państw powinny być nadzorcą. W końcu pytanie o to, komu powierzyć tak ogromna potęgę musi być rozstrzygnięte. Konkluzja, tak przykra dla demokracji, że mądrość, a nie popularność kwalifikuje do rządzenia, może spaść na nas poprzez niebezpieczeństwo energii atomowej. Mądrość zaś nie leży na peryferiach.

            Załóżmy, że produkcja bomby była przypadkiem ekstremalnym, choć może być przypadkiem typowym w przyszłości. Także gdzie indziej jednak możemy spostrzec stały trend do rozdrobnienia i nieodpowiedzialności. Kiedy system produkcji staje się "funkcjonalnie zracjonalizowany", pracownik zmuszony jest do oddania zarówno wolności jak i inicjatywy. Jak długo porządek polityczny zostaje ustabilizowany, tak długo może on utrzymać swe istnienie podobne do istnienia robota. Kiedy jednak porządek ten się załamie i robotnik z powrotem będzie zmuszony do polegania na swojej zaradności, okaże się, że jego zaradność zmalała. Nie przyzwyczajony do orzekania czegokolwiek na temat celów i powiązań własnej pracy, nie potrafi myśleć w kategoriach wystarczająco rozległych, by objąć całą sytuację. Wymuszona nieodpowiedzialność stała się czynnikiem patologicznym, ponieważ ciężar odpowiedzialności jest ostatecznie najlepszym sposobem zmuszenia człowieka do uczciwego myślenia. Jeśli się go skłoni do odczucia, że odpowiada za wyniki, spokojnie patrzy na sytuację i usiłuje odkryć, co w niej jest rzeczywiście prawdziwe. Oto dyscyplina. Ale jeśli już dawno rozgrzeszyło się go z obowiązku myślenia, popadnie w poczucie bezradności i paniki, kiedy spadnie na niego konieczność jego podjęcia. W takich okolicznościach całkowicie naturalne staje się dla niego zwrócenie się do któregoś z członków elity menedżerskiej, albowiem w wieku uprzemysłowienia ludzi tych utożsamia się ze specjalistami.

           Utraciwszy z pola widzenia wymogi dobrego życia, człowiek pozwolił postawić się w sytuacji, w której nie wolno mu być całkowicie człowiekiem. Wszelkie przesłanki przemawiają za tym, że posiada on nadal zdolności do lojalności, ale - wobec czego ma być lojalny? Przynajmniej częściowa przyczyną nadzwyczaj niestabilnego charakteru naszego świata politycznego jest tłumienie uczuć. Jeśli ich fale poruszają się pod powierzchnią i nie znajdują innego ujścia niż obsesja, niech nas nie dziwią potworne perwersje. Rozdział, jakiego Niemiec był w stanie dokonać pomiędzy fragmentem technologii, którym się zajmował, a politycznym programem, w który wlewał swoje uczucie, wiele wyjaśnia. Osoby, przybywające do Niemiec po upadku III Rzeszy donosiły o przesłuchiwanych naukowcach, którzy mówili: "Cóż ja mam wspólnego z polityką? Jestem technologiem". Niemożliwe, żeby tacy ludzie mieli poczucie winy. Aby dać tym i innym współczesnym poczucie winy, należałoby na powrót wyjaśnić grzech Prometeusza. Podobne oświadczenia bez wątpienia dawaliby robotnicy z Oak Ridge, gdyby wyrok zapadał przeciwko nim [to znaczy gdyby USA przegrały z Niemcami]. Fakt, że z biegiem wojny Niemcy pokładali coraz większą ufność w technice, rzucając bomby http://www.czasgarwolina.plhttp://www.czasgarwolina.plrakietowe w czasie, gdy jedynym ich efektem mogło być zrodzenie w przeciwniku ducha zemsty wskazuje, jak ślepy na całościowa rzeczywistość może się stać człowiek zaabsorbowany środkami.

            Poddaliśmy się zatem rodzajowi obsesji, która pochodzi z poświęcenia uwagi rzeczom peryferyjnym i specjalizacji pracy. Jest jeszcze jednak inny sposób, poprzez który nauka i jej metafizyczny lokaj - postęp, onieśmielają poczytalność człowieka. To wyniesienie "stawania się" ponad "bycie". W rezultacie dominacja "stawania się" wytwarza kolejny rodzaj rozdrobnienia, który może być nazwany "prezentyzmem". Alen Tate zauważył, że wielu współczesnych ludzi, dla których słowo prowincjonalny stanowi obelgę, jest w rzeczywistości prowincjuszami w czasie [ponieważ nie znają centrum cywilizacji, które leży w przeszłości]. W rzeczy samej, modernizm jest esencją prowincjonalizmu, ponieważ odmawia spojrzenia poza horyzont chwili, tak samo jak wieśniak mógłby spozierać z podejrzliwością na wszystko, co leży poza jego powiatem. [Nowe elity wierzą w nowe filozofie ponieważ są nowe, a odrzucają stare prawdy, bo są stare!] Mamy wszelkie podstawy, żeby traktować to jako objaw psychozy, ponieważ dotyczy osłabienia pamięci, znanego jako jeden z najpowszechniejszych czynników towarzyszących patologii umysłowej. Co więcej, jest oczywiste, że ludzie zbuntowani przeciwko pamięci jednocześnie pragną żyć bez wiedzy. Z ich postępowania możemy rzeczywiście wywnioskować, że działają bardziej niż inni na podstawie instynktu i uczuć. Szczere spojrzenie w przyszłość jest nieprzyjemne dla słabych na umyśle, bo daje ostrą lekcję ograniczeń i konieczności odpłaty. Bolesne lekcje z przeszłości, które chcielibyśmy zapomnieć, są z kolei niezbędne, aby mieć punkt odniesienia. Santayana przypomniał nam, że ci, którzy nie potrafią pamiętać przeszłości, są skazani na jej powtarzanie. Nie bez przyczyny Plato oznajmił, że filozof powinien mieć dobrą pamięć.

              Interesującym komentarzem do zjawiska prezentyzmu jest fakt, że ludzie bliscy ziemi mają dłuższą pamięć niż ludzie żyjący w dużych miastach. Tradycje na wsi trwają przez pokolenia; czyby dziadków są dla wnuków rzeczywiste. Można o nich powiedzieć, że przyswajają lekcję. Prowincjusz w czasie widzi, że interpretacja przeszłości wymaga refleksji i uogólnienia, które wynosi go poza chwilę. Lgnie on do fragmentu czasu. Co ważniejsze, sprzeciwia się bezczasowości, choć nie można jej unikać ani zaciemniać, gdyż towarzyszy nam ona ciągle jak ostrzegawczy cień. Już sama możliwość istnienia bezczasowych prawd jest obelga dla życia niedbałego i obojętnego, jakie popiera współczesny egotyzm. Stąd jest całkowicie prawdopodobne, że koncentracja na chwili stanowi kolejny element obsesji.

             W ten sposób idee powiązane z peryferiami lub z indywiduum, powiązane z czymś poszczególnym w przestrzeni i czasie są fałszywe i stają się przeszkodą na drodze integracji. Dla tych jednak, którzy wierzą w transcendetalia, prawdy wieczne, postęp nie ma żadnych związków z czasem i przestrzenią. Można zatem pomyśleć o metafizycznym dążeniu do centrum, które nie będzie ani cofaniem się, ani podążaniem naprzód w potocznym znaczeniu tych wyrażeń. Pomyślawszy tak, spojrzymy na specjalistę jako na człowieka opętanego przez złego ducha. Następnie uświadomilibyśmy sobie, swój podziw dla wewnętrznej równowagi szlachcica, ale to byłby jedynie kolejny etap naszej drogi. Wreszcie, kiedy zaczniemy pojmować, co to znaczy być szlachcicem, nasze spojrzenie zwróci się ku doktorowi filozofii w celu znalezienia jeszcze głębszej integracji charakteru.  Dla Filistynów i apostołów wigowskiej [heglowsko-marksistowskiej] teorii dziejów, byłoby to wstecznictwo, a my zgodzilibyśmy się, że wymaga to poświęcenia wielu rzeczy uznawanych przez nich za niezbywalne. Podobnie jak pokój, odrodzenie ma swoją cenę, od zapłacenia której uchylą się myślący o nim niepoważnie. Proponuję jednak, aby opowieścią o tej części historii zająć się w trzech ostatnich rozdziałach.

Ryszard Weaver z Weaversville w Północnej Karolinie

http://www.czasgarwolina.pl

.