22 listopada 2018r. Imieniny: Cecylii, Marka, Maura
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
O pseudo-argumencie za partaczami

          Wśród mądrości krążących wśród Garwolaków pojawiła się ostatnio także i taka, że dobrze się dzieje, gdy burmistrz zleca wykonanie prac publicznych rodzimym firmom.

          „Skoro ktoś ma zarobić na wybudowaniu drogi, to lepiej żeby zarobili nasi sąsiedzi, no nie?” – mówią nam garwolińscy filozofowie-sofiści krążący po ulicach, i gadający jak najęci. „ - I dlatego należy spojrzeć z aprobatą na powierzenie budowy drogi rodzimej firmie, bo to jest ochrona miejsc pracy sąsiadów, to jest wspieranie swojego regionu!”  Rozmówcy często bezmyślnie poddają się temu „argumentowi” zapominając o tym, że natura ludzka jest zła, i prawdziwy powód preferowania „swojaków” jest najczęściej zupełnie inny, oj, zupełnie niechwalebny.

          Ale ja wrócę do tej tezy, jakby była wypowiedziana w dobrej wierze.

          O co chodzi w inwestycji budowy drogi? O budowę drogi. Ona ma służyć kierowcom i pasażerom. Warto powtórzyć sobie tę najoczywistszą oczywistość, żeby nie dać się zagadać. Pierwszoplanowym zadaniem burmistrza jest wybudowanie dobrej drogi.

          Firma wynajęta do pracy powinna mieć przede wszystkim dobre referencje. Przepraszam za banał – w Garwolinie mamy firmy dobre i złe, i tak samo poza Garwolinem działają firmy dobre i złe. Toteż preferencja dla firmy garwolińskiej mogłaby być zrozumiała tylko przy rozpatrywaniu ofert dwóch równie dobrych firm – garwolińskiej i niegarwolińskiej.

          Dla wygody samego burmistrza – jeśli jest uczciwy – lepsza jest firma z daleka. Jeśli bowiem coś sknoci, to bez skrupułów można jej wstrzymać wypłatę za pracę, albo zmusić do naprawy gwarancyjnej, albo podać do sądu. Jeśli zaś jest to firma – powiedzmy na przykład – brata, to egzekwowanie tych należności jest przykre dla samego burmistrza.

          No i dlatego, że w naturze ludzkiej tkwi sprzeczność między ekonomią rodzinnej i sąsiedzkiej zgody a koniecznością twardej obrony interesu swego lub publicznego, powstało powiedzenie „Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, bo w interesach – to już nie.” Malarz malujący cioci mieszkanie musi zagryźć zęby i ustąpić, gdy zażyczy ona sobie nowego malowania – „oczywiście” bez dopłaty – bo efekt malowania jej się nie podoba. Albo odwrotnie – ciocia musi ustąpić bratankowi, jeśli źle pomalował mieszkanie, żeby nie zburzyć rodzinnej zgody. Ustępuje ten, kto ma słabszą osobowość. Tupeciarze górą.

          Tak jak lepiej do malowania wynająć przede wszystkim dobrego, choćby obcego malarza, tak do zadań publicznych – przedsiębiorstwo, któremu odważnie można stawiać wymagania.

          Nie wierzmy więc w pseudo-argument o zlecaniu zadań publicznych sąsiadom – niezależnie od tego czy są porządni, czy nie - jako wyrazie troski władzy o lokalną przedsiębiorczość. Nie bądźmy naiwni.

Andrzej Dobrowolski