26 września 2018r. Imieniny: Justyny, Cypriana, Euzebiusza
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Jacek Tyliński o Powstaniu Warszawskim

                 Odpowiedzialność za wywołanie Powstania Warszawskiego 1 VIII 1944 r.

                                                           

Od dłuższego czasu trwają nowe ataki w mediach na gen. „Bora” Komorowskiego jako odpowiedzialnego za pochopną (?) lub błędną decyzję o rozpoczęciu akcji „Burza” w Warszawie 1 VIII1944 r.  Ostatnio w liście do redakcji Angory w nr 36/2017. Warto by ten temat podjąć, na bazie analizy ówczesnego położenia geopolitycznego.

Do dyskusji są wątpliwości co do bezpośrednich  przyczyn wybuchu Powstania Warszawskiego.

Sprawa ta powinna być rozpatrywana przez historyków w szerszym kontekście odpowiedzialności politycznej, a nie tylko w zakresie aspektów wojskowych i z uwzględnieniem wpływu zamachu na Hitlera w dn. 20 VII 1944 r. na plany Komendy Głównej Armii Krajowej. Przecież wtedy – 21 VII 1944 r. z dnia na dzień i Rząd RP i KG AK zmieniły zdanie co do celowości i szans powszechnego powstania w Warszawie i realizacji planu „Burza” także w inspektoratach AK położonych wzdłuż Wisły od Modlina do Sandomierza. Sprawa ta jest raczej pomijana w publikacjach historycznych nt. akcji „Burza” w Polsce. Zaskakujące jest, że zamach von Stauffenberga wywołał też nagłe przyśpieszenie działań J. Stalina w sprawie polskiej: następnego dnia po tym  zamachu KRN powołuje PKWN! To było kolejnym bodźcem do nacisków na gen. „Bora” celem przyśpieszenia powstania, zarówno ze strony części członków KG AK, jak i Delegata Rządu RP na Kraj, a także pewnej presji pośredniej ze strony premiera Rządu RP, wyrażającej się w potwierdzeniu zgody na „Burzę” w W-wie i sugestii o możliwości politycznego porozumienia ze Stalinem.

Moje przekonanie o wpływie zamachu Stauffenberga na wybuch Powstania Warszawskiego wypływa z tego, że swego czasu historyk wojskowości płk Stefan Jellenta[1]  powiedział mi, że jego zdaniem, opartym na rozmowie z gen. Tatarem najbardziej istotną przyczyną zmiany zdania polskiego rządu oraz KG AK (i gen. „Bora” osobiście) o przeprowadzeniu akcji „Burza” w W-wie był zamach na Hitlera 20 VII 1944 r.

Jeszcze 14 lipca 1944 r. w swej opinii przesłanej do Rządu RP gen. ”Bór” negatywnie ocenił szanse powodzenia. powszechnego powstania w Warszawie ze względu na brak broni i poczynione przez Niemców przygotowania dla obrony. Jednakże w dn. 21 VII, czyli w dniu następnym po zamachu na Hitlera, zarówno premier rządu  RP jak i gen. „Bór” (niezależnie od siebie) zmienili zdanie[2] co do realizacji planu „Burza” w Warszawie. Pucz i zamach uznano za okazję. Wzięto zamieszanie po nim  za kryzys i oznakę rozkładu Rzeszy, Wehrmachtu i za przesłankę do rozpoczęcia jednak „Burzy” w W-wie, dodatkowo uzależniając to wszakże od jakiejś umowy ze Stalinem, lub ew. taktycznego porozumienia z dowództwami frontów Armii Czerwonej.

Pomimo tego sceptycznie do „Burzy” w W-wie ustosunkował się Naczelny Wódz PSZ gen. Sosnkowski, a wręcz wrogo gen. Anders. Gen. Sosnkowski uzależniał zgodę na wybuch powstania w mieście od odpowiedniego porozumienia ze Stalinem. Ponieważ gen. „Bór” uzyskał zgodę przebywającego wtedy w Moskwie premiera Mikołajczyka na przeprowadzenie planu „Burza” w Warszawie, sądził że porozumienie nastąpiło lub nastąpi. Przebieg realizacji planu „Burza” we wschodniej Polsce aż do linii Wisły nastawiał optymistycznie co do współpracy wojskowej bezpośrednio na froncie. „Burzę” realizowano pomyślnie bez dużych strat w ludziach. W chwili podejmowania decyzji o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego Armia Czerwona dotarła do Kanału Żerańskiego, zdobyła Marki, Strugę, Radzymin, trwały walki o Anin, czołgi pojawiły się na Zaciszu, trwały walki o przyczółki na lewym brzegu Wisły: pod Baranowem, Kazimierzem,  Puławami, Dęblinem, Magnuszewem i Świdrach M!  Patrol pieszy zaobserwowano nad Wisłą na Żeraniu.

Internowania po walkach m. in. o Wilno to sprawa odrębna, która miałaby zniknąć po spodziewanym porozumieniu Stalina z Mikołajczykiem, Mający doświadczenie z negocjacji w Moskwie gen. Anders nie wierzył Stalinowi, ale nie miał wpływu na gen. „Bora” i Delegata Rządu RP w kraju.

Z analizy przebiegu akcji „Burza” na terenach przedwojennej Polski przed Powstaniem wynika, że oddziały AK wkraczały do akcji na dzień, dwa przed nadejściem Armii Czerwonej – bez uprzedniego porozumienia -  i zgłaszały swe pozycje oraz zamiar dalszej walki lokalnemu dowódcy Armii Czerwonej. Zgłaszały się też lokalne władze cywilne podporządkowane Delegatowi Rządu  na Kraj. Działo się tak we wszystkich większych miastach: Wilnie, Lwowie, Grodnie, Chełmie, Lublinie, Przemyślu. W niemal wszystkich przypadkach oferta dalszej wspólnej walki była przyjmowana pozytywnie i realizowano współdziałanie na szczeblu taktycznym. Po zakończeniu walk – w przypadku części 28 DP AK – doszło do rozbrojenia oddziałów i propozycji wstąpienia do LWP (część żołnierzy AK przyjęła propozycję, większość szarż odmówiła, tłumacząc się brakiem porozumienia z dowództwem i Rządem RP). Podobna sytuacja miała miejsce w Okręgu Wileńskim AK, a na dzień przed Powstaniem – także w Lubelskim. Jednakże rozmowy w Moskwie dawały nadzieję, że w Warszawie sytuacja ta się nie powtórzy pod naciskiem aliantów zach., na co liczyli zarówno premier Mikołajczyk, jak i dowództwo AK (tylko Anders wiedział lepiej).

Powstanie Warszawskie jest dla mnie sprawą osobistą – urodziłem się 8 IX 1944 r. na powstańczym Mokotowie w schronie na ul. Odolańskiej 21, gdzie utworzono zaimprowizowaną  „cywilną” izbę porodową na czas Powstania. Moja najbliźsza rodzina przeżyła Powstanie w Warszawie[3]. Po kapitulacji Mokotowa znaleźliśmy się w Dulagu w Pruszkowie.

 

Jacek Tyliński

 

[1])  legionista (1899-1991), w latach 1935-39 i po 1956 r. naukowy Wojskowego Instytutu Historycznego, spotykaliśmy się w latach siedemdziesiątych na imieninach mojej ciotki – żony i bratanicy Powstańców, która przeżyła Powstanie Warszawskie wprawdzie jako dziecko, ale utrzymywała kontakty zarówno z powstańcami, jak i środowiskiem oficerów przedwojennych, działają społecznie na rzecz tych środowisk,

[2] Podstawą do zmiany zdania przez gen. „Bora” mogły być m. in. informacje pozyskane przez agentkę wywiadu AK Teodorę Żukowską, austro-węgierską arystokratkę z pochodzenia (hrabianka siedmiogrodzka po ojcu i wnuczka feldmarszałka po matce oraz pasierbica legionisty i majora WP ponadto żona oficera rez. WP i AK - kuzyna generałowej Sosnkowskiej i dalekiego krewnego Marsz. Piłsudskiego). Zataiwszy małżeństwo z Polakiem zawarte we wrześniu 1939 r. została zatrudniona pod panieńskim nazwiskiem w urzędzie gubernatora dystryktu warszawskiego dr L. Fischera (z polecenia SS-obersturmbannfuhrera dr Kaha - szefa SD na dystrykt warszawski - prawdopodobnie jako jego potencjalna wtyczka w urzędzie gubernatora), która miała dostęp do wielu poufnych i konfidencjonalnych informacji z całego dystryktu z racji snobizmu urzędników na znajomość z arystokratką z Wiednia. Przed swą ewakuacją z W-wy przed Powstaniem przekazała informacje o panice i upadku morale wśród urzędników, SS-owców i wojskowych w W-wie po zamachu Stauffenberga i w związku z poszukiwaniami wspólników, znajomych i krewnych ludzi zamieszanych w wojskowy pucz, a także w związku z ofensywą marsz. Rokossowskiego docierającą do Bugu. Wiedziała też sporo o zamierzeniach obronnych i problemach z gromadzeniem odwodów. Może nawet były za optymistyczne. Podobne informacje uzyskano od żony oficera WP Ireny Chmielewiczowej (kuzynki SS-sturmbannfuhrera Waltera Stamma z warszawskiego SD), sekretarki w gestapo na Szucha, trudniącej się m. In. pośrednictwem w wykupywaniu z gestapo, kripo i SD różnych aresztantów w tym i AK-owców. Sprzedawała też informacje wywiadowi AK. Być może maczała palce w wykupieniu mojego ojca z kripo.

[3] Mój ojciec nie brał udziału w Powstaniu, gdyż w 1943 r. odniósł ciężkie rany głowy (przejechał go niemiecki pojazd wojskowy w toku ucieczki przed łapanką) i był niezdolny do służby, a ponadto został aresztowany na godzinę przed Powstaniem w warsztacie stolarskim brata mojej babci Zygmunta Dzierli, znajdującym się wówczas  na ul. Kazimierzowskiej 75, którego zabudowania przylegały do murów więzienia na Rakowieckiej. Zatrudnieni tam ludzie przeżyli tylko dzięki (wrednemu skądinąd) folksdojczowi treuhanderowi, który interweniował, że ci jego Polacy robią trumny dla Wehrmachtu i nie można ich tak od razu rozstrzeliwać. Treuhander był oswojony przez właściciela opowieścią o zasługach brata, poległego w 1916 r. pod Verdun jako podoficer armii kajzera i o trzech szwagrach na frontach (w tym o moim nieżyjącym już wtedy dziadku jako oficerze niemieckich wojsk kolejowych). Nie mógł tylko wspomnieć, że wszyscy trzej walczyli potem w Powstaniu Wielkopolskim.  Chyba podejrzewano, że z tego warsztatu może wyjść atak na więzienie mokotowskie. Plan wysadzenia muru więzienia od strony warsztatu i szturmu przez wyłom ponoć istniał – jak utrzymywała moja śp. mama, która też tam wtedy pracowała jako księgowa. Przechowywano tam przez pewien czas odpowiednie drabiny, ale - zapewne wskutek wzmocnienia ochrony kompleksu koszar na Rakowieckiej i braku odpowiedniej broni -z akcji zrezygnowano. Uczestnikiem tego ataku zapewne miał być Kazimierz Dzierla (pracujący tam brat właściciela - plut. AK, w 1939 pionier w 2 p. szwol.), zaginiony bez wieści w Powstaniu. Nie było go w tym warsztacie po południu 1 VIII 1944 r. Wyszedł rano na zbiórkę swego oddziału. Mamy też tam nie było, bo miałem się wkrótce urodzić. Nie mówiła mi wiele o swej działalności w konspiracji, ale jeszcze przed 1939 r. przeszła szkolenie sanitarne i brała udział w kampanii wrześniowej jako pracownica poczty i telegrafistka aparatu Hughesa dla Armii Poznań. Następnie uratował więźniów rozkaz SS-obergruppenfuhrera von dem Bacha o zaprzestaniu masowych egzekucji w W-wie. A w końcu wachman z ukraińskiego oddziału Diaczenki (b. kontraktowego mjr dypl. w WP) wypuścił m. in. mojego ojca na wolność za łapówkę. 

 

[4] czyli stanu, który najprawdopodobniej był znany KG AK w chwili wydania rozkazu o wykonaniu „Burzy” w Warszawie.

 

.