22 listopada 2018r. Imieniny: Cecylii, Marka, Maura
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Łaskarzew i Miastków - na przykład.

 W ostatnich wyborach samorządowych obserwatorzy rzeczy dziwnych i ulotnych śledzący doniesienia lokalnych mediów dostrzegli nietypowy rozwój wydarzeń wyborczych w Miastkowie Kościelnym i Łaskarzewie, zakończony nieoczekiwaną przegraną dotychczasowych gospodarzy gmin.

 Pani wójt Miastkowa i pan burmistrz Łaskarzewa od 20 lat dominowali w swych samorządach. Mieli silne, stabilne poparcie społeczne. Byli gospodarzami o sympatiach lewicowych. Kiedy startowali w wyborach nie mieli konkurentów, lub mieli jednego – dwóch, i łatwo ich pokonywali. Mieli pojedynczych krytyków, lecz ci po prostu nie umieli lub nie mogli im się przeciwstawić skutecznie.

  W tym roku dwa aspekty wyborów wyglądały inaczej.

  Różnica pierwsza - do wyborów w ich gminach zgłosiło się wielu (5 i 7) kandydatów, tak jak w gminach gdzie odeszli urzędujący wójtowie.

  A po drugie - byli wśród nich kontrkandydaci z kręgów lewicy, a więc z opcji gospodarzy gmin.

 Ogólnie rzecz biorąc – z pojedynczym kontrkandydatem łatwiej wygrać. Na przykład krytykując go przez zwolenników władzy jeszcze silniej, niż on krytykuje władzę, a jego jawnych zwolenników zniechęcając do zmian poprzez różne argumentacje, na różne sposoby. (Dlatego zresztą bardzo trudno namówić ludzi do kandydowania do samorządu ze względu na atmosferę sporu z władzą).

 Z kilkoma kontrkandydatami rządzącemu trudniej walczyć. Pojedynczy przeciwnik może jawić się jako rozrabiaka i mąciciel. Kiedy zaś przeciwników startuje kilku to nie sposób wszystkim przypisać złych intencji - powstaje wrażenie, że w gminie powstało spontanicznie głębokie niezadowolenie, że przekroczyło ono poziom tradycyjnego biadolenia, i że gospodarza czas zmienić.

  W demokracji największymi przeciwnikami są kandydaci o podobnych programach i rodowodach, bo oni sobie odbierają głosy wyborców. Na przykład dla wójta z SLD kłopotliwym kontrkandydatem staje się milicjant/policjant. Policjant powinien go raczej wspierać, żeby nie rozpraszać głosów lewicy.

  Dlatego zgłoszenia w tych dwóch gminach wielu kandydatów, w tym niektórych z własnych środowisk było zbiegiem niekorzystnych dla rządzących okoliczności. I tu dochodzimy do kluczowej kwestii: czy zbieg tych niekorzystnych okoliczności był dziełem spontanicznego biegu wydarzeń, czy został przez kogoś zaaranżowany, albo przynajmniej wspomagany socjotechnicznie?

  Sytuacja jawi się ludziom tak, że pani wójt i pan burmistrz rządzili za długo, a co do jakości rządzenia - kontrowersyjnie. To, że odpadli – to rezultat wyczerpania kredytu zaufania. Podkreślam - tak się to jawi, ale niekoniecznie tak jest naprawdę.

 Albowiem zwolennicy spiskowej teorii polityki mogą wskazać przykłady gmin źle zarządzanych i pełnych wewnętrznej krytyki, gdzie jednak w dniu wyborów wyborcy niekonsekwentnie głosują na starego gospodarza, jakby nad nim rozpięty był niewidzialny parasol ochronny – parasol psychicznej niezdolności zagłosowania przeciw niemu. Wyciągają stąd wniosek, że jeśli gdzieś wieloletniego gospodarza gminy usunięto, to ktoś taki parasol zwinął, a czynniki wspierające go obrócił zdecydowanie przeciw niemu (na przykład zakonspirowana dawna sieć ormowców, która skutecznie oczerniała jego przeciwników jako „oszołomów ziejących nienawiścią”, nagle zaczęła gadać odwrotnie, że „czas starego szefa już minął”).

 Oczywiście w rzeczywistości sytuacja polityczna rzadko przedstawia czysty wzorzec obywatelski lub spiskowy, one mieszają się ze sobą. „Spiskowcy” zazwyczaj dołączają do grupy autentycznie niezadowolonych obywateli.

 Spiski zaś nie zawsze się udają. Niełatwo je przeforsować. Czasem trzeba nawet ściągać telewizję, żeby ostatecznie pogrążyć człowieka, jakby jego uczynki znane w okolicy same w sobie nie wystarczały do przezwyciężenia bezwładu decyzyjnego wyborców i ostatecznego przełomu wyborczego. Telewizja staje się potrzebna, by swą relacją tak mocno zawstydzić gminę poprzez ogólnokrajową kompromitację, by jednak zmieniła gospodarza gminy.

 Przy ocenie sytuacji w Miastkowie czy Łaskarzewie warto zauważyć, że nagły zryw wielu znienacka ośmielonych kandydatów (jak sądzę nieświadomych nawet momentu kiedy zasuflowano im sens startu w wyborach, jeśli niektórym z nich zasuflowano go), i obecność kontrkandydatów związanych z lewicą może wskazywać na plan zmiany władzy podjęty gdzieś poza gminą. Nie wierzę w to, że ta rozgrywka wyborcza była przypadkowa, bo znam brak zmysłu samoorganizacji Polaków, i dlatego sekwencja wydarzeń wygląda mi na realizację socjotechnicznego planu ludzi zaznajomionych z arkanami władzy. Tak jakby chciano zdjąć ze stanowisk ludzi, którzy przestali być wygodni, i w kontrolowany sposób zastąpić ich.

  Skąd ta myśl?

  Jest tak, że jeden z kandydatów, którzy przeszli do drugiej tury wyborów w Miastkowie ale wójtostwa nie wygrał, jest bliskim przyjacielem pana Jerzego Duchny, byłego dyrektora L.O. Piłsudskiego i członka Wspólnoty Powiatowej.

 Przypomnę w związku z tym zdumiewający fakt. W Żelechowie rządził wiele lat burmistrz, który przy powstawaniu Wspólnoty Powiatowej wstąpił do niej, ale po głębszym jej poznaniu – wystąpił z niej. Kiedy potem okazało się że w oświadczeniu majątkowym popełnił błąd – został uznany winnym przestępstwa. Rok temu wygaszono mu mandat.

  Po czym wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski z PO mianował komisarzem wyborczym w Żelechowie właśnie pana Jerzego Duchnę!

  Moim zdaniem nie miał on dobrych kwalifikacji (jest fizykiem, a nie np. prawnikiem) i nie jest bezstronny (członkostwo Wspólnoty Powiatowej), tak jak powinien być bezstronny komisarz. Doprowadził w Żelechowie do odkrycia i nagłośnienia przez media sprawy „niegospodarnego”  posługiwania się telefonami komórkowymi przez pracowników byłego burmistrza, za co otrzymał od urzędników z żelechowskiego magistratu pseudonim „Columbo”. Wieloletni burmistrz Żelechowa i jego współpracownicy stracili wpływy i władzę, a nowa pani burmistrz wybrana rok temu - w tegorocznych wyborach nie miała żadnego kontrkandydata. O ile mi wiadomo, jest współpracownikiem Wspólnoty Powiatowej. Jeśli zastosować do oceny tych wydarzeń zasadę „Cui bono?” (Kto skorzystał?) – to okaże się, że na wszystkim tym skorzystała Wspólnota Powiatowa, która jawi się jako faktyczne, choć ze względów taktycznych niejawne, przedłużenie PO na powiat garwoliński. PO, która przejęła funkcję partii postkomunistycznej pod tym względem, że reprezentuje linię polityczną organizatorów Okrągłego Stołu, słucha postpeerelowskiego establishmentu, a jest wspierana przez TVN.

   Oczywiście to są tylko moje spekulacje zbudowane na medialnych strzępach informacji i mojej gorzkiej – od 13 grudnia 1981 - wiedzy o ludziach, którzy prawie nigdy sami z siebie inicjatywy podjąć nie umieją.

 Ja ani nie pochwalam, ani nie potępiam tu sterowania ludem, tylko stwierdzam, że widzę poszlaki jej stosowania.

  Naturalnie nie ma nic dziwnego w udzielaniu odgórnej pomocy partyjnej członkom partii z małej gminy.

 Źle, jeśli uczestniczą w niej ludzie, którzy winni być bezstronni; wojewoda rozsądzający spory administracyjne; policja zaznajomiona z ciemnymi sprawkami swej społeczności i mająca dostęp do sieci konfidentów; telewizja, co powinna być krytyczna jednakowo wobec każdego zła.

 Bezwzględnym przeciwnikom takiego sterowania chcę przypomnieć, że spontaniczna demokracja potrafi być straszna. A bezwzględnym jej zwolennikom – że wiele jawnie skandalicznych spraw na prowincji pozostaje bez reakcji najszerzej rozumianego nadzoru administracyjnego i politycznego, oraz czwartej władzy (tv), jakby ta elita przyzwalała na lokalne rządy prowadzone zgodnie z zasadą „po nas choćby potop”. 

Andrzej Dobrowolski