16 listopada 2018r. Imieniny: Edmunda, Marii, Gertrudy
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Wspomnienie księdza Jerzego Popiełuszki - wspomina Go Krzysztof J. Żochowski

W 1983 roku podjąłem studia na I Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Były to trudne czasy panowania reżimu komunistycznego. Świeżo po „odwieszeniu” stanu wojennego. Pamiętam przytłaczającą atmosferę szarości i beznadziejności tamtych czasów. Nakładała się na to również trudna sytuacja ekonomiczna spowodowana upadkiem nieefektywnej, socjalistycznej gospodarki.

Przejście ze szkoły średniej na wyższą uczelnię powodowało znalezienie się w zupełnie nowej sytuacji. Opuszczenie Garwolina, alienacja w nowym środowisku, zupełnie nowe absolutnie nieproporcjonalne, w stosunku do moich licealnych doświadczeń, obciążenie nauką.

Któregoś dnia, w tramwaju spotkałem Anię Rybacką, koleżankę z garwolińskiego harcerstwa, która studiowała już na V roku. Podzieliłem się z nią moimi kłopotami. Wtedy powiedziała mi, że w Kościele Świętego Stanisława Kostki na Żoliborzu odbywają się spotkania katechetyczne dla studentów Akademii Medycznej prowadzone przez słynnego kapelana  „Solidarności”, księdza Jerzego Popiełuszkę.

Udałem się tam w kolejny piątek. Od razu zostałem przyjęty do grona spotykających się tam studentów i pracowników służby zdrowia. Miejsce to było niezwykłe. Oaza wolnej Polski. Przede wszystkim niezwykłym człowiekiem był nasz kapelan. Charakteryzował się niezwykłą prostotą i bezpośredniością we wzajemnych stosunkach. Zawsze troskliwy. Pomimo ogromnego obciążenia własnymi problemami zdrowotnymi, ciągłymi prześladowaniami ze strony komunistycznych służb specjalnych starał się o uśmiech zawsze chciał nam pomagać w naszych drobnych życiowych problemach.

Pamiętam, że w piątki zajęcia kończyły się nieco wcześniej i do początku spotkań „U Kostki” miałem kilka godzin wolnego czasu. Dlatego przeważnie przyjeżdżałem nieco wcześniej. Któregoś razu podszedł do mnie. Zapytał się jak mi idzie na studiach. Opowiedziałem, o swoich problemach z jakimś kolokwium z anatomii, o dużym obciążeniu nauką w nowych warunkach. Gdy rozpoczęło się spotkanie, które rozpoczynaliśmy zawsze Mszą Świętą porosił aby dziś pomodlić się za najmłodszych studentów, którzy przeżywają swoje trudne chwile i nie mogą się odnaleźć w nowej sytuacji. Zrobił to bardzo ogólnie i delikatnie, tak, że prawdopodobnie tylko ja wiedziałem, że chodzi o mnie. Bardzo to przeżyłem. Było to w tym momencie bardzo ważne i potrzebne wsparcie. Poza tym On osoba sławna zwrócił uwagę na zabłąkanego studenta I roku...

Ksiądz Jerzy epatował dobrem. Zawsze starał się przygotować dla nas jakieś drobne prezenty. Czy to jednorazowe długopisy BIC – rzecz ówcześnie nie znana, czy pudełeczko witamin z „darów”. Do tej pory przechowuję sztruksową kurtkę z darów, którą mi ofiarował mówiąc: „na ciebie będzie dobra”. Służyła mi przez wiele lat studiów.

Na spotkaniach u Księdza Jerzego poznałem wielu słynnych ludzi. Ze spotkania z mecenasem Andrzejewskim, późniejszym senatorem, pamiętam artykuł 166 kodeksu postępowania karnego. „Świadek ma prawo odmówić udzielenia odpowiedzi na pytanie, jeżeli udzielenie odpowiedzi mogłoby narazić na odpowiedzialność karną jego, lub osobę dla niego najbliższą”. Spotykając się w tym miejscu mieliśmy świadomość, że w każdej chwili możemy być nękani przez Służbę Bezpieczeństwa i trzeba się było na taką ewentualność przygotować. Przez nasze spotkania przewinęli się: profesor Kuratowska, ksiądz Czajkowski (aktualnie wiemy, że był tam w podwójnej roli – również jako kapuś SB)  i wielu innych.

Rytm miesięcy wyznaczały nam Msze za Ojczyznę odprawiane przez Księdza Jerzego. Często na spotkaniach, jakby mimochodem zwierzał się z szykan stosowanych przez Służbę Bezpieczeństwa. Widać było taką zwykła ludzką obawę, ale również determinację, by dzieło rozpoczęte dokończyć i nie odejść, nie schronić się w bezpieczniejsze miejsce.

Pamiętam pierwszy piątek w październiku 2004r. Byłem już na drugim roku. Zmienił się plan zajęć. W piątki mieliśmy biochemię w budynku farmacji, przy ulicy Banacha. Zajęcia przedłużyły się. Oceniłem, że nie mam już szans dojechać na drugi koniec miasta, na spotkanie. Cóż spotkamy się za tydzień - pomyślałem. Już nigdy się nie spotkaliśmy.

Krzysztof Jan Żochowski