17 listopada 2018r. Imieniny: Grzegorza, Salomei, Elżbiety
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Garwolińskie wątki w Tajnym Dzienniku Białoszewskiego

            Wstęp

            Warszawianka Kazimiera z Perskich Białoszewska swe drugie małżeństwo zawarła z Antonim Piekutem z Garwolina. Od tego momentu jej syn z pierwszego małżeństwa – Miron - zaczął odwiedzać Garwolin i pomieszkiwać w nim.

            Zapisy garwolińskiej codzienności znalazły się niegdyś w jego wierszach i opowieściach prozą. Teraz zaś w wydanym przez krakowski Znak „Tajnym Dzienniku” wiele dotyczy Garwolina z lat 1975 – 1980.

           Znajdziecie tu Państwo zapisy garwolińskich pogaduszek, opowieści sąsiedzkie o cudach, nasze powiedzonka, plotki o sporach majątkowych, relacje z chamskich napisów na murach, wspomnienie szpitala, kościoła, cmentarza, a nawet plastyczne przypomnienie przedmiotów. Przedstawiamy fragmenty Dziennika.

                                                                                                                                   Andrzej Dobrowolski

  

http://www.czasgarwolina.pl
12 grudnia 1975, piątek, w Garwolinie

 

Jestem w Garwolinie u Mamy. Poszliśmy kupować baranie rękawiczki i pantofle (Garwolin słynął z wyrobów skórzanych i kożuszniczych.) Po trudach dobrało się. Ale przyszło mi do głowy, żeby jeszcze jedną parę pantofli kupić, bo akurat spojrzałem na te, które mam na nogach, i zobaczyłem, że puszczają w szwach. Wstąpiło się do innego sklepu. Nic nie pasowało. Powiedziałem

-Trzeba było kupić w tamtym drugą parę takich samych.

-Nie - Mama się skrzywiła, a ja sobie przypomniałem

-A, zdaje się, to była ostatnia para takich. - Tak.

Wstąpiliśmy do zaprzyjaźnionej z Mamą od dwudziestu pięciu lat pani K., do jej sklepu z farbami. Pan K. pracuje w przedsiębiorstwie samochodowym. Pani K. od ósmej do piątej uwija się w sklepie. Musi napalić codziennie rano w sklepowym piecyku. O trzeciej wylatuje naprzeciwko do domu robić sobie i mężowi obiad. Mają dwie córki w Warszawie, pomagają im, kupili im mieszkania. Siadam na kanapce pod blokami „tonu" do ścian, naprzeciw przegródki z proszkami w kolorach i paki z napisem „Maluj sam".

-Ciągle ktoś u pani jest

-No tak, jakoś wciąż się przewijają.

Szuflą trzeba sypać farby. Temu, tamtej odkroić z ciężkiej beli kawał linoleum. Ciągle coś. A jeszcze i humor, i gadanka. Powiedziałem Mamie

-Doceń, jesteś wolna.

- Jestem wolna.

Mama ma rentę po panu Antonim. Dorabia kwiatami. Ma uskładane pieniądze swoje. Po Antonim te pieniądze, które on uskładał z myślą o niej. Ma na własność domek i ogródek. Opowiadała mi wieczorem o przykrości państwa K.

-Czy wiesz, ta jego siostra ich wciąż skarży.

-Skarży? Ta Krysia, co u nich mieszkała tyle lat?

-Tak, ta prawniczka, napuszcza na nich ojca. -O co?

-Ileś lat temu, ze dwadzieścia pięć, kiedy oni się pobierali, ojciec K. przyszedł do syna, do pana K., dał mu coś tam w węzełku, jakieś pieniądze. „Masz, synu", powiedział, nikogo przy tym nie było. Teraz ci rodzice K. zgłupieli. Matka ma chyba sklerozę, ojciec pije. Mają domy, kilka, samochód. Mają pieniądze, bo żeby byli biedni. To ta Krysia, córka tego ojca K., siostra pana K., wniosła do sądu skargę w imieniu ojca, że syn mu nie chce oddać tych pieniędzy.

-Tych z węzełka?

-Tych.

-Po tylu latach? Przedawnione.

-Przedawnione, bez świadków. Nie ma w ogóle podstaw do zaskarżenia.

-Syn ojcu po dobroci. K. powiedział „Nie oddam, bo nie mam". Żeby ojciec był biedny, ale ma dom. Krysia, ta siostra, napuściła ciotkę. Ale ciotka zeznała prawdę. I że K. są dobrzy, uczciwi. Znani z tego. Milicja pytała osobno starego K., czy dawał pieniądze synowi przy świadkach. Powiedział, że bez świadków. I już kręcenie, bo ona mówiła inaczej. Ciotce się odgrażała. Nic nie wyszło z oskarżenia, wniosła drugie.

-I przyjęli? A, bo ona prawniczka, to tylko dlatego.

-I ma gadane. Mówi, że widziała, jak córka K. miała pełną torbę pomarańczy, żeby choć jedną dała dziadkowi. Dziadek nie mieszka zresztą w Garwolinie. Ale jakim ona tonem.

 -Trajluska?

-Jeszcze jaka. A ona chce, żeby ojciec miał jeszcze więcej pieniędzy, żeby ona od niego wyciągała, bo potrzebuje na lokale, na picie, na amantów. Bo one we dwie z taką Benią mieszkają razem.

-Pamiętam tą Benie, byliśmy z Le. wtedy tu, wywoływało się duchy, nic z tego nie wyszło. One czekały na flirt po ciemku.

-Oj, to ty lepiej ode mnie pamiętasz. One we dwie, no, już mają po czterdzieści jeden, to teraz one muszą płacić. To kosztuje.

-A ile zarabiają?

-Po kilka tysięcy, dużo

-No to jak?

-Ale lokal, to drogo, może kosztować i tysiąc złotych wieczór. -A

Mama do pani K. w sklepie, że mi to opowiedziała. Pani K. zza lady

-No niech pan powie, traktowałam ją jak córkę, tyle lat mieszkała u nas, chwaliła sobie, „Ach, Marychna", całowała mnie, „tak mi u ciebie dobrze". I po dwudziestu pięciu latach okazała się... No niechbym ja tak teraz po dwudziestu pięciu latach wobec pana Mamy, bo akurat taka sama różnica wieku, niechbym okazała się świnią... Najlepiej powiedział na to wszystko kioskarz: „W każdej rodzinie jest kobra".

 

12 grudnia w Garwolinie, wieczorem

 

Mama

-Przyjeżdżają do mnie. Coraz któreś przyjedzie. Była Sabina i Olemka, ta spala tu, ta tam.

- Jednocześnie? I jak one ze sobą?

-Przy obiedzie żartowały.

-No tak, tyle lat, Olemka pewnie dawno przeszła nad tym do porządku, Sabina może gorsza.

-Właśnie nie. Sabina dobrze, a Olemka do mnie na boku „Nie lubię jej, to jędza", ja do niej „Co ty?", „Oj, one mi dały szkołę".

-To i ta święta Nanka?

-Bo to jak tyś się urodził, pojechałam z tobą pod Warkę z Nanką, przyjechała Sabina. Babka Frania (Babka Frania - Franciszka z Perskich, siostra ojca Kazimiery Białoszewskiej-Piekutowej, matka Olemki, praczka, dozorczyni domu na ul. Bielańskiej 16, mieszkająca w oficynie tej kamienicy, w suterenie. Tam podczas powstania odnalazł ją i jej rodzinę Miron Białoszewski ), jak usłyszała, to przysłała Olemkę. „Jak tamta, to i ta".

-No, ona tak, bo to święta osoba.

-Ona zapatrzona w Olemkę. Mówiła do niej „Moja królewna". To młode było wszystko.

-Po ile miały? Olemka z osiemnaście?

-Sabina ze dwadzieścia

-Dziewczynki

-Dziewczyny. Przyjechał Sabiny narzeczony. Nocowali wszyscy w stodole. Olemka się tam z nim turlała po sianie. Sabina na to „Rozpływa się jak stare masło na patelni". Potem rozeszło się o gotowanie. Ja mówię „Raz ja gotuję, raz Sabina". Sabina na to „I raz ona". Ja mówię „Ona nie".

 -Olemka?

-Olemka. „Ona nie". Bo ona jedna, a Sabina z narzeczonym. Ale nie odzywały się do siebie.

-Były ze sobą po imieniu? Przedtem?

-A już nie pamiętam. Mówię teraz Olemce „Zapomnij o tym, tyle lat". A Olemka „Trudno mi zapomnieć". „Ona niby", mówię, „myślała, żeś ty jej chciała odbić narzeczonego". „Gdzie mi tam w głowie było odbijać". No, była trochę taka

-Kokietka

-Tak. Trzeba przyznać: ładniejsza od Sabiny.

-Mówiłaś, że jak była mała, jadła w lustrze.

-O tak siedziała - mama podchodzi do lusterka na kredensie, wygina paluszki.

-Ale potem przecież się widywały, siadały przy stole, tańczyły w jednym pokoju.

-O tak.

-Bo pamiętam. Mąż Olemki poprosił Sabinę do tańca, ona poszła z nim tańczyć. Chociaż niby cham, ćwok. Akurat nastawiliście wtedy gramofon. Szło shimmy

-No, towarzysko one owszem.

- I jednak uprzedzenia zostały. No, Olemka pobudzała baby do obmowy. Ona wywoływała to. Chcąc nie chcąc. Taka już była. No i trzeba pamiętać, że była uwrażliwiona. Córka dozorczyni i praczki.

-Ale ta dozorczyni i praczka okręcała się dokoła, kiedy była młodsza, i mówiła „Jestem szlachcianka".

-Babka Frania?

-Tak. Jej i mojego ojca rodzice mieli majątek. Olemka miała jeszcze i pretensje do Sabiny i Nanki o nazywanie jej Limpcią.

-No, ona Olimpia.

-Woli teraz być u mnie niż u swojej koleżanki Biernackiej.

-A to ta, która romansowała z jej mężem?

-Siostra tej. Mąż Olemki by do niej nie wrócił, gdyby nie zginął. Wróciłby do tamtej. Aha, to aż tak było. Ja raz poszedłem na Bielańską w okupację. Nocować u nich, bo mnie wtedy Michał przegnał. Była ta Biernacka, bo zjechała z walizami. Babcia Frania słała łóżka rzędem. Polowe, różne.

-Oni tak spali. On w środku, one po bokach.

-I Limpcia tak się godziła?

-Chciała być też blisko.

-Tam spał i brat Limpcioka. No tak, Limpcia i Limpciok. Tak żeście ich nazywali. Wy sami, już zapomniałaś.

Mama nic na to. Chciałaby zapomnieć. Mówi

-Ona i o to jeszcze wrażliwa, że wyszła za chama.

-No tak, racja.

-A Sabinie też dostał się cham

-Oj, właśnie.

-Tyle że delikatny. Jak do niej przyszedł na Leszno jeden z Grzegorzewie chciał się żenić, to ona co? „Co? Co? Za chama nigdy nie wyjdę!". Ona była osa.

-Los ją upokorzył.

-Upokorzył.

-Odpłaciła dobrze.

-Z nawiązką.

-Bo to i Czesława jak doglądała rok czy więcej, do śmierci. A on jej wymyślał, że kogo obok niego położyła, troiło mu się, rzucał w nią, czym popadło. Potem Nanka, Nanka jak kloc. I tego Michała pijaka. Ta rozgrywa z Michałem. Taka nienawiść. A po latach ona jego opiekunka, a on jej ufa, czeka na nią, daje jej dwadzieścia tysięcy.

-Jak to nigdy nie wiadomo, co człowieka czeka, lata mogą pokazać różne rzeczy, tak powywracać.

Sabina opowiada mi raz, że kiedy Czesław był w agonii, zaszedł jego brat i zaczął Sabinie coś wymawiać, jakieś mydło, że mu ukradła

-a ten to usłyszał, ocknął się i tamtemu nawymyślał, tamten mu przerwał konanie./.../

 

4 marca 1976

 

4 marca. Imieniny Mamy.

Kupiłem Mamie białe agaty i fioletowe ametysty. Pokazałem Ludwikowi

-Razem to dopiero coś się robi. Osobno ładne, owszem, ale czegoś brakuje, ametysty uciekają na sukni w czerń. A tak od razu fiolet się robi. Niech Mama razem nosi, niech się same układają. Na Zachodzie robią różne takie kombinacje.

W autobusie szofer z wąsami, jak rzeźnik sprzed pierwszej wojny. Kasa nieczynna. On sprzedawał bilety. Jedna babina z kwitkiem pokazała mu bilet z Orbisu do Życzyna za pięćdziesiąt złotych, on, że sześćdziesiąt kosztuje.

-Jak to, ja zawsze pięćdziesiąt płacę.

-Sześćdziesiąt kosztuje.

-Ale kupiłam w Orbisie. Zresztą jeżdżę, to wiem.

-Ja też jeżdżę co dzień, to wiem.

-Dopłacę panu. Co mam się kłócić. Usiadła. On nic nie mówił. Ona z ławki

-To ja mam naprawdę panu dopłacić? Pan nie żartuje? Ktoś na to

-No, a jak pani myśli? Ona do kierowcy

-Tak, proszę pana?

-Tak!

-To dopłacę w Życzynie. A potem

-Co ja mam dopłacać, jak bilet z Orbisu, niech pan mnie wysadzi w Życzynie. Kierowca dawno już przestał z nią się spierać. Cały czas gadał z drugim.

Ten drugi - autobusiarz po cywilnemu - puścił autobusowe radio. Szły stare piosenki. Karuzela, Kochany, kochany, co mi przypomniało Baśkę Nalepową w Suskowoli. Ona w łóżku. Biały piec. Radio. Idzie to, a że mi się spodobało, spytałem

-Kto to śpiewa?

-Skarżanka.

I widok na biały piec kaflowy.

 

Kierowca teraz do Garwolina miał przy sobie rączkę, drążek do poruszania czegoś tam przy motorze, cały w futerale z dwukolorowego futra. Gałka rubinowa ze złoconą ozdobą.

 

Garwolin.

Mama powiedziała

-Ach, jak ja lubię ametysty. Mam pierścionek, wypadło mi oczko, kazałam sobie wprawić ametyst.

Pani K. przy stole opowiadała, jak z teściem jechała wagonem towarowym zaraz po wojnie

-Jechało się wtedy długo, noc, ludzie się kładą pokotem, dużo radzieckich żołnierzy, teść leży tu, ja leżę za teściem, a za mną Rusek. Teść zasnął, a ja czuję, że Rusek mnie skubnął. Za chwilę znów, o tak, w łokieć. Skubie mnie i skubie. To budzę teścia, trącam go „Nie śpij, Rusek mnie skubie!". No jakoś pomogło, przestał.

-Tak, wtedy były czasy nieudawania.

-Byłam odważna. Mieszkałam w Kutnie, to Reich był. Siedzę w oknie wieczór jako dziewczynka, przechodzi ulicą dwóch Niemców, ja z żartów mrugnęłam do nich. A oni od razu po schodach i na górę. Ja się schowałam do komórki, zatarasowałam drzwi, a otworzyła im starsza kuzynka w ciąży, miała zaraz urodzić. Weszli. Jak się śmieli. Udali, że przyszli sprawdzić, czy jest sprzęt przeciwpożarowy, piasek. Ale się śmieli.

W 1945 roku pani K. znalazła się na Śląsku. Przyszli polscy żołnierze do bauera, chcą krowę. Bauer do Ruskich, Ruscy przylatują. Z pepeszami do naszych żołnierzy Ale że nasi żołnierze szybsi, lepiej strzelali, zastrzelili dwóch Ruskich. Na pogrzebie miało polskie wojsko wystąpić bez broni, dopiero dowódca mówi do Ruskich, „no jak to, bez salwy?", pozwolili na salwy. Niemki były na pogrzebie. Płakały. Wszystkie w żałobach.

- Jak to? W welonach?

-Tak. Czarne welony tak opuszczone na twarz.

Sąsiadka Mamy ma syna pijaka. Pieniądze trzymała w blaszanym pudełku u Mamy w komórce, bo on jej podbierał. Raz wsadziła banknoty w kartofle na zagonie, to też znalazł. Teraz siedzi w ciupie.

Obok stoi drewniany dom kuzynki Mamy, Władzi, z którą żeśmy się nie rozpoznali na pogrzebie Antoniego Władzia ten dom wystawiła tuż przed wojną. W 1939 roku jej mąż, policjant, poszedł na Wschód. Ktoś go widział na drodze. Miał policyjny mundur na sobie. Przypuszczają, że zastrzelili go bolszewicy. We wrześniu 1939 roku Garwolin palii się cały. Tylko kominy sterczały. W październiku. Pamiętam. Bo wracaliśmy z rajzy furą przez Garwolin. Drewniak Władzi w tym żywiole ognia ocalał. Zatrzymaliśmy się w nim. Pełno ludzi. Spanie pokotem. Tylko ja zostałem na noc na furze z jednym młodzieńcem, urzędnikiem z ministerstwa, który też z nami wracał ze Wschodu. Noc była jak na październik ciepła.

Po rozejściu się z ojcem w czterdziestym szóstym roku Mama, będąc w Garwolinie w gościach, spotkała swojego kuzyna, czyli pierwszego narzeczonego, czyli Antosia. Właściwie to z ojcem wtedy nie miała jeszcze formalnego rozwodu. Ostatni raz widzieli się w czterdziestym piątym roku, ojciec powiedział, żeby szli kupić nogi do maszyny, bo główkę Mama miała ze sobą, przywiozła ze Śląska z robót przymusowych. Polecieli po te nogi od maszyny, przynieśli, pogadali chwilę. Ojciec wyszedł i więcej się już nie widzieli. Przez całe lata. Dopiero później, już kiedy byli pożenieni z innymi, zobaczyli się u mnie w sanatorium gruźliczym. Mama i Antoś wzięli ślub. Zamieszkali u Władzi. Władzi zresztą tam nie było. Tylko za ścianą drewnianą siostra i siostrzenica Antoniego. Potem Mama i Antoni wystawili sobie murowany domek.

-Każdy, kto mieszkał u Władki - mówi Mama - pobudował się. I to ile osób, ile rodzin. Nikt z domu Władki nie wyprowadzał się inaczej niż do własnego domu. Teraz Mancewscy się budują, wyprowadzają się z domu Władki na swoje. Tylko mówią, że tego domu nie trzyma się właściciel. Władka cały czas mieszkała gdzie indziej, bo za Garwolinem, przyjeżdżała tu tylko na krótkie pobyty. Raz, jak była, to siedziała u mnie, paliła papierosy, paliła, a potem ja pełno niedopałków znalazłam na szafie. Aż tak wysoko wyrzucała niedopałki. W zeszłym roku sprzedała ten drewniak.

-Sprzedała?

-Sprzedała jednemu i też miał się sprowadzić. Nie sprowadził się. Miał się sprowadzić jego syn, to złamał nogę. I to jego mieszkanie wynajmują.

Mancewska prosi Mamę raz

-Niech pani wejdzie do mnie

-A co?

-Niech pani wejdzie, zobaczy.

-Wchodzę - opowiada Mama - a tam na wersalce siedzi lala, taka duża, łeb duży, w krynolinie na drutach.

-Jaki kolor krynoliny?

-Złocisty. Mąż przywiózł tę lalę z Włoch. On jako kierowca jeździ za granicę. Był we Włoszech, był w Anglii, był we Francji. Już im zaczynają zazdrościć.

Stanąłem w oknie kuchni, mówię do Mamy

-Masz ładny widok, na stodołę z prawdziwą strzechą. Kto teraz ma okno na strzechę?

-Baby mówią „Ma pani niedobry widok". „A dlaczego?" „A bo nie widać, jak kto idzie". „A po co mi widzieć, kto idzie do Trzebińskiej?"

 

Ciotka Jadźka, garwolińska poetka w wieku Mamy, lepiej teraz wygląda

-A bo ona się teraz gimnastykuje. Całe lato i całą jesień wylatywała boso na rosę w sukience z krótkimi rękawami tu pod drzewa, na trawę, za bloki i tak, ręce do góry, ręce w bok, rozczochrana. I biega. Ja mówię do niej „Jadzia, ludzie cię biorą za wariatkę". „A niech biorą".

 

Mama pełna energii, czuje się dobrze, uprawia ogródek, przyjmuje gości, nosi sobie wodę ze studni, ogląda telewizję, czyta książki, słucha radia, studiuje rośliny, poducza się nadal francuskiego. Kiedyś dostała napadu bólu woreczka żółciowego. Szpital. Przygotowania do operacji. Nic nie dawali na śniadanie, na obiad, tylko na kolację herbata, bułka. Inne baby na sali jadły w kółko kiełbasę i jęczały z bólu. Mamę przestało boleć. Co rano ma iść na zabieg, to przywożą inną ze ślepą kiszką. Mama po pięciu dniach głodna, nic jej nie jest, myśli o domu. Ale lekarze o operacji. Dostaje wreszcie ósmego dnia zastrzyk, tak zwanego głupiego Jasia, i za chwilę pielęgniarka „Przepraszam, ja się omyliłam, to nie pani, a inna pani, bo ją boli". Mama chce się wypisać. Chirurg jeszcze wstrzymuje. Mama zostaje. Na drugi dzień chirurg przychodzi z obwiązanym okiem

-Niestety, nie mogę pani operować.

-To się wypiszę.

-Co?

-No tak, nic mi nie jest.

-Dobrze, wróci pani.

-To wrócę.

I tak już cztery lata nie wraca.

Malutka Maniusia, kuzynka Mamy, mówi

-O, ustęp daleko, trzeba chodzić. Mama do niej

-Maniaa... To już zapomniałaś, jak tyle lat na wsi miałaś ustęp w podwórku? A do mnie

-Ja tam z Warszawy i nie narzekam. Z Warszawy, jak tu przyjeżdżają, mówią, że mam niewygodę, ale nie narzekają, a przyzwyczaili się w domu. Ja im mówię, że jestem sama i reguluję sobie wszystko, jak chcę.

/…/ W mieszkaniu Mamy po szufladach i zakamarkach wszędzie to, co było za życia pana Antoniego. Mama mówi

- Nic nie ruszałam. Tak jak on poukładał, tak jest. Nie uprzątałam. Najwyżej wychodziłam z domu.

-Jak za bardzo przypominało?

 -Tak.

 

3 września

Czekałem z okazji przechadzki wieczorowej na długim chłodzie w Pilawie. Koło stacji przypięte do drzewa „ZAPRASZAMY! CHCESZ MILE I PRZYJEMNIE SPĘDZIĆ SOBOTNI WIECZÓR DNIA CZWARTEGO ZERO DZIEWIĄTEGO SIEDEMDZIESIĄTEGO SZÓSTEGO ROKU, PRZYJDŹ NA ZABAWĘ DO LIPÓWEK, KTÓRĄ UMILI CI NIE TYLKO DOBRE TOWARZYSTWO, LECZ ŚWIETNIE GRAJĄCY ZESPÓŁ".

Obok w jasno oświetlonym wychodku napisy na ścianie

„Pielgrzym Jerzy ma trypla, to huj nie komendant MO".

A za przegródką

„Owiczówna i Owska to najgorsze kurwy i prostytutki w Pilawie i okolicy, wytrzymały po szesnastu chłopców i chciały jeszcze. PS. Pisane pod słowem honoru, że to prawda".

W Karczewie na parkanie ogłoszenie nad rysunkiem świni „Nowy wysokobiałkowy środek tuczu trzody chlewnej do nabycia w każdej S.S.:

Jot mówi

-          Dusili mnie w przejściu między parkanami, jak wracałem do siebie, i to o wpół do ósmej wieczór, dwóch wyszło z krzaków, od razu mi zarzucili pętlę z paska na szyję, ani krzyknąć, dech łapię, jeden dociska, drugi szuka w portfelu. Poszedłem na milicję, ale co milicja. Ich odpowiedź „Proszę pana, to są ludzie, którzy z tego żyją". Ledwie mówię, słyszysz, jak mi głos chrypi? Masz lustro u siebie? o, zobacz, widzisz, jest sine na szyi? Jest.

-          Może to opalenizna?

-          Tu! Sine!

/…/

 24 grudnia 1976

 

/…/ Mama przysłała na Hożą życzenia dla wszystkich.

Mama ma teraz przyjeżdżać częściej do Warszawy. Za życia pana Antoniego mało miała na to czasu, zawsze się śpieszyła

-Antoni sam sobie nie ugotuje, muszę wracać.

Antoni wstawał codziennie rano o jednej godzinie, sprawdzał, ile stopni na termometrze, powoli mył się, ubierał, zjadał śniadanie i systematycznym, niespiesznym krokiem szedł do swojego Urzędu Skarbowego. Podliczał podatki i zbierał dokumentnie i uczciwie, starając się jednak nie być straszydłem dla ludzi. Będąc na emeryturze, tak samo wstawał rano, ubierał się, tyle że nie wychodził, a siadał do stołu, rozkładał księgi i liczył. Jakieś prace zlecone, podliczenia prywatne. Schodzili się interesanci, odbywał z nimi wyczerpujące konferencje.

Po południu zajmował się z Mamą ogródkiem. Dokładnie, starannie. Z rozpatrywaniem, czy to tak osłonić, a to inaczej. A może cegłami? To i to przekopać. To opielić. Rosło im dorodnie. Wieczorem patrzyli w telewizor i czytali sobie na głos książki o owocach i warzywach. Przerywając lekturę rozpatrywaniami. Wreszcie kładli się do łóżek i komentowali resztę spraw swoich, swojej rodziny, sąsiadów i znajomych. Antoni powolnym głosem. Mama z natury prędszym, ale zwalnianym przez nawyk przy Antonim. Jeżeli ja tam nocowałem w drugim pokoju, omawiali dokładnie i mnie. To, że ja mogę coś słyszeć z drugiego pokoju, było im dosyć obojętne

-A palto jakie ma? -Już stare

-A nie może kupić?

-Nie chce

-Nie chce? Powinien kupić. A do fryzjera poszedł?

-Nie zdążył

-Niech pójdzie, bo ma za długie włosy

-Powiem mu

-Daj mu na fryzjera, i niech idzie do Zawadzkiego, nie do Konopki. /…/

 

5 marca (1979) nad ranem

 

Przebudziłem się o wpół do pierwszej w nocy. Postanowiłem jechać na wczorajsze imieniny Mamy do Garwolina. Wyszedłem jeszcze po ciemku na miasto. Topiący się śnieg. Okazało się, że na autobus trzeba czekać półtorej godziny. Wobec tego wsiadłem w tramwaj i jeszcze granatową Grochowską dojechałem do ronda Wiatracznego i z powrotem.

Spytałem autobusiarza, kiedy nadjechał autobus

-To przez Garwolin?

-Przez.

W Garwolinie zastałem ciotkę Olemkę. Obydwie z Mamą jeszcze spały. Przypomniało mi się, że właśnie mi się śniła parę godzin temu ciotka Olemka, żeśmy z nią rozmawiali na bardzo sympatycznie. Zaraz też to zaczęło się sprawdzać.

Wczoraj Mama miała dużo gości. Naliczyły z Olemką, że w ciągu dnia było czternaście osób. Aż potem Mama ze zmęczenia niezbyt dobrze się czuła. Ale nabrała z powrotem animuszu. I zaczęła szybko latać po mieszkaniu. Ciotka Olemka do mnie

-Ona za szybko biega. Ona nie może się z tym pogodzić, że to trzeba wolniej

Mama powiedziała, że zima dała jej się we znaki. Miała różne dolegliwości. Śnieg w całym ogrodzie i dokoła domu. I na dachu. Ale ma dobrą rodzinę i dobrych sąsiadów.

Sąsiedzi naprzeciw okien kuchni postawili sobie nowy dom, wedle prawa za blisko. Ludzie buntowali Mamę, żeby protestowała, ale Mama nie odezwała się ani słowem i utrzymywała z sąsiadami dobre stosunki. Zaprosili ją na wesele, poszła. Któregoś dnia przyszedł syn tej sąsiadki i pozgarniał Mamie śnieg. Ta sąsiadka pochodzi ze wsi i ma gospodarstwo po rodzicach, teraz jest tam z mężem i z synem. Prócz tego jest modystką, ma sklep z kapeluszami. Nauczyła również syna, który wrócił z wojska, robienia kapeluszy.

Wyszedłem na miasto, pokręcić się, sprawdzić Garwolin, i do fryzjera. Wróciłem, zastałem kuzynkę Mamy, małą Maniusię z Czyżkowa koło Garwolina. Przyszła tuż przede mną i nie wiedząc, że ja jestem w Garwolinie, zawołała do Mamy na mój widok

-Widzisz, przyprowadziłam ci szczęście

A Mama i ciotka Olemka w śmiech. Ze one specjalnie nie mówiły, że ja jestem, żeby była niespodzianka. Ale Maniusia nie mogła sobie darować tego, że one jej nie uprzedziły.

Przy śniadaniowym stole Mama pokazała Olemce i Maniusi ametysty i agaty, które kiedyś Mamie na imieniny przywiozłem. Maniusia wzięła do ręki, żeby im się przyjrzeć. Parę kamuszków się posypało na podłogę. Maniusia zakłopotana. Mama powiedziała, że to jej wina, bo nie było dowleczone do końca.

-Maniusia szukała po podłodze koralików. Znalazły się wszystkie. Potem jeszcze przy zamiataniu szukała i ciotka Olemka. Mama mówiła, żeby już dały z tym spokój. Wyjęła z kredensu wódkę kolorową i uprzedziła, że przyjdzie zaraz listonosz i że wie, że to jej imieniny, i co roku tu zawsze przychodzi na kielicha. Zaraz też zaterkotał głośno dzwonek, zjawił się listonosz. Ten, co od lat przynosił listy. Moja Mama przedstawiła To Białoszewski

Kiedy listonosz wychodził, wchodziła kuzynka Stefa, która przeprowadziła się z jednego końca Garwolina na inny, jeszcze dalszy, za cmentarz. Stefa dyszała, bo ma coś z oskrzelami, coś tam dodatkowego z żołądkiem czy wątrobą. Olemka jej powiedziała, że jest za gruba. Ale Stefa się tłumaczyła, że ona nie jest za gruba, bo jak ona grubieje, to dostaje sadła w tym miejscu - o - pokazała

Stefa o listonoszu

-On powiedział do mnie „Pani jest świnia"

Mama wyjaśnia

-On dlatego jej tak powiedział, bo kiedy ona się wyprowadzała ze swojego starego rejonu, to nie dała mu pożegnalnego kielicha

Stefa

-O, a co tam będę

Opowiadała o kimś innym, kto jej przyniósł jakieś zawiadomienie na nowe mieszkanie, że był cały przemoczony, a ona go poczęstowała herbatą, a on był taki zadowolony i tak jej dziękował

-A było takie zimno drżyste

Potem mówiły o kuzynce Jadźce, tej, co sama mieszka, chodzi w nocy i pisze wiersze. Ciotka Jadzia którejś nocy zobaczyła światło odbijające się na śniegu z okienek piwnicy. Zeszła sprawdzić. Kiedy zamknęła za sobą drzwi piwnicy, ktoś dal jej w głowę. Nic jej się nie stało. Ale przecież wydarzenie nieprzyjemne. Ciotka Jadzia była gruba, a teraz schudła po lataniu i gimnastykowaniu się rano po rosie na ścieżce zdrowia. Codziennie albo dwa razy dziennie chodzi do swojej przybranej córki i do jej dzieci. Mówi, że to dla niej relaks. Moja Mama pokazała, jak to ciotka Jadzia o dziesiątej wieczór codziennie szybko o lasce wraca do domu przez wertepy Garwolina. Ja do Stefy siedzącej naprzeciwko o Jadzi, że ona taka romantyczka i lubi noc. Na to Stefa do mnie

-Ja też lubię noc, jak tak późny wieczór się robi, to ja gaszę światło, wtedy odbijają się w pokoju latarnie od ulicy, siadam w oknie i tak patrzę w ulicę, jak jaki samochód jedzie i szumi. Ja tak chciałam bardzo mieszkać w dużym mieście, w Warszawie. Oj, jak ja bym chciała mieszkać w Warszawie. Ale nie udało się

-Bo tyś się poświęciła dla rodziny - moja Mama od kuchni,

-Musiałam być za mamusię

-A nie mogła pani do brata do Bydgoszczy?

-Bydgoszcz nie, za daleko, zresztą mieć pokój u brata? On tak, jak sobie popije, to potem przychodzi, gada, gada, gada, a ja tego nie lubię.

Stefa poszła. Spytałem, co z Genią, kumą mamy z Młocin. A Mama na to, że Genia napisała list, że nie może przyjechać, bo wyszła przed dom i zobaczył ją pies, któremu daje jeść. Tak się ucieszył, że skoczył na nią, a ona się cofnęła czy poślizgnęła i upadła i coś tam z kręgosłupem. Tak że musi nosić gorset. A pisze, że pies duży i kudłaty. Mama do mnie i do ciotki Olemki, że Stefa to i tak, bo nieraz, jak nie wie co, to ją pyta „Słuchaj, a co to znaczy to i to?". Nie chce pytać swoich siostrzenic, żeby nie tracić u nich za dużo autorytetu.

-Ostatnio mnie pytała, co to ta rotunda. Ja jej wytłumaczyłem, że okrągłe. Ze nawet suknia może być rotunda.

Ciotka Olemka

-No tak, bo to te nowe słowa

Mama

-Stefa przychodzi do mnie, jak ten papież wtedy... i pyta „Słuchaj, mówią konklawe, konklawe, co to jest to konklawe?"

Ja

-Zapomniałem, co znaczy dosłownie Clavis. Masz słownik łaciński? Mama

-Mam słownik wyrazów obcych, tam to będzie Ja szukam

-Nie ma pod „c".

-Szukaj pod „k"

-K? A jest, konklawe, clavis - klucz, ano tak, konklawe, czyli z kluczem, pod kluczem

 Mama

-To jak brat Geni wrócił z Peru, to mówił „Córki u nich to na k - kurki". Ciotka Olemka

 -A ja teraz się przyznam, że też nie wiedziałam, co konklawe

Nowy ostry dzwonek. Mama otwiera. Stara pani w okularach. Wygląda na spokojną i cichą. Pokazuje Mamie jakieś zaproszenie ręcznie pisane i nie wie, co to dokładnie znaczy. Mama ogląda, ja oglądam. Zaproszenie na ósmego marca na herbatkę w kawiarni WOK, urządzane spotkanie przez GOK. Zaproszenie do przekazania dalej. Kombinujemy, co to są te skróty. Ale nie dochodzimy do żadnego wniosku. Pani z zaproszeniem poszła. Ciotka Olemka

-To ta od napadów koguta? Mama

- Ta

-A co ona taka cicha dziś? Ja

-Wygląda na cichą Ciotka

-Oo, jak ona krzyczy, jak umie kląć Ja

-Ta pani, tak? A kogut? Mama

-Idę kolo jej domu, od razu mam koguta na plecach, oganiam się torbą, on fruwa do mnie, wołam „Niech pani zamknie koguta!" Zamknęła. Potem otworzyła. Napadł na Stefę. Mijałam ją bez słowa. To dziś, macie, przyszła.

Ciotka Olemka

-Może chciała coś o kogucie, ale zobaczyła nas troje

 

6 marca

Słyszę sąsiadkę dawną Mamy, która przyszła z życzeniami imieninowymi. Z prezentami. Opowiadają o rotundzie PKO. Wraca ciotka. Olemki znajoma pracuje w lokalu „Zodiak", który sąsiaduje z rotundą PKO. Po wybuchu poleciały u nich szyby, ale dzięki kratom nic się nikomu nie stało. Ileś osób z rotundy przyszło do nich się ocucić. Jedną kobietę posadził kierownik na stole, bo była bosa i bez pończoch. A ta nic nie odpowiadała, tylko w końcu wzięła się za brzuch „Ono żyje, bo się rusza!". Potem ciotka Olemka o kogucie

-Za furtką, jak teraz wracałam, kogut stał

-Ale nie przed furtką?

-Zapiał i piał.

Dawna sąsiadka do Olemki i do Mamy

-To przykry człowiek, jak mieszkałam tu, miałam kaczkę i ona miała kaczkę. Przyszły święta, zarżnęłam. Ona to widziała i nic. Dopiero jak zjedliśmy, to ona w krzyk „Zjadłam jej kaczkę!". Ja też się dziwiłam, że kaczka taka twarda przy pieczeniu, moja była młodsza. Pomyliłam zamienione kaczki. Chcę jej zwrócić moją. Ona nie, tylko dać jej tamtą kaczkę, a skąd ja jej wezmę tamtą kaczkę?

Ciotka Olemka do mnie

-Tyś się wczoraj zmęczył, bo myśmy tak tu gadali bez przerwy ze dwanaście godzin. Nie przyzwyczaiłeś się do tego. Bo dobre kilka godzin. Pogadałeś gdzieś z kimś, a potem przerwa, a tu bez przerwy.

Wracaliśmy z ciotką Olemką autobusem do Warszawy. Szumiało błoto. Słońce na śniegu. Ja patrzyłem na szosę, a ciotka Olemka do mnie

-Coś ci powiem, tylko się nie obraź

-Nie obrażę się

-Ty mówisz, że zostawiasz nieraz drzwi otwarte w nocy i idziesz na górny korytarz w szlafroku i w pantoflach mieszkaniowych na spacer. Proszę cię, nie rób tak.

Ja patrzę dalej w szosę. Ciotka Olemka uśmiecha się

-Ty tak słuchasz, słuchasz, a i tak zrobisz swoje Ja ze śmiechem

-To już mówiło mi tak parę osób Ciotka Olemka

-Ale ja ci powiem. To jest dobrze, bo obydwie strony są zadowolone, ta powie, co chce, a ta wysłucha.

-Szosa szumi. Ciotka Olemka znów

-Człowiek się tak cieszy, jak wraca do Warszawy do domu. Jak wchodzi do swojego mieszkania. Ale jak tak potem posiedzi samemu. Czas minie. Zaczyna się przykrzyć i „Oj, żeby kto przyszedł".

-W moich drzwiach czekają mnie dwie kartki. Jedna „Miron, ostatni dzień ważności talonów, wpadnij do mnie do piętnastej - Jot". Oczywiście talony oznaczały co innego. Ale i tak było po piętnastej, a poza tym Jot nieraz kręci, nieraz to, co obieca załatwić, to przekłada na drugi dzień, żeby wymamić nowe sto złotych. Tak to mówi, że nie pije wódki. Tylko właśnie przed chwilą wypił po paru dniach przerwy piwo.

-Druga kartka zaczynała się od słów „Panie profesor". Zacząłem się zastanawiać, kto mnie nazywa profesorem i dlaczego taka plebejska forma. Ale postanowiłem czytać dalej, trzecie słowo było „wybierają się". Aha, w całości tak to brzmiało: „Panie profesor wybierają się do ciebie w piątek o osiemnastej - Jadzia". Oczywiście, tego nie pisała Jadzia, bo Jadzia ręcznie nie pisze, tylko mój dozorca, któremu Jadzia to przedyktowała przez telefon.

-Z panią K. Mama ma ciągle kłopoty. To znaczy kłopoty towarzyskie. Poszła na Wszystkich Świętych na cmentarz i zastała od nich kwiaty na grobie Antoniego. Domyśliła się, że to od nich. Wstąpiła wobec tego na drugi dzień do ich sklepu i podziękowała.

-Na to zza lady pani K.

-To dla pana Antoniego, nie dla pani

-Wobec tego Mama ze sklepu wyszła. Potem spotkały się przypadkowo na ulicy, tak że trudno im było siebie ominąć, i odbyły zdawkową rozmowę. Mama wciąż nie wie, o co pani K. ma do niej tak wielki żal. Teraz dowiedziała się, że pani K. miała ciężką operację, leży w domu. Wobec tego zadzwoniła do sąsiadki i przekazała jej pozdrowienia. Ciotka Olemka do Mamy, że źle zrobiła. Ale Mama zapytała mnie, czy źle, czy dobrze. Ja powiedziałem, że dobrze.

 

            7 marca

           

            Leszek zapraszał mnie przez Jadwigę. Żebym kiedy do niego wstąpił o zmroku. I zastanawiał się, czy nie zrobić stałego dnia widywania się ze mną, na przykład piątku. W Garwolinie wypłynęła w rozmowie sprawa leczenia zamawianiem. Że na coś tam to się chodzi do lekarza, a jak nie pomaga, to są takie baby tutaj, które zamawiają. Ja powiedziałem, żeby nie śmiać się z tych zamawiań. Teraz takie zamawiania są badane przez naukę albo przez pseudonaukę. Właśnie te sprawy rozpatruje między innymi zjawiskami na swoim kółku Lech Emfazy Stefański. I dałem przykład ze swoją kurzajką.

-Podczas okupacji zrobiła mi się kurzajka na kciuku. Bardzo zakorzeniona. Wycinałem ją żyletką. Krew leciała. Mama krzyczała. Nie pomagało. Wypalałem lapisem. Nie pomagało. Dwa razy lekarz wypalał elektrycznością. Kurzajka odrastała. Tak przez parę lat. Wreszcie poskarżyłem się na kurzajkę Halinie. Ona mi doradziła, żeby zawiązać kurzajkę wstążką, potrzymać tak, potem iść na rozstaje i wstążkę rzucić. Ze ona tak kiedyś zrobiła, bo miała kurzajkę, i pomogło. Ja pół na śmiechu, a pół zły zawiązałem kciuk wstążką, potrzymałem tak, poszedłem na róg Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej i rzuciłem wstążkę. Po paru dniach kurzajka zaczęła zanikać. Po paru tygodniach nie było z niej śladu. /…/

 

25 sierpnia, sobota

Ledwie przebudziłem się z tego snu, pukanie. Zdziwiłem się, bo przecież nie ma do domku dostępu. Pytam, kto to. Tadek. Przełazi przez płot, Justynkę z tornistrem prosto ze szkoły wziął ze sobą. Czekała przed bramą, aż otworzę. Mówi

- Jesteś potrzebny w Garwolinie. Mama ma raka na macicy. Konieczna operacja, a zdaje się, że ty jesteś potrzebny, żeby zgodzić się, bo telefonowali z Garwolina, miało być bez ciebie, ale jesteś konieczny.

Spadło to na mnie jak wór kamieni. Niby spodziewałem się czegoś niedobrego. Przeczucie czy obliczenie? Spakowałem się, no i pojechaliśmy do Warszawy. Na Hożej Jadzia powiedziała mi wszystko dokładnie, że mam jechać do Garwolina, że nie wiadomo, czy Mama się waha z operacją, czy ja jestem konieczny, i że najlepiej, jak pojadę zaraz. Pojechałem zaraz. Siedziałem w pociągu w posępnym nastroju. Siadłem w autobus z Pilawy do Garwolina i kiedy wysiadłem w Garwolinie na szosie, nagle owionął mnie spokój. Zaszedłem do domu Mamy. Otworzyła mi drzwi ciotka Olemka, o której wiedziałem, że już jest tam. Poczułem do niej ogromną wdzięczność za to, że kulejąc na nogi, na wiadomość o ciężkiej chorobie Mamy przyjechała od razu do Garwolina. Mama była w nie najgorszym stanie. Choć czuła się słabo. Była trzy dni w szpitalu, nie mogła zdecydować się na operację, wyszła na sobotę i niedzielę za przepustką. Powiedziała doktorowi, że chce widzieć się z synem i musi z nim załatwić różne sprawy. Ja na to, że szkoda, że od razu się nie zgodziła na operację, że mówiono mi w Warszawie, że taka operacja to nic strasznego, wiele bab ją miało. Mama, że tak, ale w jej wieku, prawie osiemdziesiąt lat, to już nie jest sprawa tak prosta. Chociaż badania wyszły korzystnie.

Mama po godzinie, dwóch wpadła w lepszy humor. Narzekała, że ją mdli, że musi mało jeść, ale nic specjalnie ją nie bolało. I te dwa dni nie były tak bardzo ponure. Ostatniego wieczoru przed pójściem do szpitala zaczęła kręcić papiloty. Ciotka Olemka i ja wybuchnęliśmy śmiechem.

-A co, mam iść jak czupiradło do szpitala?

Na początku niepotrzebnie Mamie opowiedziałem o tym śnie. Zmartwiła się, że krzyż. Ale ja wyjaśniłem, że tam nie było wyraźnie krzyża. Po różnych rozpatrywaniach na temat operacji Mama w końcu orzekła

-A ja mam swoje obliczenie. Stawiałam sobie karty i nie wyszło mi najgorzej.

 

wtorek, 28 sierpnia

 

Zostałem sam w Garwolinie, palę w kuchni, znoszę wodę, węgiel. Z początku myślałem, że będzie jako tako, ale potem zrobiło mi się bardzo posępnie. Myślałem sobie, że co tu dużo filozofować o czasie. Naraz ileś ludzi żyje w różnych czasach własnych. Ci, którzy ze względu na wiek albo śmiertelną chorobę muszą kończyć życie, są w innym czasie niż młodzi z perspektywą życia. Myślałem też o sobie. O swojej wytrzymałości. Przecież nie żyje Adam, nie żyje Baśka Nalepowa, nie żyje Nanka. Ale właściwie ja najwięcej martwię się, kiedy ci żywi mają umrzeć, ciężko chorują. Sama śmierć i pogrzeb jest dla mnie takim trudem fizycznym, że wtedy chcę przez to jak najszybciej przebrnąć. Dopiero po jakimś czasie zaczynam odczuwać brak umarłego. Zastanawiałem się też na temat mojej książki Zawał. Parę osób pytało mnie, dlaczego nie opisałem strachu przed śmiercią, że w ogóle tak mało o problemie śmierci. Ja wyjaśniałem, że napisałem tak, jak czułem. A nie czułem strachu, wiedziałem tylko, że mam zawał i tą rzecz trzeba jak najszybciej załatwić, a potem już tylko martwiłem się o to, żeby przestało boleć. A kiedy przestało boleć, to w ogóle się już o nic nie martwiłem. Teraz uświadomiłem sobie, że styk ze śmiercią to ja miałem kiedy indziej, podczas bombardowania, kiedy waliły się sklepienia na Starym Mieście, podczas topienia się, kiedy walczyłem straszliwie o życie z topielcem. I potem kilka razy przy ataku duszenia się. To był styk ze śmiercią zupełny. Dlatego wtedy, kiedy nie ma styku bezpośredniego, a śmierć jest tylko w perspektywie, to nią się tak nie przejmuję.

W południe zawiozłem Mamę do szpitala taksówką. Mama zachowywała się rzeczowo. Tylko przy wychodzeniu z domu, kiedy całowała się z ciotką Olemką, nagle się rozpłakała

- O Jezu, chyba jeszcze tu wrócę. Ordynator na korytarzu zwrócił się do mamy. 

-To pani zdecydowała się na operację? -Tak

Skierował Mamę na szybkie badanie. Za dziesięć minut Mama wyszła. Ordynator wziął nas do swojego gabinetu. Mama w kopercie położyła mu na stoliku /…/

-Panie doktorze

-Dobrze dobrze

I do nas obydwojga

-Państwo orientują się, że w tym wieku taka operacja jest trochę ryzykowna. Ten wrzód wygląda powierzchownie na niezłośliwy. No, ale zobaczymy, co będzie po otwarciu brzuszka... Badania wstępne wyszły dobrze. No, mamy nadzieję, że będzie dobrze

Potem Mama została skierowana już na oddział, na który nie ma dostępu dla niechorych. Bo to ginekologia. Szczęśliwie się składa, że kuzynka Mamy jest pielęgniarką w tym szpitalu.

Wróciłem do domu, gdzie czekała ciotka Olemka. Była już spakowana, bo miała zaraz odjechać do Warszawy. Odprowadziłem ją do autobusu. Jeszcze zdążyłem jej powiedzieć, że umieranie nie jest takie łatwe. Nie tylko człowiek musi się męczyć ze sobą, ale jeszcze musi czekać do tego umierania w ogonku.

 

29 sierpnia

Byłem u kuzynki pracującej w garwolińskim szpitalu. Chciała mnie poczęstować kawą, ale ja pytałem tylko, co z Mamą. Ona na to, że operacji Mama nie miała. Bo trochę na serce gorzej. Nawet mały obrzęk nóg. Muszą ją podreperować na serce. Wróciłem do domu zmartwiony. I znów posępna noc. /…/

 

12 września

Pojechaliśmy z Leszkiem do Garwolina. Głowala nam dał klucze. Leszek wszedł do domu mojej Mamy i od razu go opanowała senność. I bierność. Powiedział, że jak nie ma tak gdzie nastroju intelektualnego, żadnych przedmiotów zajmujących, to on od razu ulega takiej drętwocie.

 

13 września

Pojechaliśmy taksówką z Głowalą do szpitala. Tam ordynator przebrał mnie w fartuch, żeby inne baby myślały na ginekologii, że to jakiś doktor, miałem widzenie z Mamą w separatce. Mamę doprowadzili, bo jeszcze nie chodzi, ledwie się rusza, leżała na kozetce, kiedy wszedłem, bardzo wychudzona, postarzała. Zacząłem mówić sam o pozdrowieniach, o tym i owym, nie słyszała tego, potem dopiero wdała się w rozmowę. Popłakała się, ale się opanowała. Umówiłem się z nią, że posiedzę tu trochę, potem może pojadę, a potem znowu przyjadę. Ze przecież jej iść do domu za wcześnie, bo kto będzie się nią opiekował. Żeby wynająć babę. Mama, że baby nie ma do wynajęcia, trudno o babę. Zajrzał ordynator, ja powiedziałem to ordynatorowi, a on mi, że

-My pani nie wyrzucamy

Na boku mi oznajmił, że z Mamą nie jest dobrze, że operacja w zasadzie się udała i nie zaszkodziła, ale zrobiła się przetoka. Założyli dren. Poza tym są zmiany w organizmie całym. Zniszczona wątroba. Tak że pewnie ze szpitala wyjdzie, ale, z drugiej strony, trzeba się liczyć z zejściem.

Głowalę spotkaliśmy na ulicy przed kościołem. Według niego Mama raczej nie wyjdzie już ze szpitala. Zresztą, kto ma się nią opiekować, przecież ja nie będę miał siły. Leszek też ze swojej strony uważa, że z Mamą jest źle. Poruszyli sprawę domku, testamentu czy darowizny, i tej rodziny, która z jednej strony niby z Mamą jest dobrze i nieraz jest pomocna, a z drugiej strony zależy im na części spadku. Głowala radzi Mamę namówić, żeby teraz, w szpitalu załatwiła to przez urzędnika. Ja powiedziałem, że to trudna rada, bo przecież jej nie powiem tego, bo ona ma to załatwić po wyjściu ze szpitala. W końcu Leszek napisał list do Mamy o tymi owym, i o sprawach urzędowych, że przydałoby się to w szpitalu załatwić. O co Mama potem była rozżalona. O to przynaglanie. Pojechaliśmy drugi raz taksówką do szpitala, bo szpital jest daleko, tam Leszek dał czekoladę jakiejś pielęgniarce i poprosił ją o zaniesienie listu i ewentualnie żeby spytała, czy Mama ma okular i czy da odpowiedź. Tamta uprzejma, poszła i wróciła po dłuższej chwili z kartką od Mamy do Leszka, że pamięta o tych sprawach i załatwi, kiedy wróci do domu Leszek na to do mnie, że Mama jest okropna, lekkomyślna. Ale żebym z nią miał kontakt karteczkowy. Bo na ginekologię nikogo nie wpuszczają, ale przez okno chociaż na pierwszym piętrze, można się porozumieć chociażby za pośrednictwem innych chorych. Wróciliśmy do domu Mamy. Leszka ogarnęła zupełna senność. Ja trochę czytałem w nocy. Dużo spania.

 

15 września

Leszek postanowił dziś wyjechać. Pogoda słoneczna. I nawet dosyć ciepło. Ja postanowiłem zostać do wtorku. I w ciszy odpocząć. Odprowadzałem Leszka, kiedy zobaczyłem z daleka niebieski płaszcz ciotki Olemki, a po bokach dwie torbiska Od razu wpadłem w złość wewnętrzną, że ona przyjechała. Pewno z dobrej woli ale bardzo mi nie na rękę, bo od razu mam zagrożoną samotność. Złapaliśmy od niej paki, ponieśliśmy. Ja już byłem zdenerwowany. Mówiłem jej, że niepotrzebnie przyjechała, że przecież miałem do niej zadzwonić, a ona na to, że była niespokojna. I zanim weszliśmy do domu, ona zaczęła mówić o grobach. Ze Mamę przewiezie się, Lolek powiedział, że się przewiezie do Warszawy. Ja myślałem, że do szpitala warszawskiego, ale okazało się, że to chodzi o transportację zwłok po śmierci. Więc powiedziałem, żeby dali spokój, że to są komplikacje, że mam dosyć grobów i trumien. Olemka na to, że Lolek przygotował już płytę i obmurował trzy miejsca na Bródnie: na siebie, swoją żonę i Mamę. Bo tak się umówili. Ja na to wykrzyknąłem, że mam w dupie groby, że nie chodzę na cmentarze. Ciotka powiedziała „Ach tak" i posmutniała. Jeszcze mi dodała, że Lolek, skoro usłyszał, że ja nie chcę słuchać woli umierających i mam ich chować, gdzie ja chcę, to się popłakał i zawołał „To nam już nic nie wolno?". Leszek łagodził. Ja w końcu pomyślałem, że trzeba też załagodzić. I zaczęliśmy niby rozmawiać, pić herbatę. Ale byłem cały czas zły i już myślałem, jak stąd wyjechać. Najpierw mówiłem, że jutro wyjadę. Ciotka na to, że sama w Garwolinie nie zostanie. Ja powiedziałem, że to do jutra zostanę, a ona może sobie potem pobyć. Ona, że nie, że na razie ma wstąpić do Głowalów, bo ma odnieść im jakiś wazon. To pewnie ta ciężka paka jak kamień, którą dźwigała. A jeszcze w drugiej ręce miała coś. W końcu wyszło na to, że ona może zostać ze dwa dni. I wtedy ja powiedziałem, że ja jadę teraz z Leszkiem do Warszawy, bo mam różne sprawy. I tak się stało.

         Przedtem szukaliśmy kluczyka do kredensu, bo chciałem zobaczyć, gdzie Mama schowała różne rzeczy i książeczkę PKO. Kluczyka nie było. Podjechaliśmy taksówką znów pod szpital, ja napisałem list do Mamy, że na razie wyjeżdżam, że jest Olemka, i spytałem przy okazji o kluczyk, żeby mi odpisała na Lizbońską do Warszawy. Któraś z chorych wzięła ten list przez portiera. Zaniosła Mamie. Wyszła i powiedziała przez okno, że Mama się ucieszyła i zaraz odpisze. Poczekaliśmy chwilę pod oknami i na sznurku zjechała odpowiedź od Mamy, że była dzisiaj na zabiegu, że czuje się lepiej, że gdzie jest kluczyk schowany, to tylko ona wie. To nas z Leszkiem trochę podniosło na duchu, że z nią nie jest tak źle. I wróciliśmy do Warszawy. A do Garwolina mam jechać we wtorek.

 

             Sabina zaraz na cmentarzu po pogrzebie ojca mówiła mi o pomniku, że trzeba ojcu zrobić. I to mnie złości. Chcieliby się urządzać i urządzać, po śmierci dzielić miejscami, zamiast mebli robić nagrobki. Tak jakby im to cokolwiek dało. Przed wyjazdem szukaliśmy kluczyka do kredensu z książeczką PKO i - jak twierdziła ciotka Olemka - z ametystami i jakimiś sznurami korali Mamy. I z obrączką. Ciotka Olemka zaczęła przypuszczać, że to może te kuzynki już wzięły ten kluczyk. Te hieny. Tak nazwała.

           Leszek w pociągu podśmiewał się z ciotki Olemki, że będzie teraz w nocy chodziła i szukała brylantów po mieszkaniu. Ja

- Na co jej na starość jakieś korale i obrączka?

- Dla komentarza, żeby powiedzieć że „o mam".

Ciotka, nie wiadomo, czy nocuje w domu Mamy, czy u Głowalów.

Wyznała, że boi się sama w takim osobnym domku.

Z dworca zaszedłem na Hożą. Jadzia bardzo wypytywała o Mamę. A potem opowiadała mi o swoich spotkaniach w wydawnictwie, o swoim pisaniu. Teraz dużo zajmuje się swoim pisaniem i opowiada o tym do mnie. O swoich odwiedzinach w wydawnictwie, o swoich sukcesach.

Drugim ulubionym tematem Jadzi jest dziedzina przeczuć, telepatii. Coraz więcej zjawisk podciąga pod przeczucia, pod czary.

Halina przysłała list, w którym opisuje swój sen, też przeczuciowy, na temat śmierci mojego ojca.

 

18 września

           Dopiero dziś Leszek mi wyjawił całą prawdę o mojej mamie. Że otworzyli brzuch i okazało się, że tam rak rozgałęziony. Zaszyli bez operacji.

Lekarz przekazał mi tylko częściową prawdę, żeby mnie oszczędzić.

Jadwiga dzwoniła przy mnie do ciotki Olemki.

/…/

Lekarz nawet mówił, że może się ją i niedługo wypisze.

Ale to chyba tylko tak sobie. Dla pocieszenia.

Poza tym Olemka mówiła o swoich żalach wobec mnie przez telefon do Jadzi.

 

Warszawa, 27 września

Byłem przeszło tydzień w Garwolinie. Podjeżdżałem taksówką pod okno Mamy. Mama odbywała ze mną krótką rozmowę, a potem nieraz szła poczta sznurkowa. To, co było więcej do powiedzenia, to się pisało na kartce. Pierwsze dni wyglądały na to, że Mama wyjdzie niedługo. Była pogodna, nawet wesoła. Potem jednak się okazało, że zostanie jeszcze i pewnie nie na tak krótko, bo trzeba robić opatrunki bo przecież jest ta przetoka. Mama z początku rwała się do domu, ale teraz pogodziła się z dalszym pobytem w szpitalu i nie narzeka. Uważa, że lekarze są dla niej dobrzy, oddziałowa bardzo dobra. Zresztą dużo znajomych.

Z rodziną Antoniego, czyli z tymi spadkobiercami, z początku zdawało się, że się zaplątało, ale się odplątało. Jedna z tych wielu dziewuch, Tereska pielęgniarka, była dla mnie uprzejma, zaprowadziła mnie do Mamy, bo akurat miała dyżur. Druga, którą Mama od dzieciństwa lubiła, Marysia, obiecała posprzątać na wyjście Mamy do domu. Poza tym zostawiłem Głowalom pięć tysięcy w razie potrzeby, żeby zapłacili sąsiadce Andzi za doglądanie Mamy, chociażby dorywczo.

Wstąpiłem do rodziców tych dziewuch. Przez podwórko do dwóch sąsiadujących ze sobą małych chałupek. Nie wiedziałem, które drzwi, prawe czy lewe. Szedłem po stopniach w prawo. Znalazłem się w kuchni podobnej do stajni dla ludzi. I na tle jakichś zakopconych garnków siedziały jak chór grecki dwie siostry. Dwie kuzynki Mamy i Antoniego: Regina i Stefa. Stefa, na moje opowiadanie o ojcu, machnęła ręką

- Tamto już się nie liczy, tamto odleciało, teraz tu, to drugie W Garwolinie jest nowoczesna szkoła. Zainstalowano tam po klasach gabloty oszklone zamknięte ze słuchawkami do wywoływania uczniów. Niektórzy płaczą i mówią, że nie chcą do takiej szkoły Garwolin ma pewne przywileje od kilku lat. Taksówkarz tłumaczył, że żona czy córka Jaroszewicza, czyli premiera, została chrzestną matką statku. W jakiś sposób to ma związek z Garwolinem, ale nie wiem, w jaki. Wiem tylko, że Jaroszewicz ma tu do dyspozycji tereny do przebywania i polowania.

Z początku ludzie narzekali, że niektórych tam wydzierżawiają. A teraz są z tego zadowoleni./…/

 

16 października

Pojechałem raniutko do Garwolina. Wstąpiłem do chóru greckiego. Czyli do Reginy i Stefy. Tam dowiedziałem się, że Mama już w domu od tygodnia. Czuje się nie najgorzej. Ucieszyło mnie to bardzo. Mama dosyć normalnie krząta się po domu, gotuje sobie, chodzi trochę po ogrodzie. Je z ograniczeniem, ale dosyć normalnie. Tylko jej puchną nogi, i to ją niepokoi. Najpierw wertowała w jakiejś księdze na temat puchliny wodnej, a potem poszła do lekarza, a raczej do telefonu, i przywołała lekarza do siebie. Lekarz przepisał jej pastylki, które nieco pomagają. Do Mamy zagląda codziennie pani Głowalowa i młoda kuzynka Marysia, a czasem i ta pielęgniarka Tereska, która nawet jej robi opatrunki. Dowiedziałem się od pana Głowali, że lekarz ordynator, który Mamę operował, radził się Głowali, co robić. Czy wypuścić Mamę, czy ją trzymać w szpitalu. Wreszcie ustalili, że wypuścić na razie, niech pobędzie sobie w domu, a w każdej chwili weźmie się ją do szpitala z powrotem.

Do Mamy przez dwa dni, czyli podczas mojego pobytu, zaglądały kuzynki, kumy, różne sąsiadki. Bo dowiedziały się, że wróciła po długim szpitalu do domu. Mała Maniusia z Czyżkowa aż się popłakała i skarżyła się, że nie miała przez te sześć tygodni do kogo mówić. Bo zawsze odwiedzała Mamę w niedzielę, a nieraz i dodatkowo w tygodniu. Stefa, ta z chóru greckiego, nieraz złośliwa, wysprzątała jednak mieszkanie na przyjście Mamy. I w ogóle tamta rodzina przywiozła Mamę ze szpitala i jednak dbała o Mamę. Kuzynkę Władzię z Morąga też trochę omyłkowo źle osądziłem, bo kiedy przyjechała, to była w szpitalu, widziała się z Mamą. A teraz napisała do niej list, że modliła się o jej zdrowie do jakiejś tam Matki Boskiej olsztyńskiej czy pomorskiej.

Późnawym wieczorem otworzyły się drzwi od przedpokoju i bezszelestnie stanęła w nich ciotka Jadwiga, garwolińska poetka. Jak widmo. Nawet Mama, odwrócona do niej bokiem, tego nie usłyszała. Powitały się w przedziwny sposób, też widmowo. Bo obydwie były w szpitalu. Tylko w tym szpitalu się nie widziały. Ciotkę Jadwigę poetkę pobił zięć, z którym na szczęście nie mieszka, tylko chodzi do córki i do zięcia, bo bawi tam dziecko. Zięć jej chyba nie znosi. Bo go drażni. A zięć podobno nierób i cham. Pchnął ją w kuchni o kant muru, tak że dostała wielkiego siniaka z wylewem. A głowę jej zszywali w czterech miejscach i trzymali ją ileś dni w szpitalu w bandażach. Przedtem już trochę jej się pogorszył słuch, a po tej przygodzie z zięciem jeszcze mniej słyszy. Nie poznała mnie, wzięła mnie za kogo innego. Ale nie dlatego, że skleroza, bo sklerozy specjalnie nie ma, choć jest starsza od mojej Mamy, ale po prostu dlatego, że mnie rzadko widuje. Odprowadziłem ją potem pod dom, bo ledwie chodzi. Narzekała na siebie, że była przedtem dobra, a teraz się bardzo pogorszyła w zdrowiu. Ja do niej o Mamie, że nie wiadomo, jak to dalej będzie, ale na razie jest jako tako, więc na razie dobrze i trzeba się tym cieszyć. Ciotka Jadwiga przytaknęła „Trzeba się cieszyć tym, co jest dziś, a co jutro, to nie wiadomo".

Miałem poranek autorski w szkole, w której uczy się syn pana Głowali. Bo panu Głowali na tym zależało. Zresztą poranek, a raczej południe autorskie wyszło dosyć udatnie jak na taką imprezę.

Pobyt dłuższy raczej niemożliwy u Mamy. Mogłem tam być długo, kiedy byłem sam. Ale kiedy jest Mama, to jej system życia i mój system są zupełnie inne i sprzeczne. Ja chciałem spać w nocy, ale mimo zmęczenia przez cały dzień nie mogłem zasnąć. Tak że nie spałem ani w dzień, ani w nocy. A w dzień to tam nie da się spać, bo pokój przechodni, Mama rano wstaje, a przez cały czas kręcą się ludzie, co zresztą jest bardzo korzystne w tej chwili. Po dwóch dniach wróciłem do Warszawy.

 

Nowy Rok 1980

Wróciłem nad ranem z Garwolina do Warszawy. Byłem tam dziesięć dni. Zawiozła nas pani Myszka radiowym wozem. Mnie i Jadzię prosto pod szpital do Mamy. Okazało się, że Mama wychodzi na drugi dzień do domu. Ordynator wypisywał ją niechętnie. Ale ona chciała na święta do domu.

 

Z początku myślałem, że z Mamą już jest źle. Wigilia fatalna. Nabrzmiały brzuch, mdłości z wymiotami, narzekania, pojękiwania. Pierwszej nocy aż sobie uszy zatkałem watą i woskiem, żeby nie słyszeć. Tego, na co nie mogę poradzić. Potem jednak Mamie zrobiło się trochę lepiej. Mdłości zaczęły przechodzić. Jakoś jadła i nawet poprawiła się nieco na twarzy, bo wyglądała okropnie. Przyzwyczaiłem się do bytowania z nią. I do tych ciągłych oszustw, które mają sens. Mama jest na podwójnej świadomości. Z jednej strony podejrzewa, że jej coś jest poważnego, może rak, nawet raz to powiedziała, a jak jej się zrobi tylko trochę lepiej, to ma nadzieję, że jeszcze trochę pożyje. Bierze różne leki na schodzenie puchliny, i to pomaga. Może chodzić po mieszkaniu wtedy, brzuch jest mniejszy. Nie mdli. Boleści specjalnych nie ma. Jest to takie z mojej strony właściwie współuczestniczenie w chorobie. Te dziesięć dni i nocy składało się z drobnych odcinków. W nocy i wieczorem byłem na nogach, urzędowałem, byłem gotów do wszystkiego. Od rana, od jakiejś ósmej, do czwartej-piątej po południu spałem. W dzień przychodzą do Mamy ciągle ludzie. Sąsiedzi, sąsiadki, kumy, kuzynki. Są gotowe do pomocy. Wtedy jestem mniej potrzebny. Zresztą Mama, póki może chodzić, to chodzi po mieszkaniu i chce wszystko robić. Jak tylko organizm jej na to pozwala, to nie rezygnuje ani na krok. Z Garwolina na razie wyjechałem na trzy-cztery dni i zaraz tam wrócę. Mamie teraz jest lepiej. Zresztą umówiłem się z kuzynkami, że będą nad nią czuwały. Dzisiaj, w noc sylwestrową, o drugiej w nocy dzwonek do drzwi. Kuzynki i kuzyn. Z życzeniami. Rozbawieni. Mama ożywia się przy gościach. Jest grzeczna i stara się być gościnna, o ile może. Niestety, nie może ich podejmować. Prosi, żeby trochę posiedzieli. Ale rozdaje prezenty. Kiedy żegnali się z Mamą ci, którzy mają wyjechać, Mama z uśmiechem mówiła, że zobaczą się na jej pogrzebie.

 

W Garwolinie przebywam w przechodnim pokoju. Okna zasłonięte podwójnym kocem. Więc ciemno. Ludzie przechodzący przez ten pokój widzą mnie śpiącego z zatkanymi uszami watą i woskiem, ale nie dziwią się temu. Przywykli.

 

10 stycznia

Znów Garwolin. Mój przyjazd w nocy Mróz. Ale na energii, z zapiskami w drodze i pisaniami, przepisywaniami. Całą noc. A nawet rano. Niejedzenie niczego. To wzmaga dobre bycie. Mama normalnie żywa, coraz narzeka na spuchnięcia, ale bierze odwadniające pastylki, zioła, pomagają sporo.

Mnie przed wstaniem do pociągu śniły się uparcie pielęgniarki, choroby, uciążliwości.

Mamie się śnili dziś obaj mężowie

-Jechałam z Antonim i z tobą pociągiem. Stanął. Ja mówię, że potrzebuję tu wstąpić siusiu, wysiadam, pantofle i rzeczy zostawiłam w przedziale, bilet trzy-mam w ręku, tylko nie mogę przeczytać miejscowości, dokąd. Zakręciłam się i jakoś znalazłam się u twojego ojca, on zdziwiony „To ty u mnie?". „Ja cię potrzebuję", ja do niego. „Ty mnie? Teraz?". „No, nie dziw się, tylko się ubieraj, musisz mi pomóc". Kiedy się przebudziłam, pomodliłam się za obydwóch. I tak sobie pomyślałam, że wolałabym nie potrzebować ich pomocy.

15 stycznia

Mama chciała się wyspać. Więc wziąć proszek. Dałem jej. Leciutko działający. Zasnęła, stękała. Przebudziła się, mówi

-Śniło mi się, że mi poprzywiązywali ciężary

Znów zasnęła. Nagle łoskot, pojękiwanie. Biegnę. Mama leży na podłodze, oparta o leżące krzesło. Podnoszę ją

-Zaraz zaraz - obolała, opuchła.

Kładę ją a łóżku, ona:

-Jak to się stało? Chciałam się napić, bo mi zaschło w gardle.

Tłumaczę jej, że to po proszku nasennym.

Po dwóch godzinach słyszałem już, że Mama sięgnęła po filiżankę, zabrzęczała, poszła siusiu na nocniczek. Już się nie przewracała.

 

17 stycznia

Mama od dwóch dni czuje się lepiej. Narzeka na te swoje zwykle spuchnięcia, ale nawet i spuchnięcia są mniejsze. Je, jak zwykle, mało, ale to jej służy. Krząta się po mieszkaniu. Uprała mi koszulę na wyjazd. Jej choroba tak jakby stanęła w miejscu od miesiąca. Raz gorzej, raz lepiej, ale mniej więcej jednakowo. Wieczorem siedzieliśmy przy telewizji i czekaliśmy na Irenę M. i Anulę, które miały samochodem przejechać się do Garwolina i dla rozrywki, i po mnie. Po uprzednim umówieniu się telefonicznym ze mną. Mama wyliczyła czas. Powiedziała, żebym wyszedł, bo pewnie zajeżdżają. I tak było. Przyszły, podobał im się domek, oglądały jednocześnie kryminał, który szedł przez telewizję, rozmawiały z Mamą, piły herbatę. Mama przy okazji chciała ponarzekać na chorobę i trochę się dowiedzieć, co jej może być i czy z tego wyjdzie. Ale one były ostrożne i odpowiadały niedużo albo niewiele znacząco. Po dwóch godzinach wyjechaliśmy z Garwolina. Mróz duży. Droga ciekawa. Irena M. była zadowolona, bo jechała pierwszy raz w zimie po ciemku swoim samochodem. Rzuciła picie wódki. Przyszło jej to nagle. Piła potem raz przy jakiejś okazji, ale to już było nie to; i inaczej, i o wiele mniej. Ćwiczyła przez pewien czas zen, są to ćwiczenia fizyczne, po których kontempluje się. I powiedziała, że to jej wiele dało. Ze po pierwszym ćwiczeniu i po pierwszej medytacji już jest wynik. O wiele uważniejsza była, jadąc samochodem. Choć - według mnie - i tak jest bardzo uważna. Raz zasnęła na krześle ze szklanką pełną wody w ręku. Była zmęczona, więc przewróciła się w tym śnie, ale nie wylała ani kropli wody z pełnej szklanki. Anula mówiła, że z jej matką było tak samo jak z moją. Ta sama choroba i takie same objawy. Opuchnięcia, niebolenie, krzątanie się. Rodzina nic nie wiedziała o chorobie. Lekarz nie powiedział. Anula stwierdziła, że to nawet lepiej, boby się wygadali. A tak to myśleli, że coś jej tam jest. Pewnego dnia, krzątając się jak zwykle, poszła do łazienki, tam zaczęła wymiotować. Syn spytał przez drzwi, co jej jest. A ona odpowiedziała, że zaraz drzwi otworzy i umrze. I tak było.

 

Dwunastoletnia córka Ireny M. bardzo lubi Anulę. I uważa ją za bardzo dobrą. Mówi, że skoro Anula jest taka dobra, to gdzieś tam jakiś musi być tak zły. Im Anula jest lepsza, tym tamten jest gorszy. Irena M. uważa, że ona ma poczucie harmonii dobra i zła. Zwróciła się w samochodzie do Anuli

- Musisz być gorsza, żeby tamten był lepszy.

Malutka Maniusia w Garwolinie mieszka u swojej siostrzenicy, którą wychowywała, a która teraz przeważnie się do niej nie odzywa, nie wiadomo dlaczego, uważa, zdaje się, że Maniusia za dużo mówi. Ta siostrzenica kocha się w kryształach. We wszystkich pokojach porozwieszała nawet na ścianach kryształy Wszędzie stoją kryształy. Wciąż nowe dokupuje. Do niektórych kryształów wkładała nawet obrączki. Żeby było ozdobniej. Są podobno takie kryształy, gdzie jest miejsce na zawieszenie obrączki. Maniusia jej dopiero zwróciła uwagę, że mogą ukraść, i wtedy te obrączki sprzątnęła.

 

piątek, 1 lutego

Pojechałem z chęcią do Garwolina. Mama właściwie w stanie niezmienionym, chociaż może to wszystko idzie w dół powoli, prawie niespostrzegalnie.

 

2 lutego

Usłyszałem rano, jak Mama opowiadała do kumy o mnie, że coś tam naprzywoziłem, że jestem dobry. Ze jestem dobry dla ludzi. Zrobiło mi się głupio, bo wiem, jak to bywa różnie.

 

niedziela, 3 lutego

Posprzeczaliśmy się z Mamą przy paleniu w piecu. A i potem o coś. Właściwie o głupstwa. Mama coraz niecierpliwsza. Mówi

- Co ze mną jest, to już przecież cztery miesiące

Za chwilę

- Tak mnie dziś nadęło. Dłużej tak nie można wytrzymać, Jezu Chryste, wóz albo przewóz

Napisałem list do Haliny, w którym wyzłościłem się. Żeby być lepszym dla Mamy.

 

poniedziałek, 4 lutego

Mama od rana krzątała się, przybijała coś, gotowała, zmywała naczynia w kotle. Myślałem, że to źle. Że coś z tego niedobrego wyniknie. O wpół do drugiej, kiedy byłem w połowie snu, znów zaczęła walić w coś młotkiem, a potem podeszła do mojego łóżka.

Musisz mi pomóc, na strychu jest maszynka do mięsa Podniosłem się

-To nie mogłaś poczekać godzinę, dwie, i później to zrobić?

Kiedy mi się zepsuje mięso.

Zniosłem maszynkę ze strychu. Mama mi podała mięso, które musiałem zmielić. Powiedziałem

-Mnie późne wstawanie służy, a wczesne w ciągu dnia nie. Po prostu źle się po tym czuję.

-To już rób, jak chcesz, ja chcę dobrze, to źle wychodzi. Ja

-Nie mogę robić, jak chcę, bo jestem tutaj, uprzedzam na przyszły raz Mama

-Na przyszły raz to ja zdechnę

Ja :

-Wszyscy zdechniemy, ale zanim zdechniemy, to musimy jakoś.

Na tym się urwało. Potem wydobrzało między nami. Omawialiśmy kuzynki w Garwolinie. Oglądaliśmy filmy, to znaczy Mama filmów tak specjalnie nie ogląda, tak na pół, podgląda raczej. Ustawiłem jej aparat lepiej, ukosem, żeby widziała z łóżka, stwierdziła, że przedtem też dobrze widziała.

 

wtorek, 5 lutego

Przyniosłem Mamie lampę ze sklepu, bo jedną ma zepsutą, a drugą prawdopodobnie zepsutą. Skarżyła się, że czytać nie może, bo ta lampa przy łóżku jest tylko tak, żeby ją zaświecić w nocy. Udaje naftową. Na widok nowej lampy Mama zdenerwowała się

-Gdzie ja ją postawię?

Roześmiałem się, postawiłem ją na wyższej kondygnacji kredensu

-Tu będzie stała

-Tyle lamp na kupie?!

-Na kupie

W końcu zgodziła się, że może być. Nawet potem przez telefon do Jadwigi mówiła sama, że się zezłościła o lampę.

Ja też nieraz się złoszczę. Chociaż się wstrzymuję.

Odwiedziłem Stefę, kuzynkę Mamy. A właściwie pana Antoniego. Stefa dużo mówi, ale ma swoje określenia. Jest wcieleniem Garwolina. I zawsze coś mi wpadnie od niej tematycznie i sformułowaniowo. Pojechałem z nią taksówką do jej domu i zawiozłem jej portrecik papieża w ozdobnej ramce. Naopowiadała mi. A potem miałem co pisać136. Kiedy wróciłem, Mama siedziała na krześle w kuchni ponuro zapatrzona w ścianę. Odezwała się do mnie

-Taka jestem odęta Mówiła to przez cały dzień.

 

środa, 6 lutego

Anula przez znajomego, który mieszka tu w pobliżu, przysłała Mamie książki do czytania i kwiaty. Mama doceniła to. Powiedziałem Mamie, żeby czytała książki, bo za mało czyta. Mama na to

-Wy nie wiecie, jak ja się czuję jak w pancerzu . Ja

-Ja cię rozumiem, ale te baby, które mają zajęcia umysłowe, lepiej się czują w chorobie, na starość. Mama przyznała rację. Ja

-Masz teraz tą lampę, możesz czytać. A w dzień możesz usiąść na fotelu

-Kiedy mnie na fotelu niewygodnie, a leżeć też nie mogę

-To możesz pół leżąco pół siedząco, masz i fotel z oparciem, i stołek, i stołeczek

-Ano tak, ale tu w kącie trochę za ciemno

-To w dzień możesz przesunąć fotel i stołek do okna Mama roześmiała się

-Masz rację, nie przyszło mi do głowy, że fotel można przesunąć do okna.

 

7 lutego

Wczorajszej nocy Mama narzekała, że sadze tlą się na pewno w przewodzie. Dawno nieczyszczony. Wobec tego dziś w nocy nie było palone w piecyku Mamy, w jej pokoju. Żeby jej pokój się trochę nagrzał, trzymałem otwarte wszystkie drzwi do drugiej w nocy. Potem zamknąłem. Bo inaczej nie mogę tak być. O wpół do piątej w nocy Mama podniosła się, otworzyła drzwi

-Skostniałam z zimna, można otworzyć? Czy nie?

-Można

Ale zdenerwowałem się tym. Przedtem kuzynka powiedziała, że część szpitala będzie w remoncie. Jest już nieczynna. Pomyślałem, że to gorsza sprawa, bo nie wiadomo, czy Mamę będą chcieli do szpitala przyjąć. Kiedy coś się bąknęło o szpitalu, to Mama niechętnie o tym. Na punkcje - twierdzi - pójdzie, ale dopiero w ostateczności. Przecież lekarz powiedział, że dopiero jak będzie się dusiła, to punkcja potrzebna. Zdziwiłem się. Bo przecież chodziło o to, żeby w ogóle ją trzymać w szpitalu, a punkcja była raczej pretekstem. Sytuacja ze ślepego zaułka. Otwarcie drzwi nad ranem wyprowadziło mnie zupełnie z równowagi. Dostałem arytmii serca. Dusznego oddechu. Przespałem się po czterech proszkach nasennych trzy godziny. Potem nie mogłem spać. Wreszcie wstałem i powiedziałem Mamie, że nie mogę tak dłużej wytrzymać, że ja mam jakiś rozstrój nerwowy i niedobrze z sercem. Mama

-Ja wiem, że ty nie możesz ze mną wytrzymać

-Nie mogę z nikim dłużej wytrzymać

-To tak mnie zostawisz?

-No, byłaś przedtem też sama tydzień temu. Ja i tak musiałbym pojechać, bo mam nagranie w radiu

Mama zrobiła się pokorniejsza. Zaczęła mówić o tym, żebym przyjechał chociaż na trochę. Bo nie wiadomo, może ona będzie w domu, a może w szpitalu.

Wyszedłem na ulicę, ale wróciłem, bo mi się przypomniało, że telefon dziś nie działa. Ale akurat przyszła sąsiadka pani Głowalowa i przyrzekła zainterweniować natychmiast, żeby telefon już dziś naprawili. Z Mamą trochę załagodziłem. Bo mi się żal jej zrobiło. Leżała wychudzona w pościeli. Pożegnałem się z nią i powiedziałem, że za dziesięć dni mniej więcej przyjadę. Wszystko to wielka szarpanina.

Mama czuje, że cisnęliśmy ją śmierci na pożarcie. I z niej zrezygnowaliśmy. Z drugiej strony Mama wierzy, że jeszcze z tego się wyliże. A ponieważ nie zna prawdy, to z kolei wychodzi trochę na idiotkę, która się łudzi.

I zaraz wróciłem taksówką do Warszawy.

 

niedziela, 10 lutego

Rozmawiałem przez telefon z Mamą. We wtorek idzie do szpitala. Trochę zdenerwowana, trochę z tym pogodzona. Ma nadzieję jednak na powrót do domu.

 

11 lutego

Czytam z taśm książkę słynną na świecie, pod tytułem Życie po życiu. Jest tam przedstawiane odczucie poruszania się w tunelu przy śmierci. Tego rodzaju sny czy odczucia miałem, kiedy dusiłem się przez sen i budziłem się, łapiąc oddech.

Na parterze szpitala, na oddziale wewnętrznym, tam gdzie jest Mama, tłok, zastawiony korytarz łóżkami chorych.

W domu Mamy czytanie, słuchanie radia i płyt. Trochę płyt jeszcze dowiozłem z Warszawy. Są tam książki kupione przeze mnie. Ale wszystko na niepokoju.

 

czwartek, 21 lutego

Był Głowala u mnie wieczorem, odwiedził Mamę i z sąsiadką tą, która robi kapelusze i zbudowała sobie obok willę, poszli obydwoje do ordynatora. Nie chciał przyjąć żadnych pieniędzy. I nie może trzymać Mamy długo, bo tłok w szpitalu. Więc powiedział, że w piątek albo w sobotę Mamę wypisze. Bardzo mnie to zdezorientowało i zdenerwowało. Obydwoje sąsiadów, to znaczy Głowala i ta pani od kapeluszy, poszli do Mamy, bo tak im przykazał lekarz, i spytali, czy sporządziła testament. Umówili się, że na poniedziałek Mama do domu sprowadzi rejenta i oni posłużą za świadków.

 

piątek, 22 lutego

Wieczorem pojechałem do Mamy do szpitala. Była po następnym odwodnieniu. Które pomogło. Wczoraj jeszcze sączyła się przetoka. A dziś już lepiej, to znaczy Mama całkiem cienka. Zadowolona. Pokazała, że ma cienkie nogi, że nie ma brzucha. Skarżyła się, że to nie jest przyjemny zabieg to spuszczanie płynu. Tym bardziej, że zeszło jej dużo.

Do Głowali na boku szepnął ordynator, że w każdej chwili, kiedy by się pogorszyło, to przyjmą Mamę z powrotem na oddział. Z tym, że on nie wie, jak to będzie z czwartym spuszczaniem wody. Może być gorzej. Nie rokuje Mamie już dużo czasu do życia. Mama zdyscyplinowana. W szpitalu jest bardziej bohaterska niż w domu, niekapryśna, zorganizowana.

W pewnej chwili spojrzała na mnie i mówi

-A mnie się zdaje, że lekarze podejrzewają raka Spojrzałem jej w oczy i powiedziałem

-Ee

Mama podjęła to

-E, chyba nie

Taksówka na mnie czekała przed szpitalem. Pojechałem do Maniusi, z którą umówiłem się przez telefon. Bo byłem ciekaw jej na tle jej pokoju. I tej jej rodziny, i tej siostrzenicy z kryształami. Maniusia czekała na mnie w oknie. Od razu dawała mi jeść, herbatę. Przyszli później gospodarze. Kryształy zdążyłem obejrzeć. Naprawdę dużo. Domek nowoczesny, pokoje duże, okna duże. Za duże, jak na mój gust. Ale oni tak lubią. Potem była rozmowa grzeczna. Ja byłem ożywiony.

W domu Mamy też miałem chęć coś dalej robić. Ale musiałem się już tłumić, wygaszać, brać proszki nasenne, żeby przebudzić się w południe i jechać o pierwszej po Mamę do szpitala taksówką.

 

sobota, 23 lutego

Pojechałem taksówką, strasznie połamany zmęczony, niewyspany. Mama siedziała na łóżku w szlafroku, ale w butach do wyjścia. Tylko założyła na siebie szybko palto i torbę do ręki. I już. Raźno się ruszała. Chwaliła się, że pierwszy raz od czterech miesięcy sama nałożyła pończochy i buty na obydwie nogi. Bo niespuchnięta i może się ruszać.

W domu zaraz nabrała ruchów domowych. Zadzwoniła do swojej koleżanki Geni na Młociny Wieczorem zatelefonowała Stefa. Zadyszana. Leży chora od tygodnia. Miała chęć, żebym ja przyszedł, ale Mama jej wytłumaczyła, że ledwie chodzę, jestem połamany i zaraz zresztą odjeżdżam, bo mam wyjazd do Poznania na wieczór autorski.

Jakieś splątanie zmęczenia, niewyspania i nerwowości - i prawie nie dało się chodzić. Ani schylać. Odespałem trochę wieczorem. Przyśniło mi się, że się topiłem, czyli coś z sercem. Ale po tych pół spaniach, pół drzemkach troszkę lepiej. Miałem jechać w poniedziałek rano albo w niedzielę po południu, ale ustaliłem z Mamą, że lepiej w niedzielę przed świtem, bo luźno. Mama nie jest uciążliwa, jeżeli chodzi o te moje odjazdy. Tym razem rozstaliśmy się dobrze, nawet było mi żal tego wszystkiego, byłem niezadowolony z siebie, że muszę odjeżdżać. Ale kiedy podniosłem się z siedzenia autobusu i stanąłem na chodniku, poczułem, że jednak trzeba było wyjechać, bo połamał mnie chyba reumatyzm i w ogóle osłabienie.

Mama zdaje sobie sprawę, że z nią jest źle. Ostatnia poprawa wpłynęła na jej humor, ale z drugiej strony ona wie, że znowu zacznie puchnąć. Na razie nie zaczęła, ale boi się, że to nastąpi. Mówi już właściwie o swojej śmierci. Do Geni przez telefon, że trudno, że przecież trzeba umrzeć kiedyś. I że to jej pora. Rodzina Pieniążków o imieninach. Ze wybierają się do niej. Ona to traktuje ulgowo. A niech przyniosą ze sobą do picia i do jedzenia, to ich przyjmie. Tak że, jednym słowem, jest między oczekiwaniem na imieniny i oczekiwaniem na śmierć.

 

31 marca

Dzwoniła Mama z Garwolina do Jadwigi, a właściwie kuzynka za Mamę. Że Mama źle się czuje, jest spuchnięta, idzie do szpitala. Dowiedziałem się o tym przez dozorcę, do którego dzwoniła Jadzia. Zadzwoniłem do Mamy do Garwolina. Podeszła do telefonu po dłuższej chwili. Powiedziała, że tak, że idzie do szpitala, ale pewnie na krótko. Być może nawet wypuszczą ją tego samego dnia po spuszczeniu płynu. Ja się zdziwiłem i powiedziałem, że chyba nie. Na to Mama zdenerwowanym tonem, że ona wie, jak to wygląda. Powiedziałem jej, że jestem chory i że poczekam z odwiedzinami u niej, aż ona wróci ze szpitala. Zgodziła się z tym.

 

Wielki Piątek, 4 kwietnia

Śpię, a tu słyszę przez zatkane watą z woskiem uszy dzwonki. Raz, drugi, trzeci. Spałem dalej, chociaż już mnie wziął w swoje obroty niepokój. Ze coś z Mamą. Ale postanowiłem się wyspać, żeby mieć siłę do zniesienia tego, co mnie czeka. Było i tak popołudnie. Po którymś dzwonku przebudziłem się na dobre, doszedłem do drzwi, wisiała na nich od zewnątrz kartka, że z Mamą bardzo źle, żeby tam jechać. Zawiesił kartkę dozorca po telefonie od Jadwigi.

Przesiedziałem noc u Jadwigi. I o czwartej nad ranem poszedłem na Dworzec Śródmieście. Padał śnieg, zimno. Na dworcu w poczekalni wariatka przekładała sobie palto, swetry, przebierała się, wybuchała papuzim śmiechem, tarmosiła jakiegoś innego śpiącego na ławce.

Prosto z autobusu do szpitala taksówką. Mama leżała na korytarzu, gdzie nie było tak strasznie, jak przypuszczałem. Bo luz na święta, puste łóżka. Cicho i ciepło. Mama co pewien czas popijała łyk albo dwa łyki płynu, ale wymiotowała po nim. Wymiotowała wątrobą. Tak już od trzech dni. Tam w środku wszystkie wnętrzności były już w stanie rozpadu. Ale nie było bólów. Była tylko obolałość i ostateczne wycieńczenie. Mama spokojnym głosem powiedziała mi, że spisała u Głowali testament, podpisało się dwóch świadków, do rejenta już nie zdążyła. Była u spowiedzi, Komunii i miała Ostatnie Namaszczenie. Nic już mi nie wspominała o powrocie do domu, o ogródku. W pewnym momencie Mamie pomyliło się coś z adapterem, tym który ja przywiozłem, że ten adapter jest tu, że tu na nim grali. Ona im mówiła, a oni twierdzili, że żadnego adaptera tu nie ma. I ja dopiero po pewnych zdaniach zorientowałem się, że to coś nie tak. Pytam ją, jaki adapter i gdzie? tu czy w domu? Na to Mama zaczęła na mnie patrzeć i w końcu stwierdziła

- Pomyliło mi się, myślałam, że jestem w domu. Oszołomili mnie tymi zastrzykami.

Mamie zrobili jedną punkcję zaraz po jej przyjeździe do szpitala, a potem na jej własną prośbę drugą punkcję, po której zupełnie zeszczuplała. Nawet chwaliła się tym

- O zobacz Dobrze się stało z tym, bo jej nie dusiło,

Mama

- Pytał mnie lekarz, czy ja chcę na święta tu w szpitalu, czy w domu, ja mu na to, że mi nie zależy.

Poprzedniego dnia chciała do domu, ale kuzynka pielęgniarka druga, z rodu Pieniążków, która przyjechała na święta z dziećmi, przetłumaczyła Mamie, że lepiej jest w szpitalu. W noc wielkanocną nie spałem, bo byłem wyspany poprzedniego dnia. Zaszedłem do kościoła o piątej rano. Chór dziadów zbity w dużą kupę w ławkach po lewej stronie śpiewał silnym, surowym, ale rytmicznym głosem pieśni starokatolickie. Przedsoborowe. Oni jedną zwrotkę, a baby drugą. Ale baby były o wiele słabsze. Posiedziałem tam piętnaście minut, ale zmarzłem. Postanowiłem przyjść dopiero na szóstą na rezurekcję. Zaszedłem przed szóstą, chór dziadów śpiewał fanatycznym, nieustępliwym głosem

- Niechaj będzie w tym momencie w Przenajświętszym Sakramencie pochwalone Jezusowe Serce przenajświętsze. Jakieś kanta i ten refren ciągle. Dziady silnie, baby słabiej. Wszystko już przygotowywało się do rezurekcji, przyszli strażacy, panny w bieli, czereda ogromna ministrantów, już księża wychodzili do Grobu. A oni ciągle śpiewali nieustępliwie „Niechaj będzie w tym momencie w Przenajświętszym Sakramencie". Ksiądz do mikrofonu mówił, żeby się uciszyli, ale mikrofon był zatkany i oni śpiewali dalej „Niechaj będzie w tym momencie w Przenajświętszym Sakramencie". Wreszcie ludzie ich uciszyli. Urwali. Baby jeszcze próbowały podjąć, ale były słabsze, więc samo im się urwało. Potem o zimnym świcie procesja wyszła dookoła kościoła, strażacy grali na trąbach Wesoły nam dzień dzis'nastał. Wróciłem do domu, poleżałem i pomyślałem: skoro jestem na nogach, to pojadę już do szpitala. Zajechałem do szpitala złapaną cudem taksówką, a tu Mama już miała drabinkę wstawioną do łóżka. Pomyślałem sobie, że to gorzej. O wiele słabsza. Ledwie mówiła. Prawie nie mogła ruszać ręką. Wypiła łyk płynu i zwymiotowała. Marzyła o tym, żeby napić się piwa. Ale że jej tu nie pozwalają. Potem stalowała sobie lody na jutro. Ze to jedno jej posłuży. Kręciła się salowa, dałem jej sto złotych, choć nie chciała. Mama powiedziała, że lekarze, ci młodzi, nie chcą teraz przyjmować pieniędzy, pielęgniarki też nie chcą. Wszystko uczciwsze, ale bezwzględne. Nie wiedziałem również, że Mama była już w sobotę wypisana ze szpitala. Chcieli jej się pozbyć. A trzymali ją przez święta tylko dlatego, że były wolne miejsca. Mama w pewnym momencie spytała, czy wypłuczę jej protezę zębową. Wypłukałem. Potem znów pluła wątrobą. Potem dałem jej basen, ale nie umiałem podstawić, przyszła salowa. Był obchód, lekarka trajlowala, bo słyszałem z daleka, stałem na boku, że punkcja się udała. Pielęgniarka zrobiła Mamie zastrzyk, pomyślałem, że to już chyba w ogóle na nic to wszystko, bo Mama leżała prawie jak szkielet wychudzona. Z watą i krwią zaciśniętą w łokciu. Zasypiała, budziła się, a właściwie to już było umieranie. Tak pomyślałem, że to się już zaczęło. Ale nie wiadomo, na jak długo się zapowiadało, coś Mamie mówiłem, przeważnie mnie nie słuchała. Tylko jak wspomniałem o pójściu do Pieniążków, że mnie zaprosili na śniadanie, to Mama mnie upomniała słabym głosem, żebym u nich nie jadł kapusty i w ogóle uważał, bo u nich wszystko tłuste. Potem znowu już była zajęta tylko sobą, to znaczy nie tyle zajęta, ile w ogóle bezsilna. Pomyślałem, że marność tej sytuacji polega na tym, że nie ma siły zawołać, przywołać przechodzącej koło niej salowej. Nawet jak coś potrzebuje, to nie ma jak zawiadomić. Wiedziałem, że kuzynki mają przyjść po południu. Mama półdrzemała. Posiedziałem przeszło godzinę i powiedziałem, że na razie pójdę do domu. W domu byłem już zmęczony i chciałem spać, ale przypomniało mi się, że Maniusia miała chęć przyjść do mnie, nie wypadało jej ciągle odganiać. Zadzwoniłem do niej i zaprosiłem ją. Ona ledwie przyszła do siebie z miasta, ale była gotowa

-Już idę

Za godzinę przyszła. Siedzieliśmy, ona w czarnej chustce, ja w piżamie. A tu telefon.

Kuzynki dzwonią ze szpitala i mówią, że Mama chce wracać do domu. Ja zaskoczony, mówię, że nie. Ze ma tam zostać. One dzwonią za dziesięć minut, że

-Ciocia chce wracać do domu

Ja się zdenerwowałem i powiedziałem, że ona jest nie bardzo odpowiedzialna i że nie trzeba jej słuchać, potem do szpitala już nie wezmą. Ona na to, że od soboty ona i tak jest wypisana. Ja się zdenerwowałem bardzo. Maniusia mnie podtrzymywała w mojej decyzji. Powiedziałem w końcu, że ja tutaj przecież nie będę wiedział, co robić. One jednak do mnie, że muszę być w domu, bo one nie mają kluczy, a mogą z ciocią przyjechać (z moją Mamą). Zapięć minut znowu telefon, że

-Ciocia woła, że chce do domu, że chce w domu umierać

Ja się znowu zdenerwowałem, cały roztrzęsiony zacząłem krzyczeć do słuchawki, że chyba ucieknę stąd. One na to, że biorą na swoją odpowiedzialność to przywiezie¬nie Mamy. Ja do nich „Róbcie, co chcecie". Dzwoniły jeszcze do pana Głowali, żeby do mnie zadzwonił. A ja mu powiedziałem, że w końcu nie odpowiadam za siebie.

W parę minut później ruch. Wpadają kuzynki przejęte i zagniewane. Ze cio-cia przyjechała. Wypadają na dwór i do karetki. Ja za nimi na ganek. Widzę nosze wynoszone z karetki.

I słyszę glos Marysi

-Ciocia już nie żyje.

Wnieśli Mamę. Prędko na tapczan. Sanitariusz sprawdza oddech w lusterku. Oddechu brak. Odjeżdżają. Dziewczyny plączą. Maniusia też. Maniusia zawiązuje Mamie chustkę pod brodę. Ja akurat wchodzę do tego pokoju, słyszę głośny wydech. Myślę sobie, czy to Mama? chyba niemożliwe. Pewnie któraś z tych żywych. Potem okazało się, że to jednak Mama. Wydech chyba był mechaniczny. Dziewczyny, kiedy już się uspokoiły, rozmawiały ze mną. Jedna z nich, która czytałaŻycie po życiu, uważała, że być może to było jakieś ostatnie westchnienie, wypuszczenie tchu.

- Ciocia tak chciała do domu, cała już była obumarła. Ale umysł jeszcze działał, mogła nawet widzieć, że jest w swoim pokoju, i wyrwało jej się westchnienie ulgi.

Ja uważałem, że to już przesada. Ale na to kuzynka, że granica między życiem a śmiercią jest nieuchwytna.

Kuzynki zaczęły Mamę myć, przebierać. Mama leżała na podłodze. Przyszedł Głowala i ojciec dziewczyn, Pieniążek. Pojechali po trumnę. Przywieźli. Mama ułożona w trumnie leżała w swoim pokoju. Zaczęli się schodzić ludzie. Poszliśmy z panem Głowalą i z Pieniążkiem do księdza. Okazało się, że troje czy czworo umarło w pierwszy dzień świąt. Pogrzeb możliwy byłby nawet w drugi dzień świąt, ale za duża konkurencja nieboszczyków, wobec tego we wtorek. Ksiądz uprzejmy, nie chciał przyjąć pieniędzy za pogrzeb, ale Głowala powiedział, że nie jestem biedny, i dał księdzu półtora tysiąca. Wieczorem zeszli się na różaniec. Głowalowa prowadziła. Inni modlili się chórem. Zmęczenie. Były Stefa i Regina. Stefa postanowiła zostać na noc. Aczkolwiek sama bardzo niezdrowa, bo nie tylko źle chodzi, ale dwa tygodnie temu dostała silnego ataku sklerozy i małego paraliżu w rękach. Trochę to się zaczęło cofać, ale umiała zapalać u siebie jeden tylko kurek gazowy, łatwiejszy. Inne nie dały jej się otworzyć, telefonu nie mogła nakręcić. Przeniosła się do siostry. Ale już tęskniła za domem i za samotnością, do której była przyzwyczajona. Martwiła się, że to może znowu powrócić i pogorszyć się. Przestała umieć pisać. W mowie też były zakłócenia, ale teraz już było normalnie. Chociaż zapomniała niektórych słów. Mówiła, że studiuje literę „p", a litera „r" jej nie idzie.

Stefie posłałem w pokoju tym moim na tapczanie, a sam spałem na polowcu w kuchni. Podkładałem do ognia, żeby było ciepło. Otworzyliśmy drzwi między pokojem tym środkowym moim a kuchnią. Stefa paliła światło. A drzwi od Mamy były na noc zamknięte. Stefa nawet zgasiła światło na półtorej godziny. Potem zapaliła, słyszałem, że wzdycha, odmawia różaniec.

 

7 kwietnia, drugi dzień świąt

Wstać trzeba było rano. Zaczęli się schodzić ludzie. Wchodzili sąsiedzi, kuzyni, ludzie z miasta, znani, a przeważnie nieznani, niektórzy mówili, kim są. Wszystko w ciszy, w spokoju. Pytali się, gdzie leży umarła. Myśmy z Maniusią, bo Maniusia przyszła, pokazywali, że w tym ostatnim pokoju, ale drzwi tam zamykamy, bo tu ciepło, a tam chodzi o to, żeby było chłodno.

Oni kiwali głowami, otwierali drzwi, zamykali. Modlili się przy trumnie, wychodzili. Przychodzili następni.

W pewnej chwili zjawił się młody pan inteligentny z synkiem. Z Maniusią się zmówili, że on z Puznówka. Maniusia pyta go, czy on Perczyński151. On, że tak Nazwisko to znałem. A poprzedniego dnia przyszedł już ktoś, kto się przedstawił jako brat Perczyńskiej. A wiem, że ta Genia Perczyńska, siostra Jadzi poetki, umarła niedawno w korytarzu w szpitalu, tam gdzie Mama leżała, i Mama ją tam wtedy widziała w lutym. Ten młody Perczyński opowiadał, że niedawno trzydziestoletni mężczyzna niby umarł. Lekarz stwierdził zgon. Pochowali tamtego w grobowcu rodzinnym. Niedługo potem zmarł dziadek z tej rodziny, otworzyli grobowiec, a tam trumna otwarta, a ten trzydziestoletni umarły siedzi nieżywy w innym kącie tego grobowca. Więc był w letargu, przebudził się, wstał z trumny, ale nie miał jak wyjść.

Wieczorem słyszę, że ma przyjść Michałek odmawiać różaniec, prowadzić modlitwy. Że to specjalista. Czekają na niego. Wreszcie otwierają się drzwi. Wchodzi stary, gruby dziad na lasce wsparty. Ja się zdziwiłem. A oni mi tłumaczyli, że to stary kościelny na emeryturze. Mnie się przypomniało, że kiedyś, jak poszedłem za życia jeszcze Antoniego do kościoła i oglądałem malowidła na ścianie, zainteresowało mnie takie z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku malowidło przedstawiające Izydora oracza152. Któremu anioł pomaga orać. Mówię o tym do Antoniego, a Antoni, że to kościelny Michałek w młodości pozował do tego Izydora (Izydor Oracz (ok. 1080-ok. 1130) - święty katolicki. Legendy mówią, że gdy młody Izydor jako parobek pracował u bogatych sąsiadów, w pracy na roli pomagał mu anioł. Słynął z pobożności i miłosiernych uczynków. Patron Madrytu i rolników).

Różańce, antyfony litanie i jeszcze jakieś inne modlitwy coraz dziwniejsze, w szybkim rytmie, pół śpiewane, pół recytowane. Po półtorej godziny tych litanii, różańców, antyfon Michałek ogłasza tonem pobożnym, nieco kresowym

-Jeszcze poświęćmy pół godzinki, odmówmy koronkę do Pana Jezusa

I tu zaczęły się jakieś jeszcze dziwniejsze modlitwy. Półśpiewania, lecące szybko, jakby coś się przesypywało. Coś indiańskiego, murzyńskiego, prawie do tańca. Aż usłyszałem takie słowa, powtarzane w kółko przez Michałka i przez chór

- Okaż litość swą, Jezusie, Wyrwij z czyśćca jedną duszę, Okaż litość swą, Jezusie, Wyrwij z czyśćca jedną duszę.

Ja przy tym dzikim różańcu podsypiałem. Wreszcie skończyło się, prawie wszyscy powychodzili, ale jeszcze zostało parę osób. Było obgadywanie. Stefa znowu została na noc, bo nie chcieli mnie zostawić samego, a z kolei ja nie mogłem gdzieś iść, bo nie zostawia się nieboszczyka samego w domu, według tradycji. Przypomniałem sobie że kiedy byłem mały i umarł drugi mąż ciotki Józi, ona go zamknęła na noc i przyszła nocować do nas, na róg Leszna i Wroniej. Potem ciągle sobie przypominały Nanka, Sabina, ciocia Józia, moja Mama, że w pewnym momencie coś huknęło. Osunęła się maglownica w szafie. To mąż cioci Józi upomniał się o siebie, że się go samego zostawiło. Wreszcie goście wyszli, my ze Stefą położyliśmy się spać.

 

Wtorek, 8 kwietnia

Od rana kołomąt. Ludzie. Przyjechała ciotka Olemka, Lolek z żoną, Rysio z synem. Mieli odjechać potem z cmentarza do warszawy swoim samochodem. Przyjechał Julian, mąż Sabiny. Sabina nie, bo chora przecież na nogi. Kiedy szliśmy już konduktem na cmentarz zjawił się Tadzio. Mamę pochowali w rodzinnym grobie Piekutów, obok Antoniego, okazało się że jest miejsce – po pogrzebie Pieniążkowie zabrali nas na stypę do siebie. Tam Julian, mąż Sabiny poczuł się swobodnie. Rozmawiał z Pieniążkiem, wspominali konie i niewolę. Ja w końcu zmęczony. Poszliśmy do Pana Głowali, który umówił nas na szósta u siebie. Zrobiliśmy rozliczenia. Mama zostawiła u pana Głowali testament i ten testament pan Głowala nam przekazał. I zaraz pojechaliśmy autobusem do warszawy. Teraz wybieram się z Sabina i Julianem na parę dni do Garwolina załatwić ubezpieczenie i żeby Sabina i Marysia Pieniążkówna przejrzały w szafach i szufladach, których jest tyle i wszystkie pełne, co tam jest i co której babie dać. Bo przecież ja tego nie będę robił.

Aha, co jeszcze.

Kiedy Mamę w niedzielę podnosiłem na poduszce, żeby wyżej leżała, mówiła słabym głosem

- Nie wiem jak to będzie, co robić

Kiedy przyszły kuzynki i ona wołała, że chce do domu, chciały jej dać łyk do napicia, ale ona powiedziała, że nie, nie tu, a w domu. Była podobno bardzo ucieszona tym, że do domu w końcu jedzie. Pielęgniarkom z karetki pogotowia jeszcze powiedziała „do widzenia”. A przedtem do kuzynki Tereski pielęgniarki

-Kopcie, dołek już mi kopcie, dołek

Tereska

- Co ciocia mówi, ciocia będzie jeszcze chodziła

Na to Mama

- Tereska, to nie są żarty.

 

po Wielkiej nocy, w Warszawie

Byłem u Sabiny. Mama do niej powiedziała w zeszłym roku

-Chciałabym mieć twoje lata Sabina do Mamy

-Ale przecież między nami jest różnica niecałych trzech lat

-A jednak to się liczy

 

Do Geni, swojej koleżanki, Mama podobno mówiła

-Pomyśl, mam dom, mam ogródek, mam futro, mam wszystko, i to wszyst-ko muszę zostawić.

 

17 kwietnia

Pojechałem z Sabiną taksówką do Garwolina. Sabina była w euforii od początku. Opowiadała taksówkarzowi o swojej kamienicy, kto z kim pije, o łobuzach, o ich kochankach, dzieciach nieślubnych. W domu Mamy w Garwolinie zaczęła przebierać półki, kredensy, szafy. Była w swoim żywiole. W nocy po zamknięciu drzwi, bo ona spała w dużym pokoju, a ja jak zwykle w środkowym, mniejszym, widziałem długo przechodzący z lewa na prawo i z prawa na lewo cień Sabiny

Sabina wzięła ze sobą kurę do gotowania, masło, boczek, groch i miód, niby dla mnie, żebym jadł z cytryną i popijał mlekiem, na przeziębienie. Spytałem, po co tyle tego jedzenia. Ona na to, że przecież co będziemy jedli.

Obiad gotowała niemrawo, długo. Dawniej była taka prędka.  Przyszedł Pieniążek, kuzyn męża Mamy, czyli ojciec tych dziewczyn, które opiekowały się Mamą, posłała go Sabina po jajka do makaronu, ale jajek nie było. Rozmawiałem z Pieniążkiem, że albo ich spłacę, albo zatrzymają dom. On siał i grabił w ogródku Mamy. Zaprosiłem Maniusię. Żeby coś tam wzięła. A przede wszystkim Marysię Pieniążkównę, główną opiekunkę Mamy. Sabina, jadąc ze mną do Garwolina, powiedziała, że Mama miała futro karakułowe i że ona to weźmie, bo na nią pasuje. Tymczasem Głowalową dając mi klucze, zaznaczyła, że Mama przeznaczyła to futro dla Marysi. Powiedziałem to od razu Sabinie, zgodziła się z tym. Dałem Marysi futro, dwa sznury agatów, które znalazłem w pudle, kilka kłębów wełny właściwie po cichu przed Maniusią i przed Sabiną. Pilnowały wszystkiego, ale się w tym nie zorientowały. Maniusia coś o bulwach georginii, że przydałyby jej się do ogrodu, w tej samej sprawie zadzwonił Leszek z Warszawy. Bo wiedział od Jadwigi, że ja jestem w Garwolinie.

Była panna Andzia, radziła dom zatrzymać, powiedziała, że codziennie chodzi z psami wieczorem kolo tego domu i pilnuje. Dałem jej sukienkę chyba i pantofle, których nikt nie chciał wziąć, a Andzi bardzo się przydały. Zaofiarowała się przynieść nazajutrz mleko. Ja powiedziałem, że nie piję, ale Sabina rzuciła się na to mleko, że chce.

 

18 kwietnia

 Cały dzień rozgardiasz. Ja chodziłem po urzędach, do PKO po pieniądze, złożyć testament do sądu i z odpowiednimi papierkami do zakładu ubezpieczeń. Sabina przez ten czas gotowała obiady i przewracała szuflady i półki. Bałagan narastał Obiadu nie było. Kręciła się Maniusia. Sabina zła na Maniusię, a Maniusia na Sabinę. W pewnej chwili Maniusia wzięła wazon kryształowy duży i powiedziała, że to dla Głowalowej. Zgodziłem się z tym. Sabina podbiegła, złapała wazon

- To dla mnie - i postawiła go z powrotem na kredensie

Pytałem potem Sabiny, jak będzie wiozła ten ciężki wazon. A ona, żebym się nie bał, że da sobie radę. Szukały obydwie po szafach, po kredensach. Maniusia w pewnej chwili weszła do pokoju dużego Mamy, gdzieś tam zajrzała i powiedziała

-Już wszystko rozszabrowane, wszystko rozszabrowane!

Sabina w innym pokoju na boku do mnie

-Ta Maniusia to chytra! Wszystko by chciała wziąć, wszystko widzieć!

Maniusia sięgnęła, kiedy byliśmy wszyscy w kuchni, pod stół

-A to co jest? - i wyciągnęła pudło, a z pudla futerka i dwa lisy.

Sabina szybko to zasunęła z powrotem. Po wyjściu Maniusi obydwa lisy przymierzała, pytała mnie, w którym jej ładniej, który ładniejszy. Wybrała w końcu rudego lisa.

W pewnej chwili Sabina do mnie

-Tyś szukał korali i różnych rzeczy po matce, a ja znalazłam, ja jestem spryt¬niejsza - i pokazała mi obrączkę i dwa pierścionki bez oczek.

Powiedziałem, żeby mi dała jeden.

-A po co ci?

-No, chcę jeden dla siebie - i wyjąłem jej z garści, schowałem do kieszeni. Ale ona mnie wróciła, stuknęła w rękę     

-Komu to chcesz dać? Człowiek o gołębim sercu, wszystko by rozdał, oddaj to

Nie chciałem się sprzeczać, oddałem jej.

Euforia, humor u Sabiny, dowcipy. Wielki jej dzień. Sabina miała sześć pak. Wzięła między innymi nocnik po Mamie, bo powiedziała, że nie można dostać nocnika. Bałem się, że taksówkarz nie będzie chciał wziąć tego do samochodu, ale trafiliśmy na łagodnego i zabrał to wszystko, upakował w bagażniku.

W powrotnej drodze Sabina znowu była rozmowna, opowiadała szoferowi o swojej kamienicy, o pijakach, o pijaczkach i kubłach.

 

28 kwietnia

Miał ze mną jechać Le. do Garwolina, ale tylko mnie odprowadził na dworzec. W Garwolinie przywitała mnie ciepła pogoda, Głowalowie z wiadomościami, że Marysia chciała się dostać do środka, ale nie dali jej klucza. To znaczy, ona ma klucze, ale trzeci klucz od pokoju coś jej nie pasował. Poszedłem do domu Mamy. I mnie ten klucz nie pasował, nie chciał mi otworzyć pokoju. Po wielkich trudach zwyciężyłem go, ale stwierdziłem, że już się nie nadaje do użytku. Zamek właściwie chyba popsuty. Chciałem zmienić zamek.

Ślusarz powiedział, że nie ma zamków w Garwolinie. Zgłosiła się panna Andzia sąsiadka, ta która dopilnowuje domu z psami, i powiedziała, że były tu jakieś trzy panie wczoraj i wynosiły paczki. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Z początku wydawało mi się, że może coś zginęło, bo materiały, które Sabina odłożyła na dno tapczana, nie znajdowały się tam. Dopiero potem, kiedy zacząłem się oglądać po innych półkach, znalazłem te materiały w kredensie. Sabina wszystkie tam wetknęła. Nic nie zginęło. Co one wyniosły? Nie wiem. Może w ogóle nic wartościowego. Naszykowałem drugiego lisa, którego Sabina odłożyła, dla Głowalowej. Jeden materiał dla Jadwigi na Hożą. I część sukienek i ciuchów dla pani Anny.

Wyszedłem na spacer, padał deszczyk, co mnie uspokoiło. Ale kiedy wróciłem i chciałem nastawić adapter, adapter okazał się popsuty. To mnie znów rozzłościło. Nie miałem czasu w ten sposób na skupienie. Tylko na złości i na denerwowanie się. Wreszcie po iluś godzinach wziąłem proszki na sen i postanowiłem, że jutro zaniosę adapter do reperacji, a reszta się wyjaśni i nie ma się czym złościć.

 

29 kwietnia

Zaniosłem adapter do reperacji, uspokoiłem się co do Pieniążków, że właściwie to przecież albo oni tu się włamią i wtedy im sprzedam najwyżej ten dom, albo się nie włamią i wszystko w porządku. Tak, że nic innego nie grozi.

Wieczorem słuchałem telewizji, radia. Przeglądałem półki. Znalazłem torebkę Mamy, którą woziła w tę i z powrotem do szpitala. Zrobiło mi się przykro na widok tej torebki, zawołałem panią Andzię i oddałem jej szybko tę torebkę. Potem już drugą noc, drugi wieczór wynosiłem różne papiery i pudła po Mamie i po Antonim. Ale półki wciąż pełne. I sypało się z nich.

 

15 maja

Zajechałem do Garwolina. Było wszystko w porządku. Tylko jedenaście stop¬ni ciepła, bo zimna wiosna, więc rozpaliłem w kuchni.

 

17 maja

Rozejrzałem się za syfonem. Zniknął. Więc zabrany. Przez Marysię, bo przez kogóż by? Sprawdziłem, czy jest butla gazowa. Zniknęła. A więc wzięła bez pytania. Poszedłem do Głowalów i powiedziałem to. Głowala do mnie

-Proszę pana, o tą butlę to cała sprawa. Pieniążek, ojciec Marysi, byl przeciwny temu, żeby ona to zabierała, chciał, żeby jemu zwróciła klucze od pana domu, a ona nie chciała, tak się nie robi jak ona.

Postanowiłem się jednak tym nie przejmować. Tylko pomyślałem, że Mama miała pewną rację, kiedy była wyczulona na tę butlę. Wcale jej się nie przywidywało.

 

19 maja

Zaprosiłem Maniusię przez telefon. Ona

-Dobrze, psyjdę

Kupiłem lodów w pudełku. Ciastek. Przyszła. Mówi

-Spotkałam Andzię. Te czerwone pantofle po twojej Mamie to na nią za ciasne, mówiłam, żeby psyniesła, dam mojej siostrze

-To zadzwonić do Andzi, żeby przyszła?

-Zadzwoń

Przyszła Andzia. Chwaliły ciastka.

Maniusia wstaje, zamiata, myje talerzyki, nie usiedzi bez roboty. Andzia idzie do siebie. Maniusia chodzi po mieszkaniu, rozgląda się

-A tu co?

-Ano widzisz

Otwieram jej szafę, pokazuję półki

-Zostało byle co - stwierdza Maniusia, jeszcze raz sprawdza - a tamten pokój?

-A wejdź . Weszła

-Bez zmian, a te futrzane kołnierzyki gdzie mas?

-Wziąłem dla Olemki do Warszawy, ale jeden mogę ci przywieźć

-To przywieź

W kwiatach przed furtką leżały pudła. Maniusia, wychodząc, zawołała na głos

-Co to za pudła? Aha, Andzia zostawiła, jeszcze inne pantofle, dwie pary białe -Też po Mamie, widocznie też za małe, ty nie chcesz?

-Nie, spal

Paliłem pantoflami Mamy cały wieczór, buchało gorąco.

Stefa powiedziała, kiedy byłem u niej ostatnio - Pana mamusia wyglądała w trumnie bardzo ładnie, oj, jak ładnie, nie mogłam się wprost napatrzeć.

 

21 maja

Maniusia była drugi raz na moje zaproszenie

- O, pełno tych mleców, nasz Zdzicho toby zaraz to powyrywał

 -Co?

- Mlece

- To cała ozdoba

 -Taak?

 

24 maja

Zaszła do mnie ciotka Jadwiga, tutejsza poetka, rozejrzała się po ogródku

- Piękne te mlecze, jaki piękny wysyp kwiatów!

Byłem u niej w mieszkaniu. Powiedziała, że napisała do „Kulis" artykulik pod tytułem Samotność. I zaczęła od słów: „Samotność? Nigdy nie czuję się samotna".

Ciotka Jadwiga poetka mówi do mnie

- Samotność rzecz bezcenna

Rozmawialiśmy o Mamie. Ja, że nie boję się śmierci, to znaczy niebycia

Ciotka Jadwiga poetka

-Ja też się nie boję, jestem bardzo ciekawa tego stanu. Kiedy byłam u twojej matki w szpitalu na końcu, chciałam ją zapytać, ale mam przytępiony słuch i ją denerwowało to, że musiała głośniej mówić, a nie miała na to siły, więc dałam spokój

Powiedziałem, że jestem niewierzący. Ona na to

- A ja wierzę, że coś tam jest.

 

Zimna wiosna. Nagle chwila ciepła. Wychodzę, siadam pod domem na jednej albo drugiej autobusowej ławce. Nie wiem, skąd takie Mama z Antonim wzięli. Obie dawno podarte, wychapane, z jednej wyziera włosie, z drugiej gąbka. Mlecze pootwierały się, osy i pszczoły na nich brzęczą, z daleka pod dworkiem widać - wyjechała kaleka Krysia na wózku. Fruwają motyle. Chmury. Wiatr. Robi się zimno. Wstaję. Krysia znika. Osy cichną. Motylów nie ma. Zamykanie się mleczów.

 

poniedziałek, 26 maja

Przyszła ciotka Jadwiga poetka

-Wiem, że nie pijesz wina, ale masz to na poczęstowanie gości Niosła mlecze i pokrzywy

-Takie piękne pokrzywy, pachną i parzą. Pokrzywę jest dobrze trzymać w pokoju, ja się nią biczuję, biczuję sobie palce, bo mi drętwieją

-I pomaga?

-Pomaga, i robię sobie sałatkę z pokrzyw

-Dziś cieplej, deszcz trochę padał, lubię

-Napisałam wiersz o deszczu

Za ileś czasu napaliłem pod kuchnią, dym, wietrzę, drzwi i lufciki pootwierane, ja nago myję nogi, ktoś idzie, krzyczę

-Zaraz, tylko założę coś! Ciotka Jadwiga z przedpokoju

-Ja tylko na moment, nie zamknęłam nawet drzwi na klucz, przeczytam ci ten wiersz o deszczu - i czyta, zwrotki, jest tam i kochanek, i namawianie do zostania, i padanie deszczu

Śmieję się, ciotka też

- Idę, już ten moment minął

Patrzy na pokrzywy przy kamieniu

-Tu rosną aż cztery gatunki pokrzyw

Przyszła po południu przybrana córka ciotki poetki Jadwigi - Zosia156. Dzwoniła do mnie kilka dni temu. Leżałem zmęczony wieczorem. Telefon. Podnoszę słuchawkę. Miałem zmęczeniową chrypę. Więc zapytałem zachrypłym głosem

-Halo, kto mówi?

Słychać odłożenie słuchawki. Za pewien czas znów telefon.

Ja

- Halo... kto mówi?

-To Miron? Tu Zosia

Co się okazało. Zosia nie wiedziała, że ja w Garwolinie, siedziała wieczorem sama w pustych pokojach biura. Myślała sobie o tym w domu, o mojej Mamie, czyli o swojej ciotce, że tu do niej przychodziła przez tyle lat; ostatnio, jak tylko założyli telefon, telefonowała, teraz ten dom pusty, a jakby tam zadzwonić? Ciocia się nie odezwie, bo nie żyje, ale usłyszeć, jak odezwie się ta pustka. Podnosi słuchawkę, nakręca numer, a tu nagle słychać podnoszenie słuchawki. Już to ją zdumiało. I nagle słyszy zachrypnięty głos, taki jak miała moja Mama w chorobie

- Halo, kto mówi?

Zrobiło jej się ciepło. Odłożyła słuchawkę. I dopiero zaczęła myśleć. Przecież to nie ciocia. Tam jest ktoś żywy. Może Miron przyjechał? I zadzwoniła znów.

Było już ciemno, kiedy przyszła pani Andzia. Że była na cmentarzu i sąsiadka grobowa mojej Mamy miała pretensje o kupę piachu, która została po rozgrzebaniu i zasypaniu grobu mojej Mamy, i że ta kupa piachu jest nieuprzątnięta dotąd, że ja powinienem ją uprzątnąć, bo to przeszkadza jej grobowi. Nawet wybierała się tu do mnie przyjść z lekką awanturą. Pani Andzia, żeby ją uciszyć, postanowiła sama albo z kimś do spółki uprzątnąć tą kupę piasku.

 

 

27 maja

Nareszcie cieplejszy dzień. Byłem między polami na spacerze. Przyszedł do mnie po południu bliski krewny ciotki poetki i Zosi. Stary piekarz oryginał. Opowiadał o przyjazdach ciotki Andzi deklamatorki na kufrze przed tamtą wojną jeszcze. Ciotka Andzia ze swoją bratową wyjeżdżały z Warszawy już o czwartej rano pociągiem, tu zajeżdżały po siódmej, brały furmankę albo dorożkę i jechały do Czyżkowa do rodziny. Tam właśnie ten piekarz Wacek oryginał jako mały chłopczyk przebywał u dziadków i uczestniczył w przyjazdach ciotki Andzi. Bardzo ją chwalił i bardzo go interesowała. Deklamowała różne poematy i wiersze z żółtych książeczek. Jeden z takich poematów on zapamiętał, zaśpiewał mi pierwszą zwrotkę. O zbóju Rinaldim. Potem zeszła rozmowa na jego wieś, w której mieszka - Puznowo - i na to, że tam mieszkają jacyś Annasze. A okazało się również, że gdzieś mieszka i Kajfasz. Oryginał piekarz Wacek twierdzi, że po zamordowaniu Chrystusa Annasz i Kajfasz uciekli przez Syrię i Kaukaz do Polski, a za nimi zniknął Piłat. Bo było tak, że po zamordowaniu Chrystusa Piłat opowiadał cesarzowi rzymskiemu choremu na puchlinę wodną o cudotwórcy Jezusie. Cesarz już się nie zastanawiał, kto to, co to, tylko zapowiedział „Dajcie mi tego pana, niech mnie uzdrowi". Wtedy Piłat usłyszał, że niejaka Weronika przetrzymuje chustę z odbiciem oblicza cudotwórcy Jezusa zamordowanego. Nakazał rewizję. Znaleźli tę chustę u Weroniki w łóżku. Ale ona w tym łóżku nie spała. Na tej chustce było wyraźne odbicie twarzy. Piłat zawiózł chustę cesarzowi. Cesarz spojrzał na nią i był uzdrowiony. Skoro się dowiedział o zamordowaniu cudotwórcy, swojego dobroczyńcy, postanowił zemścić się na Żydach i ich skazać na śmierć. Ale ktoś doniósł Kajfaszowi i Annaszowi, że grozi im zemsta cesarza, i oni szybko wieczorem posprzedawali, co mieli, i w nocy uciekli. Kiedy Wacek piekarz był młody, sympatyzował w pewnej kobiecie o surowym rzymskim wyglądzie. Ona powiedziała, że oświadczyny mogłyby być przyjęte, ale kiedy ona patrzy na Wacka, to widzi, że jego wzrok gdzieś błądzi za oknem i nie słucha kogoś, a jest w swoich myślach. Do ożenku nie doszło. Natomiast Wacek dowiedział się później, że była narzeczona miała na nazwisko Piłat.

Po tych opowieściach Wacek podziękował za herbatę i poszedł na majowe nabożeństwo.

 

Marysia P. weszła do mieszkania któregoś dnia, kiedy ja leżałem w łóżku. Od razu zaczęła się tłumaczyć, że wzięła gazową butlę, bo uważała, że tu jest raczej bezużyteczna. Ze ją mi odniesie. Ze bardzo mnie przeprasza. Wobec takiego przyznania się do całej sprawy powiedziałem, żeby na razie butlę sobie pożyczyła, ja sobie dam radę bez butli. Potem rozmawialiśmy grzecznie i dałem jej na węgiel, żeby jej ojciec, który wozi węgiel, przywiózł mi węgiel.

 

Garwolin, 2 czerwca

Ciągle wynoszę do śmietników torby ze ścinkami, odpadkami, butelkami. Co dwa, trzy dni daję coś pani Andzi po Mamie. Wzięła już ileś Maniusia. I ciągle jest do wyrzucania i do wynoszenia, dalej i dalej. Chwilami zastanawia mnie to i robi mi się ciut przykro, bo są to rzeczy po dwojgu ludzi, którzy tu żyli przez ćwierć wieku.

Po czterech dniach ciepłych, ze spacerami, znów zimno. Od dwóch dni pada deszcz. Jest zaledwie siedem, osiem stopni ciepła. Palę pod kuchnią. Byłem dziś w gościach obok, we dworku, u pani Krysi na wózku. Mieszkają tam same kobiety. Pani Krysia z matką, ich kuzynka i pani Andzia. Są też dwa psy. Złe dla obcych. Mnie przyjmowały grzecznie, zwłaszcza duży pies, Nanek, nawet się łasił do mnie. Ale nie wiem, jaki byłby innym razem, gdybym wszedł na ich teren sam, bez pani Andzi. Oprócz psów są dwa szare koty z kocim dzieckiem.

Ostatnio złapała mnie śpiączka, przed którą się bronię. W Garwolinie się nie nudzę, zupełnie nie. Mam tu adapter z płytami, telewizor, radio, magnetofon. Do ogrzewania dwie dobre maszynki i dwa piecyki. Do ogrzewania wody dwa elektryczne czajniki.

 

wtorek, 3 czerwca

Była dziś u mnie Maniusia. Pozamiatała mi w pokoju i w kuchni. Poszliśmy na cmentarz odwiedzić Piekutów i ciotkę Andzię, deklamatorkę na kufrze. Porozdawaliśmy im żółte tulipany z ogródka Piekutów. Potem poszliśmy na osiedle zacmentarne do Stefy. Stefa trochę podniesiona na duchu, bo któregoś dnia tak nagle spróbowała podpisać swoje imię i dobrze jej wyszło. Czyli jest postęp w cofaniu się porażenia. Stefa nakarmiła nas pieczonymi kurczakami z mizerią. Powiedziała, że jej bardzo brak mojej Mamy. Maniusia też narzekała na to, że moja Mama umarła, że zawsze wstępowała w niedzielę, a i w dzień powszedni często, a teraz zabrakło jej tej osoby. Zaniosłem Stefie stare fotografie, na których i ona jest, i jej wujek, czyli Antoni, mąż Mamy, i moja Mama.

Stefa wyprowadziła mnie na balkon i pokazała, że u niej tak ładnie, tak ładnie. Ona tak lubi, kiedy kwitną mlecze. A tu jest właśnie widok na kwitnące mlecze i na łąki.

Potem zaszedłem o dwa bloki dalej do wychowanicy ciotki poetki, czyli do Zosi Paduchowskiej. Tam dzieci, które poszły spać po rozbrykaniu. A Zosia i jej mąż zaczęli mi opowiadać o duchach. Mąż Zosi jako kawaler powracał przed Zaduszkami na swoją wieś z daleka, mija krzyż przy drodze, ktoś tam siedzi skulony, pomyślał, że to pewien znajomy, może się upił, zasnął. Podszedł bliżej. On w kucki. Podniósł go i jak go wziął w ręce, tak tamten niby piórko dał się unieść na ponad metr, dalej w pozycji kucek. I bez wagi. Ten go odłożył, uciekł. Pędzi. Mija las. Kilometr dalej pod drzewem siedzi ten sam. Ten popędził do domu dwa razy szybciej. Zosia zwróciła uwagę, że nie było dotychczas o dotykaniu duchów. Bardzo miło zeszło półtorej godziny. W drodze powrotnej o zmroku wstąpiłem na cmentarz, bo brama otwarta, i sprawdziłem, czy palą się świeczki. U ciotki Andzi, deklamatorki na kufrze, świeczka błyszczała, u mojej Mamy i Antoniego zgasła, więc zapaliłem. Z trudem. Pod cmentarzem pełno zielska i dzikich kwiatów.

Od trzech dni piszę deklamację garwolińską o chuście Weroniki160. Bo opowieść Wacka piekarza zaintrygowała mnie. Pomyślałem, że szkoda tego tematu na kawałek prozy dziennikarskiej, że trzeba by napisać balladę. Najpierw myślałem o rytmie ósemkowym częstochowskim. Ale wychodziło za bardzo wulgarnie. Postanowiłem rytm skrócić. Na szóstkowy. Trudniejsze to, bo krótsze wiersze i trzeba więcej upychać treść. Ale zaczęło mi to wychodzić.

Przejrzałem to teraz i nabrałem znowu wątpliwości. Balladę trzeba bardzo jeszcze dopracować.

W sierpniu zeszłego roku Zosia i jej mąż przeprowadzali się z jednego bloku do drugiego, bo dostali większe mieszkanie. Robili to w nocy. Do rana. Rano, a właściwie nad ranem, kiedy zajęci byli przenoszeniem gratów w dziecinnym wózku, nagle spojrzeli na niebo, a na niebie w nieokreślonej odległości i na nieokreślonej wysokości żarzyła się kula. Patrzyli: ona się żarzyła, poruszała, a potem odleciała. Znikła. Stwierdzili, że to nic innego, tylko UFO.

 

Garwolin, 13 czerwca

Po tygodniu znów jestem w Garwolinie. Brak patelni i jednego wazonika, który lubiłem. Jednak Marysia Pieniążkówna, która miała dla doglądania Mamy drugie kluczę i tych jej nie odbierałem po pogrzebie, wynosi stąd różne przedmioty i przedmiociki. Te, które zauważyłem. I te, o których nie wiem. Ze ich nie ma. Z tego wynika, że jest ona nieszczera, chytra i może nawet podstępna. A opowiadała mi Andzia, że kiedy namawiała ją do zostania z Mamą na noc, kiedy Mama źle się czuła, Marysia powiedziała, że się boi. Być może, że oprócz jakiejś tam sympatii do mojej Mamy miała swoje obliczenia, nie wiadomo jakie.

Marysia ma wygląd sympatyczny i niewinny. W odwrotności do jednej ze swoich sióstr, która wygląda na spiskującą coś. Tymczasem tamta, zdaje się, jest o wiele lepsza od Marysi. Ale nie tylko ja nie poznałem się na niej. Pani Głowalowa do mnie mówiła z zastanawianiem

-To Marysia jest taka? Aha... Ja myślałam, że ona jest inna.

Chrześnica jej męża.

Coraz większą rację przyznaję pośmiertnie Mamie co do jej podejrzliwości wobec różnych tu osób i w ogóle wobec różnych osób w życiu.

Oczywiście nie przejmuję się tymi spraweczkami, ale jeżeli Marysia będzie jeszcze mi coś wynosiła z domu, to przygotuję jej karteczkę niby od mojej Mamy „Nie wynoś stąd więcej" i podpiszę albo „ciocia Kazia" albo „Kazimiera Piekut". Marysia jest trochę bojąca, więc w każdym razie, jeżeli nie uwierzy, to się trochę przestraszy. A to już będzie otamowanie.

Raz przyszła niedługo po śmierci mojej Mamy. W nocy był deszcz, wiatr. Pukał jej w szybę. A ona do siebie „Nic innego, tylko ciocia".

 

14 czerwca

Byłem u Głowalów. Głowala spotkał na ulicy w tych dniach Krysię Pieniążkównę, siostrę Marysi, i ona pytała o mój adres i telefon warszawski, powiedziała, że tu zamieszka w Garwolinie, bo mąż jej wyjechał za granicę, a ona chce się wprowadzić do domku mojej Mamy. Głowala jej wytłumaczył, że ja ten domek zatrzymuję, że zaplanowałem tu posadzenie drzew. Ona była speszona. Ale przedtem mówiła o zarządzie miejskim, że dowiadywała się, czy to nie należy do miasta, niby jako opuszczone mienie. Głowala dał mi zamek z kluczami i radził szybko zmienić zamek w głównych drzwiach.

Na króciutko przyjechał Darek. Zmienił mi zamek. Sprawdził telewizor, korki. On też samotnik. Mieszka w dzikim domku w Zielonce. Nie lubi promieni słonecznych. Poszliśmy w nocy za miasto, za rów, do którego od 2 miesięcy co noc wynoszę torby gałganów, słojów po Piekutach. Pochmurno. Pokręciliśmy się po krzywej drodze bez drzew, ze świecidłami błota. Darka oplatało wyobrażenie, że taką drogą wędrował Zagłoba z Heleną.

 

16 czerwca

 

Zadzwoniłem do Maniusi, żeby zabrała jeszcze różne babskie drobiazgi. Była wczoraj. Wybuchła burza. Odprowadziłem Maniusię z tobołkami pod parasolem do taksówki. Teraz nad wieczorem wstąpiłem do ciotki Jadwigi poetki. Dała mi jajka i wino z ryżu własnej roboty. Ryż po chińsku filtrowany przez węgiel. Powiedziała, że całą zimę karmiła wróble, kupiła im trzydzieści siedem kilo ryżu.

-No przecież ryż jest tani, osiem złotych kilo Pokazała mi pokrzywę w doniczce. Z początku oklapła, a potem jednak doszła do siebie ta pokrzywa. W słoiku ciotka trzymała liście, kwiaty i oset. Mowa była o łabędziach. Ciotka Jadwiga poetka

-Nigdy nie widziałam łabędzia

-Naprawdę?

-No gdzie?

Pani Andzia do mnie, że ta Marysia to rzeczywiście nieładnie postępuje, skoro mi zabrała ostatnio jeszcze patelnię. Spytałem, skąd ona już o tym wie. A ona spotkała o ósmej rano Maniusię pod kościołem i Maniusia jej to mówiła.

Robiłem próbne nagranie magnetofonowe z Maniusią. Nie była speszona. Najpierw przyłożyła mikrofon do ucha. Kiedy jej powiedziałem, że trzeba do ust, przełożyła i mówiła swobodnie. Potem sprawdziła i przekonała się, że to wiernie odtwarza jej mówienie.

 

26 czerwca

Ciotka Sabina była z Julianem i ze znajomym samochodziarzem w Garwolinie, zabrała stół, ale nie ten. Okazało się, że to było nieporozumienie. Jej chodziło o składany stolik, który ja chciałem zatrzymać, a ja myślałem, że jej chodzi o okrągły stół i dziwiłem się, po co jej dwa okrągłe stoły w domu, bo już jeden ma. Telefonowałem przedtem do dworku drewnianego w Garwolinie, rozmawiałem z Andzią i Andzia mi to powiedziała. Ja się zezłościłem, ale potem postanowiłem już zostawić, tak jak jest.

W Garwolinie po moim przyjeździe od razu zaczęły się kłopoty. Coś sknociłem z igłą adapterową. Nie mogłem doczekać się godzin otwarcia sklepu telewizyjno-adapterowego. Odłożyłem to na kiedy indziej. Ledwie wróciłem z porannego sklepu i położyłem się do czytania z zasypianiem, pukania do drzwi, do okna, dzwonki. Niechętnie otworzyłem drzwi, domyślając się, że to albo Marysia Pieniążkówna, albo Krysia. Przypuszczałem, że raczej Krysia, bo Marysia jest cichsza, a Krysia bardziej bezczelna. To ta, co leci na ten domek. Przez drzwi werandy od razu zobaczyłem sukienkę Krysi i jej wysoki wzrost. Była blada, z twarzą podobną trochę do gada, mimo że niby ładną. Od razu ona o tym, że trzeba iść do urzędu tu obok, do prezydium, do pokoju numer trzy i że tam jest naczelniczka, która mi powie, że trzeba załatwić sprawę z przebywaniem tu, z domkiem. Ze nie można trzymać mieszkania w Warszawie i mieć domku w Garwolinie.

Ja się zdziwiłem, poszliśmy do tego prezydium. Urzędniczka powiadomiła mnie, że rzeczywiście tak jest, że nie można mieć mieszkania tu i tu. Ale ustaliła między nami. Czy to prawda, że pani Pieniążkówna ma jakieś rzeczy w moim mieszkaniu i klucze. Ja odpowiedziałem, że nie ma żadnych jej rzeczy w moim domu, czyli w domu po Mamie. A ona sama, Pieniążkówna, odezwała się, że klucze już zmienione. Bo ja jej przedtem powiedziałem, że klucze zmieniłem. Urzędniczka spytała mnie, czy ja się zgadzam na to, żeby ona na razie wprowadziła się, czy nie, czy dopiero wszystko się odłoży do załatwienia spraw spadkowych. Ja, że odłoży się do załatwienia spraw spadkowych. Urzędniczka wtedy, że tak ma zostać. Nie wiedziałem, że Pieniążkówna Krystyna już chce się wprowadzić, to znaczy, pewnie już by się wpakowała do mieszkania, gdyby nie zmiana klucza.

Potem z Pieniążkówna jeszcze kawałek drogi rozmawiałem pół chłodno, pół polubownie. Powiedziałem, że gdyby się nie dało domu zatrzymać, to sprzedam im. Tylko trzeba doczekać. Zgodziła się ze mną niby.

Ledwie położyłem się, znów dzwonek. Sąsiadka Tomalowa, ta od złego koguta, ale z poufną miną, że (i tu zniżyła głos) była u niej właśnie urzędniczka z prezydium przed chwilą i powiedziała, żebym zaraz przyszedł się zameldować. Poszedłem, i urzędniczki z niewinną miną do mnie, jedna i druga, bo dwie były. Okazało się, że to nie była naczelniczka, bo naczelnik jest gdzieś w innym pokoju, tylko urzędniczka. Powiedziały, żebym usiadł, żadnych interesantów nie było, więc nikt nie przeszkadzał. One mnie uświadomiły, jak to jest, że były wprowadzone w błąd przez Pieniążkównę, myślały, że nikt tu się nie zajmuje tym domem, nikt nie przebywa. Jedna z nich przyznała się, że w ogóle nie wiedziała, że pani Piekutowa ma syna, bo znała Piekutową. Druga machała głową i mówiła, że bardzo jej się nie podobała Krystyna Pieniążkówna.

Przecież kłamała. Ja spytałem, czy nie da się z tym domem nic zrobić. One na to, że gdybym postarał się przez instytucje centralne, to może by się dało, oczywiście będzie z tym kłopot. Że gdyby nikt z rodziny czy z sąsiadów tutaj nie pilił, nie wnosił skargi, to moje przebywanie w Garwolinie mogłoby się przeciągnąć nie wiadomo dokąd.

 

1 lipca

      Podjechał któregoś dnia Pieniążek z furą tutaj, kiedy ja spałem. Widziała go Andzia. Powycinał zielska z brzegu i wykopał kilka krzaków róży. Węgla nie przywiózł.

Pojechałem taksówką do dawnych koszar, do zespołu adwokackiego, do adwokata, którego mi polecił pan Głowala. Obdrapane schody. Rozklapane. Najpierw w dół, potem sień, potem schody w górę. Potem wąski w poprzek pokój, w którym dwaj panowie starsi układają, uprzątają papiery Mojego adwokata nie było, mam tam pojechać kiedy indziej. Staroświeckość budynku jakoś mnie rozweseliła.

Chodzę do czytelni. Włóczę się po Garwolinie. I staram się niczym nie przejmować.

Andzia mówi, że pani Krysia na wózku ma bardzo pogodny charakter, nigdy się nie denerwuje.

Andzia też jest pogodna i spokojna. Jak wnioskuję, jedna do drugiej mówi po imieniu, ale przez trzecią osobę

-Niech Krysia lepiej zadzwoni

-Niech Andzia mi się nie dziwi

Andzia trochę zaprzecza mojemu zdaniu o niej. Nie taka ona dobra. Nieraz się zezłości, trzaśnie drzwiami. Matka Krysi udaje, że nie słyszy. Ale też ile Andzia ma u nich roboty.

 

4 lipca

Zaszedłem do ciotki poetki Jadwigi. Wychowanica Zosia z mężem odnawiali jej kuchnię. Przyjedzie druga wychowanica, starsza. Z Wiednia. Córka tej drugiej wychowanicy wyszła za mąż za Chińczyka z Wiednia. Był tu w Garwolinie. Czarny. Rozmawiał z ciotką poetką. Bardzo jej się spodobał. Podobno bardzo dobry. Z zawodu kelner. Córka wiedeńskiej wychowanicy jest fryzjerką, zbiera w Wiedniu wiele nagród. Na konkursach.

Z Zosią ciotka nie zawsze jest w zgodzie. Kiedy z sobą mieszkały, niezbyt się lubiły. Ciotka szczęśliwa, że mieszka sama.

 

sobota, 5 lipca

Poszedłem na daleki spacer za wieś Leszczyny, na wierzbową drogę. Tą wierzbową drogą chodziłem dawniej do lasu. Przesiadywałem w lesie cały dzień. A właściwie to są trzy lasy. Kolejno po sobie idące. Nie tak bardzo się tam zmieniło. To mnie bardzo ucieszyło. Pachnąco, dużo zieleni, łąki, drzewa. Uświadomiłem sobie na tej wierzbowej drodze, że właśnie ona i te kawałki lasu, i jeszcze taka jedna boczna ścieżka z krzakami służyły mi jako symbol. Człowiek czytając, przypominając sobie coś, słuchając kogoś, podstawia swoje zapamiętane. I mnie ta ścieżka boczna z krzakami i pierwszy kawałek lasu za wierzbową drogą właśnie służyły do podstawiania na różne okoliczności. Między innymi, kiedy czytałem o pojedynku w lesie Conrada z czajeniem się i lusterkami. To właśnie ten pojedynek wyobrażałem sobie w pierwszym lasku za wierzbową drogą pod Garwolinem.

 

niedziela, 6 lipca

O siódmej rano pojechałem do Osiecka. To niedaleko od Pilawy. Osieck mnie ciekawił, bo z Warszawy do Osiecka uciekał kilka razy ze swoim całym dworem Zygmunt Waza, kiedy w Warszawie wybuchała zaraza. Kiedyś Osieck był miasteczkiem, teraz jest osadą. Rynek zaspany, zarośnięty spokojem. Zabytków tam wiele nie zostało. Ale charakter starożytny został. Zresztą są stare chałupy-półdworki. A może to nie ten Osieck? Potem zajechałem autobusem do następnej miejscowości, ni to osady, ni to miasteczka. Do Sobień-Jezior. Tam też rynek, domki, trawa na chodniku, szczególnie kąty tego rynku ciekawe. Ludzie na ławkach. Patrzałem na te domki i czułem ich delikatność. To mnie zdziwiło. Przecież ci ludzie stąd nie zawsze są tacy delikatni. Jak to pogodzić jedno z drugim? Po drodze spotkałem parę osób idących po mleko koło kościoła. Spytałem jednego z nich, dziada, gdzie tu się idzie na cmentarz, bo wiedziałem, że na cmentarzu jest zabytkowa kaplica. Najpierw mówił mi coś o wodzie zdrojowej, a ja nie wiedziałem, czy chodzi o studnię, którą mijaliśmy, czy o punkt mleczny, do którego on szedł. To były takie jego dowcipy. A potem mi mówił, że na cmentarz lepiej nie chodzić, bo tam łapią duchy. Ja na to, że może warto iść, bo te duchy złapią do czegoś lepszego. On się zastanawiał, że a może, kto wie, może tam więcej kobit? Więc dowcipy z czasów morowej zarazy.

Z Sobień-Jezior pojechałem taksówką do Mariańskiego Porzecza, czyli do Goźlina. Bo tak się dawniej to nazywało. Tam kościół drewniany rokokowy. Powyginany, z wieżami. Dosyć niezwykły. Takiego jeszcze nie widziałem w życiu. W środku iluzjonistyczne malarstwo. Osiemnastowieczne. Malowane płasko na ścianie obrazy i ołtarze. Nie wiadomo, które co udaje. Bardzo to dziwne. Wiózł mnie taksówkarz, który mi objaśniał, że ten kościół już miał się dwa razy palić po wojnie. Bo wybuchł pożar obok, w budynkach gospodarczych. Pierwszy raz podczas nabożeństwa na zakończenie roku, w sylwestra. Było już ciemno. Ludzie z kościoła zaczęli wychodzić w tłoku. Jednocześnie ratowali przed pożarem kościół. Głównie to wyglądało tak, że ksiądz z ludźmi wyniósł obraz i wtedy pożar, który ział ogniem w stronę kościoła, odwrócił się w inną stronę.

Drugi raz wybuchł pożar w dzień. Ten sam ksiądz, który wtedy obraz wynosił i odwrócił pożar cudem, teraz wpadł do kościoła, żeby coś wynieść, i tak się przejął i zmęczył, że umarł na serce na stopniach ołtarza. Tym razem od pożaru głównie ratowały akacje kościelne. Osmaliły się, ale pożar na kościół się nie przeniósł.

Szofer oświecił mnie, że podobny kościół drewniany z tego samego czasu jest w Warszawkach, niedaleko. Pojechaliśmy i tam. Może budował go nawet ten sam architekt. Tylko wieże rokokowe w Warszawicach rozebrano. Nie wiadomo dlaczego; może groziły zawaleniem. Takie same wieże w Goźlinie. I bardzo pięknie wyglądają.

Wszystkie te okolice bardzo mi się spodobały i mnie zaskoczyły. Dużo mokre¬go zielonego. Lasy. Drogi stare i nowe bardzo ładne, bo z niespodziankami. Nowe szosy obrośnięte wielkimi zielskami, rumiankami. Całe w zapachach. Zapachy się bałwanią. Stare drogi krzywe, pełne dziwnych drzew. Droga z Pilawy do Sobień--Jezior została przeze mnie nazwana Via Appia Pilawa, ciągną się po obu jej stronach akacje stare, zgrzybiałe, zgarbione. Mija się łąki w najróżniejszych kolorach. Krowy wylegujące się w piasku przy drodze, owce, strzechy nad ruczajami, wiatraki z urwanymi skrzydłami, kapliczki przydrożne.

Aż dziw, że tyle się zachowało.

 

Zastałem zatknięty za drzwi, za klamkę bukiet jaśminu. Wczoraj było tak samo. To pani Andzia robi mi kwieciste prezenty. Odwiedziła mnie wczoraj.

Na moją prośbę Zosia, wychowanica ciotki poetki, porozumiała się ze swoim radcą prawnym, to znaczy radcą prawnym pewnej instytucji w okolicach Garwolina. Dała mi jego telefon. W Warszawie pojechałem do niego i odbyłem z nim naradę. Jestem zdecydowany swoją cząstkę nawet ze stratą odprzedać Pieniążkom. Bo brak mi już sił do ciągnięcia tej historii spadkowej. Szóstego sierpnia ma przyjechać do Garwolina ten radca prawny. Właściwie młody adwokat. I z nim mam iść do Pieniążków.

 

3 sierpnia, Garwolin

Jestem tu już od paru dni. Porozumiałem się z adwokatem. Przyjedzie pojutrze, ale mówi, że nie obejdzie się bez sprawy spadkowej. Tak będzie bezpieczniej. Bo nie przejmie po drodze nic państwo. Jestem w porozumieniu z Pieniążkami. Byłem dziś u nich wieczorem. Tłok. Kupa ludzi. Pijany mąż Krystyny. Coś do mnie gada. Wczoraj chciał bić swojego teścia, ale go wyrzucili na ulicę. Na taboretach siedzi Stefa, Regina Pieniążkowa i nieznana baba. Stefa do mnie z uśmiechem, Regina z uśmiechem. Z babą nie wiem, czy się witać, ale się witam. W końcu okazuje się, że to baba zamówiona specjalnie do robienia ciasta na wesele czwartej córki Pieniążków. Stefa szła do autobusu. Odpoczywała co ileś kroków, a to z oparciem o drzewo, a to o mur. Podwiozłem ją taksówką. Prosiła, żeby do niej wstąpić, więc wstąpiłem. Dobrze wygląda, ale ciągle myli jej się z wykręcaniem skomplikowanych numerów telefonicznych. Umie już parę słów napisać w liście, ale całego listu nie. Z czytaniem wciąż źle. Nawet modlitw niektórych nie może odmawiać, bo zapomniała. Jak tylko coś chce sprawdzić i jej nie wychodzi, płacze. Ale tak to się nie daje, ciągle mówi, że pięknie na świecie. Widoki ładne. Powietrze dobre. Czyści dywan. Nie na klęczkach, ale ze schylaniem się. Co ją wiele kosztuje.

Rozmowa przy taksówkach. Stefa

-Najgorzej to się boję, żeby mnie nie złapał paraliż. A jednej to pękła przepuklina i od razu umarła. Jak mnie pęknie i od razu umrę, to trudno. I tak trzeba umrzeć. Co ja się będę o to zabijać.

Była u mnie Zosia Paduchowska. O zmroku ją odprowadzałem. Zobaczyliśmy jej matkę, czyli moją ciotkę poetkę idącą. Do mnie. Powiedziałem, żebyśmy wrócili. Na to ciotka Jadwiga poetka

-Z największą przyjemnością

Wacek deklamator chodzi po Garwolinie. To znaczy codziennie przed trzecią czuje potrzebę wyruszenia ze swojej wsi. Gdzie mieszka samotnie w półzawalonej chacie. Idzie do autobusu. Wsiada. Z torbami. Wysiada przed kościołem. I zaczyna odwiedziny i wstępowania do sklepów, roznoszenie bułek, prezentów. Któregoś wieczora przy mnie do mieszkania Zosi wszedł z worem na plecach o dziesiątej wieczorem. Okazało się, że ma jakieś kawałki cielaka. Które kupił po drodze i teraz rozdaje. Potem siada przy stole, czyta książki, na pytanie konkretne odpowiada z uśmiechem i z fantazją. Potem zabiera się z torbami, które mu się czasem mylą, i idzie do autobusu. Żeby potem przesiąść się na autobus drugi. Czasem po drodze u kogoś którąś z toreb daje na przetrzymanie, bo za ciężko.

Któregoś popołudnia nagle śni mi się, że otwierają się drzwi od sieni, wsuwa się Mama, zamyka białe drzwi i chwieje się cala. Ubrana tak, jak ją ubrali do trumny, w czarnej chustce na głowie, w ciemnej sukni. Chwieje się, jest umierająca. Ja nie wiem, czy ratować ją, czy uciekać. Czy ona umiera, czy walczy z letargiem. Zdaję sobie sprawę, że umarła przecież już dawno. W tym momencie się budzę.

Wstałem. Mieszkanie zaciemnione po mojemu, mimo dnia. Puściłem płytę z muzyką organową. Nadeszła Zosia. Odstawiłem jej mój sen. Z mamą z grobu słaniającą się w drzwiach. Wspominała mój występ jako niezwykły.

 

6 sierpnia

Była narada z Pieniążkami i z moim prawnikiem. Tylko prawnik spóźnił się. Co prawda uprzedził o tym. I nie zdążył pojechać do hipoteki. Okazało się, że Pieniążkowie założyli sprawę o rewizję procesu, bo był taki - o czym ja nie wiedziałem albo zapomniałem - między Mamą a nimi o rozdział dóbr po Antonim. Zdaje się, że chcą teraz zwrotu za to, czego się zrzekli wspaniałomyślnie na korzyść Mamy za jej życia. Części książeczki PKO i dwóch działek, które Mama sprzedała po śmierci Antoniego. Nie doszło do polubownego omawiania sprzedaży. Wobec nowych faktów, o których ja nie wiedziałem ani mój prawnik. Ma on jechać z Krysią Pieniążkówną do hipoteki za tydzień i zorientować się. A potem ja telefonicznie dowiem się od niego.

Odpust w Garwolinie. Stragany. Ale na nich tylko świecidła, trąbki i gumowe dinozaury, i kościotrupki dla dzieci. Dwa dni urzęduje w ogródku po mojej Mamie wieczorami Zosia z mężem i z dzieckiem. Co w końcu jest też fatygujące. Zbierają resztki porzeczek po tym, co pourywali Pieniążkowie.

Z Pieniążkami była i Stefa. Usiadła od razu na przymurku, bo zadyszana. A kiedy przyszedł mój prawnik, mówiła sapiąc

- Ten domek, to ten domek, oj, to taki domek, taki domek - chciała umniejszyć jego wartość na poczekaniu.

Tomalowa zaczepiła mnie po drodze, co słychać. Czy wyjeżdżam. Bo ile razy widzi mnie z torbą, to myśli, że wyjeżdżam. Potem powiedziała, że nie trzeba być delikatnym wobec Pieniążków, bo to nic nie da. A potem wreszcie spytała, czy nie sprzedałbym jej krzeseł. Andzia chce odkupić ewentualnie kredens ode mnie. Mamusia powiedziała, że chce zabrać maszynę, kamienny garnek i wazę. Zosia ma wielką chęć na kupienie jednego z dywanów. Oczywiście po tańszej cenie. A jej teściowa chciałaby kupić jeden z tapczanów. Ciągle mam od ludzi jakieś propozycje, uwagi, komentarze. Toteż zamykam się zwykle w dni nieumówione na klucz i na kłódkę od uliczki, na szczęście ślepej.

Pieniążek patrzał na pokrzywy i narzekał, że z każdego kwitnienia będą potem nowe posiewy pokrzyw.

Przyszła ciotka Jadwiga i wygłosiła pochwałę pokrzyw. Urwała ich trochę przy bramie i orzekła

—To są bardzo inteligentne rośliny. Hodowałam jedną w doniczce. Ale jej nie odpowiadała ta atmosfera. Zmarła naturalną śmiercią.

 

8 sierpnia

Odwiedziłem ciotkę Jadwigę poetkę. Relacjonuje mi

-Ostatnio w Garwolinie w nocy prawie nie świecą się latarnie. Zupełnie ciemno. Właśnie byłam ciekawa, jak to jest. I wyszłam po ciemku na miasto, przy okazji chcąc odwiedzić ciebie. Weszłam w twoją uliczkę. I pomyliło mi się, czy to drugi domek twój, czy trzeci. Stanęłam i myślałam. Nagle obracam się za siebie, a tam mężczyzna wysoki, no, starszy, ale niezbyt stary, z rozłożonymi ramionami tuż za mną. Ja zaczęłam krzyczeć „Precz! Precz! Ratunku!".

 

14 grudnia1980

Zajechałem na wezwanie sądowe do Garwolina w niedzielę wieczorem. Błoto, psy, które mnie powitały machaniem ogonów po ciemku, panna Andzia, panie ze dworku, panna Krysia na wózku. Częstowanie mnie kolacją, telewizja. Dobry nastrój. Pani Andzia odprowadziła mnie o dziesiątej wieczór do domu. Przedtem już napaliła w kuchni, więc było ciepło. Przynieśliśmy gramofon ze dworku, bo tam go wyniosła panna Andzia, żeby nie zmarzł. Puściłem płyty. Mozarta. Wszędzie pełno bobków mysich, pocięte papiery po szufladach, wszędzie pachniały mdło myszy, lałem dezodoranty i wody kolońskie. Odgarnąłem kołdrę, a tam zdechła mysz pod kołdrą na środku prześcieradła.

Leszek przed moim Garwolinem o babach spadkobierczyniach, którym mam przekazać dom w Garwolinie.

-I po co one się tam pchają? One tam szczęścia nie będą miały, ty byś miał Przypomniało mi się z procesu Marii Antoniny

-Po co tak pchałyście się na tron?

-Tron był nasz - na to Maria Antonina.

Ze ten domek miałby ze mną szczęście, odczułem to.

Sprawdzałem po szufladach, co jeszcze można by ze sobą wziąć. Bo to, co było pogardzone w sierpniu, mogło się przydać w grudniu. A więc fasolka w puszce. Torebeczka cukru. Paczuszka kakao.

Noc przeszła przyjemnie. Paliłem bez przerwy pod kuchnią. Zaglądałem czasem przez okna na błyszczące po ciemku błota. Słuchałem psów. I Mozarta. Prawie bal jednoosobowy. Ostatnia noc staropolska.

Rano zadzwoniłem do panny Andzi. Przyszła, i dałem jej do wyniesienia i przechowania jeszcze parę słoików z dżemem. Nareszcie zrozumiałem, po co Mama tyle dżemów robiła. Przeniosło się część poduszek. Przy tej okazji wyznałem Andzi, że moja Mama przed śmiercią powiedziała mi, że za swoich dawnych czasów schowała trochę dolarów do którejś z poduszek, nie pamięta do której, i nie pamięta, ile dolarów. Chyba niedużo, chyba kilka. Ale nie była pewna. Zaczęliśmy macać poduszki. W pewnym momencie pannie Andzi zdawało się, że w którymś rogu jednej z poduszek szeleści papierek. Rozpruliśmy ten róg. Ale to tylko szeleściło zbite w kupę pierze. Zanieśliśmy poduszki do dworku, powiedzieliśmy paniom ze dworku. O tych dolarach. Wtedy panie ze dworku po wielu doświadczeniach, bo wiekowe, i żyły w Polsce, zaczęły macać poduszki, w której to może być. Ja, że mało chyba dolarów. Na to pani Skorupkowa, że mogło być więcej, bo inaczej by nie chowała. Zajechał mój prawnik z Warszawy samochodem. I udaliśmy się na rozprawę. Z Krystyną kupującą dom. Na ławce siedziała już jej matka i ciotka. Regina i Stefa. Władzia z Morąga i Genio z Bydgoszczy nie przyjechali, więc wielka przeszkoda w rozprawie. Ale stary mecenas Niedbalski, adwokat Krystyny, zaczął nam tłumaczyć mamroczącym głosem, że to da się jakoś ominąć i spróbuje dojść do porozumienia z sędzią, może jednak zapadnie jakieś postanowienie. Bo zwlekanie i przeprowadzanie oceny przez biegłego, wobec niezgadzania się Władzi na taką cenę, może potrwać i dwa, i trzy lata. Stefa przez ten czas opowiadała mi, jak wczoraj poszła do kościoła, w całym Garwolinie światło zgasło. Ludzie z kościoła z ławek bali się ruszyć, dobrze, że ktoś spod cmentarza zadzwonił do kościelnego, kościelny przyleciał do księdza, ksiądz przyszedł do kościoła i zapalił świeczkę i zaczął czytać modlitwy, żeby ludziom było jakoś przyjemniej.

Po długich czekaniach drzwi obok się otwarły i poproszono nas na rozprawę. Mecenas Niedbalski, siedemdziesięcioletni, jak u Dickensa albo z Fredry, mamroczącym głosem co i raz podsuwał sędziemu taki albo inny sposób załatwienia sprawy. Sędzia namyślał się, patrzał przed siebie, zadał czasem pytania, czasem podyktował jedno czy półtora zdania protokólantce, przez ten czas mecenas Niedbalski mamrotał, mamrotał

- Bo, proszę sądu, można by na przykład przekazać to matce, a właściwie córce, bo to na jedno wychodzi, ale lepiej chyba matce, bo to pewniejsze, że własność ta i ta...

Sędzia wreszcie przystał na którąś wersję. I zgodził się. Na wyłączenie mnie od sprawy. To znaczy, że ja za 120 tysięcy wpłaconych dziś gotówką odstępuję wszelkie swoje prawa do domu i ogrodu po Piekutach na rzecz Reginy Pieniążek, matki Krystyny. Bardzo wszyscy się ucieszyli tym, że sędzia zdecydował się tak załatwić. Ja pomyślałem, że nareszcie jestem uwolniony. Wyzbyłem się grozy rozwłaszczania, rozszerzania strefy wywieszonego ozora, a tak to siedzi się w tym bunkrze na Lizbońskiej, układ z sąsiadami jakoś uklepany i robi się tylko wypustki do ogłaszania siebie czasem w redakcji czy w wydawnictwie i do przyjaciół. Dozorca życzliwy. A w Garwolinie, gdybym zatrzymał dom, grozili podkopywacze, rozsądziciele, poplecznicy z wymamianiem różnych rzeczy i chóry do wszystkiego. Krystyna Pieniążkówna pojechała z prawnikiem samochodem po pieniądze do PKO. Ja przez ten czas do domu, i zacząłem wynosić poduszki i zawieszać na płocie, bo panny Andzi akurat nie było. A wiedziałem, że resztę poduszek trzeba im przekazać, bo przecież one będą chciały szukać tych dolarów. Padał deszczyk na te poduszki. Wyniosłem wiadro do wody z czajniczkiem na herbatę, bo prosiła o to pani Skorupkowa, bo ma wiadro z za dużym pałąkiem, a czajniczków brak. Przez ten czas zajechali po mnie prawnik z Krystyną. Pojechaliśmy do Pieniążków, tam przyjęcie z szynką, z kanapkami, z ciastkami, kawa, herbata, i wódka. Której nie piję. Wypłacenie mi stu dwudziestu tysięcy. To mała kupeczka pieniędzy, myślałem, że grubsza. Potem powrót do domu na Staszica. Tam prędko pakowanie magnetofonu, gramofonu, słoików z dżemami, psy, błoto, trudne wykręcanie samochodów, całusy z panną Andzią i odjazd do Warszawy./…/

.