17 listopada 2018r. Imieniny: Grzegorza, Salomei, Elżbiety
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Kubeł wody na demokrację

                                                         Słowo wstępne

             170 lat temu markiz Aleksy de Tocqueville (czyta się – de Tokewij) po zapoznaniu w życiem politycznym USA opisał w książce „O demokracji w Ameryce” przemianę świadomości ludzi przeniesionych z normalności monarchii do dziwnego świata demokracji. Przewidział w niej kierunek zmian w świecie jakie demokracja da – dobrotliwe zniewolenie i ogłupienie człowieka. Ponieważ moc argumentów de Tocqueville’a jeszcze dziś otwiera oczy na absurdy, które na co dzień przysłania nam zmęczenie i przyzwyczajenie – przedstawiamy fragment jego wywodu.

           Rozejrzyjmy się wokół siebie.

           Każdy z nas ma prawo wybierać prezydenta Polski i posłów na Sejm, ale nie może sam oszczędzać na starość i jest przymuszany do zmarnowania pieniędzy wpłacanych na przymusowe ubezpieczenie emerytalne.

          Mamy prawo własności, ale część owoców pracy pozostawiana nam przez demokrację jest prawie tak mała, jak za czasów cezarów część należąca do niewolników. Demokracja daje nam prawo do cudzych pieniędzy, a innym ludziom – do naszych, a urzędników sterujących redystrybucją pieniędzy czyni panami naszego życia i śmierci.

          To my jesteśmy rzekomym suwerenem, „panem” państwa, ale mimo to jesteśmy wychowywani przez służące nam media – na przykład wbija się do głów nam - Suwerenowi, że obrzydliwość homoseksualizmu nie jest obrzydliwa. Pouczają nas o tym rzekomo wykształceni ludzie, choć w księgach klasyków opis szaleństwa Tyberiusza i Kaliguli podparty jest przypomnieniem ich homoseksualizmu i pedofilii.

 

           Kluczowa lisia sztuczka demokracji – wybory – sprawia, że  poprzez udział w nich bierzemy na siebie współodpowiedzialność za zło wybranych rządów, za które  p o d o b n o  skarżyć możemy się tylko sami sobie, a nie na mechanizm demokracji właśnie.          

           Ponieważ de Tocqueville przewidywał antychrześcijański aspekt demokracji - sięgnięcie przez nią po prawa Boga i rozkład wolnej woli ludzi - uprzejmie polecam poniższy tekst chrześcijańskim nauczycielom. Warto to usłyszeć od klasyka politologii: aksamitny despotyzm demokracji odbiera ludzkiej wyobraźni praktykę życiową wolności, a więc i automatycznie pojęcie grzechu. Dekalog nie jest dla niewolników, choćby wykształconych.

             W czasie gdy Pan Markiz spisywał w Paryżu wnioski ze swych spostrzeżeń, w Brukseli Karol Marks snuł plany komunizmu, które doprowadziły w XX wieku do śmierci stu milionów ludzi. Po klęsce komunizmu opartego na dyktaturze, to demokracja stała się siłą nośną neomarksizmu.

                                                                                                       Andrzej Dobrowolski

 

Alexis de Tocqueville

JAKI RODZAJ DESPOTYZMU ZAGRAŻA DEMOKRATYCZNYM NARODOM

 http://www.czasgarwolina.pl          Podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych zrozumiałem, że istniejący tam demokratyczny układ społeczny szczególnie ułatwia powstanie despotyzmowi. Po powrocie do Europy stwierdziłem, że większość demokratycznych władców wykorzystała już demokratyczne idee, uczucia i potrzeby do rozszerzenia zakresu swojej władzy.

           Stąd nasunęło mi się przypuszczenie, że narody chrześcijańskie może spotkać taki sam los, jaki zaciążył nad wieloma społeczeństwami starożytności. /…/

           W dotychczasowych dziejach próżno szukać władcy tak absolutnego i potężnego, że podjąłby się samodzielnie, bez pomocy władz pośrednich, administrować całością wielkiego państwa. Nie było władcy, który próbowałby podporządkować wszystkich poddanych szczegółowym przepisom jedynej reguły czy też bezpośrednio rządzić każdym obywatelem i każdego prowadzić za rękę. Myśl o takim przedsięwzięciu prawdopodobnie nigdy nie przyszła ludziom do głowy, a jeżeli nawet komuś zdążyło się coś podobnego wymyślić, wkrótce brak oświecenia, niedoskonałość procedury administracyjnej, a przede wszystkim nierówność stanęłyby na przeszkodzie wykonywaniu jego zamiarów.

             Nawet w okresie największej potęgi cezarów różne ludy zamieszkujące imperium zachowały różnorodne obyczaje. Choć wszystkie prowincje podlegały jednemu monarsze, większość z nich była administrowana oddzielnie. Istniały w nich potężne i aktywne rady prowincjonalne i choć cała władza skoncentrowana była w rękach cesarza i on pozostawał arbitrem we wszystkich sprawach, szczegóły indywidualnego i społecznego życia wymykały się jego kontroli.

             To prawda, że cesarze posiadali ogromną i niczym nie ograniczoną władzę, która pozwalała im do woli zaspokajać najdziwniejsze skłonności oraz wykorzystywać do tego celu całą siłę państwa. Częstokroć nadużywali swojej władzy, by samowolnie odebrać komuś majątek lub życie. Ich tyrania straszliwie ciążyła na życiu niektórych ludzi, lecz nie rozciągała się na wszystkich. Dotyczyła paru wielkich spraw, nie interesując się resztą. Była dotkliwa, lecz ograniczona.

            Wydaje się, że gdyby w dzisiejszych demokratycznych społeczeństwach zapanował despotyzm, miałby on odmienne oblicze. Byłby bardziej rozpowszechniony i mniej groźny, podporządkowywałby człowieka, nie dręcząc go nadmiernie.

             Nie wątpię, iż w naszej epoce oświecenia i równości władcom łatwiej będzie skupić całą władzę publiczną we własnych rękach i częściej oraz głębiej wnikać w prywatne życie obywateli, niż mógł to robić którykolwiek z władców starożytności. Wszelako równość, która toruje drogę despotyzmowi, jednocześnie go osłabia: w czasie panowania równości obyczaje publiczne stają się, jak widzieliśmy, bardziej ludzkie i łagodne. Kiedy żaden obywatel nie posiada ani wielkiej władzy, ani wielkich bogactw, tyranii brak okazji do działania. Pośród powszechnej przeciętności fortun namiętności są skrępowane , wyobraźnia ograniczona, a rozrywki nader proste. To ogólne umiarkowanie miarkuje również samego władcę i ogranicza jego samowolne pragnienia. /…/

           W momentach wielkiego poruszenia i zagrożenia rządy demokratyczne mogą okazać się gwałtowne i okrutne, lecz takie kryzysy będą rzadkie i przejściowe.

            Zważywszy na niewielkie namiętności ludzi naszych czasów, miękkość ich obyczajów, ich oświecenie, uduchowienie ich religii, łagodność ich moralności, ich porządne i pracowite obyczaje, ich umiarkowanie zarówno w cnocie jak i w grzechu, - nie obawiam się tyranii władców, ale raczej ich opiekuńczości.

            Myślę więc, że rodzaj ucisku, który zagraża demokratycznym społeczeństwom, w niczym nie przypomina jego dotychczas spotykanych w świecie form i że nie zdołamy znaleźć dla niego odpowiednika w historii. Sam z trudem szukam wyrażenia, które mogłoby precyzyjnie określić zjawisko, o które mi chodzi. Stare słowa takie jak despotyzm czy tyrania, tutaj się nie nadają. Rzecz jest nowa, skoro więc nie potrafię jej nazwać, trzeba, bym ją opisał.

            Kiedy próbuję sobie wyobrazić ten nowy rodzaj despotyzmu zagrażający światu, widzę nieprzebrane rzesze identycznych i równych ludzi, nieustannie kręcących się w kółko w poszukiwaniu małych i pospolitych wzruszeń, którymi zaspokajają potrzeby swego ducha. Każdy z nich żyje w izolacji i jest obojętny wobec cudzego losu; ludzkość sprowadza się dla niego do rodziny i najbliższych przyjaciół; innych współobywateli, którzy żyją tuż obok, w ogóle nie dostrzega; ociera się o nich, ale tego nie czuje. Człowiek istnieje tylko w sobie i dla siebie i jeżeli nawet ma jeszcze rodzinę, to na pewno nie ma już ojczyzny.

             Ponad wszystkimi panuje na wyżynach potężna i opiekuńcza władza, która chce sama zaspokoić ludzkie potrzeby i czuwać nad losem obywateli. Ta władza jest absolutna, drobiazgowa, pedantyczna, przewidująca i łagodna. Można by ja porównać z władzą ojcowską, gdyby jej celem było przygotowanie ludzi do dojrzałego życia. Ona jednak stara się nieodwołalnie uwięzić ludzi w stanie dzieciństwa. Lubi, gdy obywatelom żyje się dobrze, pod warunkiem wszakże, by myśleli wyłącznie o własnym dobrobycie. Chętnie przyczynia się do ich szczęścia, lecz chce dostarczać je i oceniać samodzielnie. Otacza ludzi opieką, uprzedza i zaspokaja ich potrzeby, ułatwia im rozrywki, prowadzi ważniejsze interesy, kieruje przemysłem, zarządza spadkami, rozdziela dziedzictwo. Że też nie może oszczędzić im   całkowicie trudu myślenia i wszelkich trosk ich żywota!

              W ten sposób wolną wolę ludzką czyni z każdym dniem bardziej nieużyteczną i sprawia, że przestaje się ona objawiać. Ogranicza jej teren działania, stopniowo pozbawiając człowieka nawet samego siebie. Równość przygotowała już ludzi: nauczyła ich to znosić, a nawet uważać za dobrodziejstwo.

              Wziąwszy w ten sposób w swoje potężne dłonie każdego człowieka po kolei i ulepiwszy go wedle własnego upodobania, władca pochyla się z kolei nad całym społeczeństwem. Oplątuje je siecią małych, zawiłych, drobiazgowych i jednolitych reguł, której zerwać nie potrafią nawet najoryginalniejsze umysły i najżywotniejsze duchy chcące wznieść się ponad tłum. Nie łamie woli, lecz ja osłabia, nagina i opanowuje. Rzadko zmusza do działania, lecz zawsze staje na przeszkodzie wszelkiemu działaniu. Nie niszczy, lecz dba, by nic się nie rodziło. Nie tyranizuje – krępuje, ogranicza, osłabia, gasi, ogłupia i zamienia w końcu każdy naród w stado onieśmielonych i pracowitych zwierząt, których pasterzem jest rząd.

             Zawsze przypuszczałem, że ta uporządkowana, łagodna i spokojna niewola, którą opisuję, może łatwiej niż sądzimy, łączyć się z pewnymi powierzchownymi formami wolności oraz, że nie jest rzeczą niemożliwą, by wyrosła w cieniu suwerenności ludu.

             Naszych współczesnych ustawicznie zżerają dwie sprzeczne namiętności: potrzeba, by ktoś prowadził ich za rękę, i pragnienie zachowania wolności. Nie mogąc pozbyć się żadnego z tych przeciwstawnych instynktów, starają się zaspokoić oba naraz. Marzą więc o jedynej, opiekuńczej i wszechstronnej władzy, która wybieraliby jednak wszyscy obywatele. Kojarzą centralizację z suwerennością ludu. To im przynosi pewną ulgę. Żyją pod ciągłą kuratelą, ale pociesza ich myśl, że sami wybrali swoich opiekunów. Każdy pozwala się krępować, ponieważ widzi, że to nie jakiś człowiek czy klasa, lecz samo społeczeństwo trzyma w ręku drugi koniec łańcucha.

 

             W systemie tym obywatele zrzucają zależność tylko na chwilę, w której wybierają swojego pana, po czym znowu popadają w niewolę.

             W naszych czasach bardzo wielu ludzi bez trudu dostosowuje się do tego kompromisu między administracyjnym despotyzmem a suwerennością ludu. Sądzą oni, że stworzyli dostateczne gwarancje indywidualnej wolności, oddając ją w ręce narodowej władzy. Mnie to jednak nie wystarcza. To, dla jakiego pana ludzie poświęcają swoją wolność, ma dla mnie mniejsze znaczenie niż fakt uzależnienia.

            Nie zaprzeczę jednak, że tego rodzaju konstytucja jest znacznie lepsza od takiej, która koncentruje wszelka władzę, by oddać ją w ręce człowieka lub organizmu, który nie odpowiada przed nikim. Ta ostatnia wydaje się bowiem najgorszą formą, jaka może przybrać demokratyczny despotyzm.

             Kiedy najwyższa władza jest wybieralna lub ściśle kontrolowana przez rzeczywiście wybieralne i niezależne ciało ustawodawcze, nacisk, jaki wywiera ona na ludzi, jest często większy, lecz taka władza jest mniej degradująca, ponieważ każdy obywatel, choć skrępowany i bezsilny, może sobie wyobrazić, że będąc posłusznym, poddaje się w gruncie rzeczy samemu sobie i poświęca część swej woli na rzecz innej, ważniejszej jej części.

              Kiedy najwyższa władza reprezentuje naród i jest od niego zależna, odebrane obywatelom możliwości i uprawnienia nie służą wyłącznie głowie państwa, ale przydają się samemu państwu. Obywatele odnoszą wówczas jakąś korzyść z tego, że dla sprawy publicznej poświęcili swoją niezależność. Stworzenie w scentralizowanym kraju przedstawicielstwa narodu zmniejsza zło spowodowane przez krańcowa centralizację, ale go nie likwiduje.

              Dzięki niemu ludzie mogą zachować wpływ na najważniejsze sprawy, lecz w dalszym ciągu nie mają wpływu na drobne. Zapomina się, że najbardziej niebezpieczne jest zniewolenie obywateli właśnie w dziedzinie spraw małej wagi. Gdybym sądził, że kiedykolwiek można być pewnym swojej niezależności w sprawach dużej miary, kiedy się jej nie ma w drobnych, uważałbym, że posiadanie wolności w wielkich sprawach jest mniej niezbędne.

               Zależność w sprawach drobnych daje o sobie znać na każdym kroku i dotyka wszystkich obywateli bez wyjątku.  Nie doprowadza do ostateczności, lecz stale zawadza i każe wyrzekać się własnej woli. Ten rodzaj zniewolenia stopniowo stępia umysł i osłabia ducha, natomiast zależność odczuwana wyłącznie w pewnych bardzo poważnych, lecz nader rzadkich okolicznościach jest tylko chwilowym odebraniem wolności i dotyka tylko niektórych.  Na próżno przyznawalibyśmy tym obywatelom, których tak uzależniliśmy od centralnej władzy, prawo wybierania co pewien czas przedstawicieli tej władzy. Tak krótkotrwałe i wyjątkowe korzystanie z wolnej woli nie może skutecznie przeciwdziałać stopniowemu zanikaniu umiejętności samodzielnego myślenia, odczuwania i działania, a tym samym utracie ludzkiej godności.

               Co więcej, tacy ludzie szybko staną się niezdolni do korzystania z wielkiego i jedynego przywileju jaki im pozostał. Społeczeństwa demokratyczne, które zagwarantowały obywatelom wolność polityczną, powiększając jednocześnie despotyzm administracyjny, reprezentują bardzo osobliwy sposób myślenia. Uważa się tam, że obywatelom nie można powierzyć drobnych spraw, do których wystarcza zdrowy rozsądek, natomiast powierza się im wielkie prerogatywy w dziedzinie rządzenia państwem. Są oni na zmianę zabawką w rękach władzy lub jej zwierzchnikami, są czymś więcej niż królowie i czymś mniej niż ludzie zarazem. Wypróbowawszy wszelkie możliwe systemy wyborcze i nie znalazłszy żadnego, który by im odpowiadał, społeczeństwa takie, zdumione, ciągle nie ustają w poszukiwaniach, tak jakby zło nie wynikało z samej konstytucji kraju, lecz z systemu wyborczego.

               Trudno zresztą zrozumieć, w jaki sposób ludzie, którzy się wyrzekli rządzenia samymi sobą, mogliby dokonać właściwego wyboru tych, którzy mają nimi rządzić. Trudno uwierzyć, by głosowanie zniewolonych ludzi mogło kiedykolwiek powołać rząd liberalny, silny i mądry.

               Konstytucja, która jest z pozoru republikańska, w gruncie rzeczy natomiast ultramonarchiczna, wydawała mi się zawsze efemerycznym dziwactwem. Wady rządzących i głupota rządzonych szybko doprowadziłyby państwo do ruiny. Lud zaś, mając dosyć siebie i swoich reprezentantów, stworzyłby wolne instytucje lub dałby się zniewolić jedynemu władcy.

                                                                               Aleksy de Tocqueville, 1840

                                                                                   [tłum. Marcin Król]

 

 

„Nie warto pisać tego, co na wstępie nie wydawałoby się czytelnikom fałszywe.”

Mikołaj Davila

 

Tekst Tocqueville’a zaczerpnięty z antologii klasyków myśli wolnościowej - bazującej na uznaniu posiadania przez człowieka wolnej woli - zredagowanej przez Leszka Balcerowicza.

http://www.czasgarwolina.pl.

.