16 lipca 2018r. Imieniny: Mariki, Benity, Dzierżysława
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
MEDEA

 Przypominamy dziś grecki mit o wyprawie po złote runo - ujęty w dramat przez Eurypidesa - w opracowaniu Tadeusza Zielińskiego ("Starożytność bajeczna"). Pod nim - kilka słów komentarza o powadze przesłania zawartego w micie.

                                                                                                                           A. Dobrowolski

 

Jazon i Medea

 

http://www.czasgarwolina.pl
































 Król Ajetes, syn Słońca, siedział w swym wspaniałym pałacu na składanym krześle, pokrytym skórą rysią; obok po prawej stronie siedziała jego młodsza siostra Medea, po lewej - syn Apsyrtos. Syn jasnego boga był ponury jak noc. Był to zresztą zwykły nastrój Ajetesa od czasu, gdy zięć jego Fryksos padł od jego zdradzieckiego ciosu, a starsza córka Chalkiope, skazana na wczesne wdowieństwo, nie wychodziła ze swego zamknięcia. Lecz tego dnia przekonał się, że i młodsza córka nie chce mu być powolna: odrzuciła narzeczonego, którego ojciec wyszukał jej w Kolchidzie. Nie mógł jej zmusić, gdyż się jej lękał, lękał się zaś dlatego, że była czarodziejką. Będąc ulubienicą swej zmarłej matki, jeszcze jako dziewczynka poznała wszystkie tajemnice czarodziejskiej nauki: na jej rozkaz księżyc przerzucał swoje drogi niebieskie, wiatry uśmierzały swój gniew, a nieboszczycy wstawali z grobów.

 Wszyscy milczeli, a przykrą ciszę przerywał tylko brzęk podawanych potraw i plusk wina w kubku króla. Nagle rozległ się hałas przed pałacem od strony rynku; wkrótce potem wszedł sługa, oznajmiając, że goście z Hellady pragną dostać się przed oblicze królewskie. Ajetes niechętnie skinął głową.

 Po pewnym czasie rozwarły sie szeroko podwoje pałacu: wszedł młodzieniec o boskiej powierzchowności z berłem herolda w rękach, a za nim jeszcze czterej o podobnym wyglądzie. Czarne oczy Medei rozbłysły. Najpierw pomyślała, że to powstał z martwych syn Chmury; potem sądziła, że to Hermes, spostrzegłszy laskę z wężami, o której kiedyś opowiadał jej Fryksos. Lecz uwaga młodzieńca była skierowana wyłącznie na króla; zbliżywszy się pochylił z szacunkiem głowę i podniósł prawa rękę na znak powitania. Reszta poszła za jego przykładem.

- U nas w Kolchidzie, pada się przed królem na twarz - zaczął nieuprzejmie Ajetes - ale wy, hardzi Hellenowie, nie możecie sie na to zdobyć, wiem o tym. Ktoś ty więcej i czego ci potrzeba od barbarzyńcy?

 Jazon skromnie i uprzejmie wyłożył polecenie Peliasa, nie zapomniawszy podkreślić greckiego pochodzenia złotego runa; widząc zaś, że nad siwymi brwiami króla nabrzmiewa żyła z gniewu, dodał:

- My, Argonauci, nie jesteśmy ani rozbójnikami, ani żebrakami; nie chcemy ciebie ani okraść, ani prosić o jałmużnę. Chętnie wysłużymy runo; jest nas pięćdziesięciu silnych i śmiałych młodzieńców; jeżeli cie niepokoją sąsiedzi, jeżeli potrzebny ci jest jakiś inny czyn, rozkazuj, a my spełnimy wszystko.

 Na te słowa serce króla zabiło niespokojnie. Pięćdziesięciu młodzieńców, i do tego Hellenów ... i to jeszcze takich, jak on sam! O, to potęga! Nie zdradził jednak niepokoju i odpowiedział, starając się mówić tonem uprzejmym:

 - Sąsiedzi moi żyją ze mną w spokoju, a jeżeli mi jest potrzebny jakiś czyn wojenny, mam na usługi pięć tysięcy młodych Kolchijczyków: wasza pomoc jest dla mnie zbyteczna. Mógłbym ci i tak podarować runo, z szacunku dla twej sławnej ojczyzny; żebyś się jednak nie obraził, postawię mały warunek. W oborze stoi para byków; zaprzęgnij je do pługa i zaoraj pas ziemi, który ci jutro pokażę. Jest to robota na jeden dzień; a pojutrze możesz pójść po runo.

Jazon nie spodziewał się takiej łaski; zmieszany zaczął królowi dziękować. Gdyby spojrzał choć z ukosa na Medeę, zobaczyłby, że pobladła ze strachu; lecz on patrzył tylko na króla.

- Ty nas jeszcze nie znasz - odrzekł ten dwuznacznie, z udana dobrodusznością. - a teraz przedstaw mi swoich towarzyszy i skosztujcie naszego chleba i soli.

 Przeniesiono dla Argonautów stoły i krzesła, i goście się rozsiedli. Medea sama nalała Jazonowi wina do kubka; dzban drżał jej w rękach. Król wypytywał młodzieńca o przygody: ten opowiadał szczerze o wszystkim, nie wiedząc, że z każdym opowiedzianym czynem staje się Ajetesowi bardziej nienawistny. Wreszcie zapadła noc i wszyscy się rozeszli. Towarzysze Jazona poszli na okręt; dla niego samego przygotowano pokój w domu gościnnym na dziedzińcu królewskim.

 Wszedłszy do siebie Jazon otworzył okiennicę; nad góra wschodził księżyc; w ogrodzie śpiewały słowiki, całe powietrze przesycone było wonną wilgocią wiosny. Czy mocne wino królewskie go odurzyło, czy uroki wiosenne, czy tez sie rozmarzył pod wpływem własnych opowiadań - ale mysli jego wróciły do przeszłości. Zapomniał o królu, o czekającym go nazajutrz trudzie i zasnął.

 Przyśnił mu się dziwny sen. Błękitne fale, zielony brzeg, purpurowa zorza nad daleką górą. Na zielonym brzegu w trawie siedzi wśród kwiatów piękna kobieta. Lecz jaśniej od kwiatów błyszczą dwie złote główki dziecięce, płoną dwie pary ust dziecięcych, tu w trawie, u stóp pięknej kobiety. I oto zdaje mu się, że te usteczka go wzywają; chce pogłaskać te główki, lecz ktoś odpycha jego rękę, i usteczka szepczą żałośnie: nigdy, nigdy ...

 Nagle usłyszał ciche pukanie, i głos kobiecy zawołał cicho: - Jazonie! Obudził się: księżyc przez otwartą okiennicę zalewał pokój przezroczystym światłem. Pukanie powtórzyło się, wołanie również. - Dziwne obyczaje panują w tym domu! - pomyślał, ale odpowiedział: - Jeśli przychodzisz z czymś dobrym, to wejdź!

  Drzwi otworzyły się cicho i weszła staruszka.

- Królewna woła cię do gaju Hekate; ubieraj się natychmiast, zaprowadzę cię tam. Chodzi o życie twoje i twojej drużyny.

 Jazon usłuchał. Gaj Hekate znajdował się na wzgórzu wznoszącym się nad miastem. Pod dwiema ogromnymi topolami stał straszny posąg bogini: przed nim był ołtarz, na którym dopalały sie resztki ofiary. Ujrzawszy Jazona Medea natychmiast wyszła mu na spotkanie.

 - Witaj, gościu, i nie dziw się: straszne niebezpieczeństwo, które ci grozi, zmusiło mnie do przekroczenia granic wstydliwości dziewczęcej. Co myślisz o warunkach postawionych ci przez króla?

- Byłem zdumiony jego łaskawością. Lękałem się, że albo odmówi mi zupełnie, albo w najlepszym razie pośle mnie do walki z pięciotysięcznym wojskiem.

- Gdyby cię posłał do walki z pięciotysięcznym wojskiem, byłoby to łaską w porównaniu z tym, czego żąda od ciebie.

- Ależ królewno! Zaprząc byki i zorać pole? Przecież u nas, dzięki Demetrze, umie to każdy wieśniak!

- Tak? Ale jeżeli są to byki Słońca? Jeżeli maja spiżowe kopyta, a ze spiżowych nozdrzy leje się płomień?

Jazon spuścił głowę. Niech będzie, co ma być. - odpowiedział cicho - Podjąłem się wykonania tego - nie chcę być tchórzem.

 Medea spojrzała nań ze współczuciem. Był taki piękny ze swym skromnym, lecz stanowczym postanowieniem!

- Posłuchaj, co ci powiem. Niedaleko stąd, nad piaszczystym brzegiem morskim zwisa owa skała Kaukazu, do której na rozkaz Zeusa Hefajstos przykuł Prometeusza. Co rano olbrzymi orzeł przylatuje, by szarpać wątrobę Tytana; co zjada w nocy, odrasta w dzień. Krew płynie z rany, czerwieni skałę i wysycha na niej. Ale niekiedy, bardzo rzadko, wiatr przeniesie kroplę krwi dalej, i spada ona na piasek morski. Wówczas Matka-Ziemia z tej kropli krwi wnuka wydaje na świat dziwna roślinę. Wznosząc się na łokieć, rozkwita ona złocistym kwiatem szafranu, a korzeń jej jest podobny do świeżo odciętego, żywego i drgającego mięsa. Umywszy sie w siedmiu wodach, wezwawszy siedem razy Hekate, śmiałek musi wyrwać cudowną roślinę, doczekawszy się czarnej, bezksiężycowej nocy. Ziemia ryczy, Tytan jęczy: kto sie lęka, nie wróci już żywy. Kto zaś bez drżenia wyrwie korzeń i po wysuszeniu i roztarciu go zrobi z niego maść czarodziejską , tego na ochroni od sztyletu i ognia ...

- Cudowny jest wasz kraj! - odpowiedział Jazon ze smutkiem. - ale cóż mi z tego? Nie mogę czekać aż do nowiu; nie zdobędę więc czarodziejskiego ziela!

Medea wyciągnęła doń rękę:

- Masz je!

Jazon spojrzał z zachwytem na swą zbawczynię: na jej surowych ustach igrał łagodny uśmiech. Dopiero teraz zauważył jaka była piękna.

- Spełnisz swój czyn i zdobędziesz runo - mówiła dalej. - A teraz żegnaj: świt jest już bliski. Z runem śpiesz na okręt; kiedy wrócisz do domu, wspomnij czasem Medeę: Medea to ja ...

 Chciała odejść; lecz Jazon przypadł jej do stóp. - Nie królewno! Odjadę, lecz z tobą. Nie możesz dłużej pozostawać tutaj, wśród tych dzikich i złych ludzi; miejsce twoje odtąd jest w Helladzie. Tam są uśmiechy, tam jest szczęście; wierzaj mi, tylko tam ludzie umieją kochać!

 Nocny wiatr szumiał w gałęziach topoli; szemrały liście, a przez ten cichy szmer przebijał się jak gdyby dziecinny głos: nigdy, nigdy!

 Medea stała jak urzeczona. - Wiem, żem skazana - rzekła. - Ojciec nie przebaczy mi nigdy pomocy, której ci udzieliłam. - przez pewien czas walczyła jeszcze ze sobą, utkwiwszy wzrok w dopalających się na ołtarzu resztkach ofiary; potem chwyciła Jazona stanowczym ruchem za rękę i zbliżyła się z nim do świętego ognia.

- Przysięgnij mi na imię tej strasznej bogini, że będziesz mnie miał w Helladzie za prawowita małżonkę i matkę twoich prawowitych dzieci, i nie porzucisz mnie w żadnym wypadku!

 Jazon przysiągł.

- Odtąd jesteśmy mężem i żoną: pamiętaj o przysiędze! Teraz rozstańmy się na krótko, a potem połączymy się na zawsze.

... Kiedy Jazon wszedł nazajutrz do pałacu królewskiego, Ajetes już na niego czekał. - Późno wstałeś rycerzu - rzekł. - Mam nadzieję, że nikt cię nie niepokoił we śnie. Chodźmy jednak. - Pokazał mu kawał ziemi, który trzeba było zaorać, oraz stojący w pogotowiu pług, a potem poprowadził go do obory. Była ona kamienna, a ogromne drzwi były z czystej miedzi. Król oddał Jazonowi klucz. - Wszystko co potrzeba, sam znajdziesz; ja nie mam czasu. A więc do wieczora! - dodał ze złym uśmiechem i odszedł.

 Nie bez trudu otworzył Jazon ciężkie drzwi; sam ich skrzyp mógł napełnić trwogą serce człowieka nieprzygotowanego. W oborze było ciemno, tylko w jednym rogu płonęły jakby dwie pochodnie, Jazon zrozumiał, że były to pyski potworów.  Zbliżył się do nich. Rozległ się podwójny głuchy ryk, a płomień stał się jeszcze jaskrawszy. Przy jego purpurowym świetle rycerz zobaczył łańcuch miedziany zwieszający się z gwoździa; pochwycił go lewą ręką i podszedł jeszcze bliżej. Wówczas byki, dotąd leżące, podniosły się, rzuciły się nań, i wypuściły snopy płomieni. Ale płomień nie dotknął mu skóry, rozdwajał się przed nim i znów się łączył za jego plecami. Gdyby ktoś spojrzał teraz na niego z boku, zachwyciłby się mimo woli, widząc go otoczonego jakby fontanną ognistą wśród głębokich ciemności obory. Świadomość, że czary Medei działają, podniosła odwagę Jazona. Schwyciwszy pierwszego byka za rogi, usiłował go związać miedzianym łańcuchem. Długo mu się to nie udawało; byk sie wyrywał, stawał dęba, usiłując uderzyć go miedzianym kopytem, rzucając nań fontanny ognia; Jazon ustępował gdzie trzeba było, pragnąc oszczędzać siły i czekając, kiedy przeciwnik zużyje swoje. Wreszcie potwór się uspokoił, wyczerpawszy zapas sił i ognia. Z drugim było już mniej roboty; widocznie przykład towarzysza zrobił na nim wrażenie. Związawszy oba byki, zaprzągł je do jarzma; ukrócone, już się nie opierały i wypełniły żądaną pracę.

 Zaprowadziwszy je z powrotem do obory, Jazon wrócił do pałacu. Ajetes mało nie spadł z krzesła, gdy rycerz, żywy i cały, stanął przed nim z kluczem w rękach. - Zadanie spełnione - rzekł spokojnie. - A więc jutro mogę udać się do smoczego gaju po runo? - Oczywiście, jutro. - odrzekł król, rzucając gniewne spojrzenie na siedzącą przy nim córkę; - A teraz pokrzep się i udaj się na spoczynek.

 Idąc do siebie, Jazon był świadkiem dziwnego widowiska. Było ciemno; księżyc nie zdążył jeszcze wzejść. Nagle ze strażnicy nad murem dziedzińca królewskiego podniósł się oślepiający słup ognisty, postał kilka chwil rozsypując się w miliony iskier i równie szybko zgasł. Co by to mogło znaczyć? Długo jednak nie mógł o tym myśleć, praca z bykami nader go zmęczyła, tak iż od razu zasnął mocnym snem.

 Obudziło go znów pukanie do drzwi. Tym razem była to już sama Medea. - Śpiesz się - rzekła do niego - Chodźmy zdobywać runo. - To jutro - zauważył Jazon. - Nie jutro, tylko zaraz: mamy do rozporządzenia tylko tę jedną noc. Król zwołał wojska ognistym sygnałem, chce spalić waszą Argo i wyciąć cała waszą drużynę, a ciebie wysłać jako niewolnika do kamieniołomów ... Będzie trochę zwłoki - dodała cicho - ale nie dalej jak do jutra.

 Wyszli na dziedziniec zalany światłem księżyca w pełni. Biała fasada pałacu rysowała się wyraźnie. Jazonowi wydało się, że dochodzą stamtąd żałosne krzyki i płacz. Tak - powtórzyła złowieszczo Medea - będzie trochę zwłoki ...

 Jazon zauważył dopiero teraz, w świetle księżyca, że jej rysy były jakby skażone; gdzież się podziała jej wczorajsza uroda? - Medeo - zapytał - cóż to za czerwoną kroplę masz nad prawą brwią? - Gdzie? Gdzie? - zapytała z przerażeniem i zaczęła mocno trzeć wskazane miejsce. - Czy zeszła? - Nie, jest jeszcze jaskrawsza. - Ręka jej opadła umilkła.

 W głębokim milczeniu przeszli do gaju na górze. Tworzyły go odwieczne dęby; lecz w samym środku rósł jeden, dwa razy wyższy od innych. Panował tam mrok, a tylko przy pniu największego dębu widniały dwa purpurowe płomyczki. - To ogniste źrenice bezsennego smoka. - wyjaśniła królewna - a niżej owa blada zorza to właśnie złote runo.

 Jazon spojrzał i jakiś dziwny strach ścisnął mu serce, strach, jakiego nie doznawał od lat dziecinnych. Zza drzew wyglądały jakieś postaci, to groźne, to błagalne; nawoływały się jakieś głosy ochrypłe, ni to ludzi, ni to straszydeł. Jazon stanął i zasłonił oczy ręką.  - Ależ rycerzu - szepnęła Medea z wyrzutem, odgadując jego stan - byli Słońca wstydzić sie będą swej uległości, jeśli zobaczą, że ich pogromca jest tchórzem!

 Jazon nie odpowiedział; nie chciał sie przyznać przed nią ani przed sobą samym, że choć straszne były i smok, i straszydła leśne, ale jeszcze straszniejsza była dla niego jego zbawczyni i jego ... żona.

Opanował jednak lęk i poszedł dalej. Smok zauważył ich od razu: podniósł głowę i utkwiwszy w nich swe ogniste oczy, zasyczał groźnie. - Puść mnie naprzód - rzekła czarodziejka. Mówiąc na głos zaklęcia, Medea podeszła do niego, trzymając naczynie z jakimś płynem. Smok, już gotowy do skoku, zaczął powoli opuszczać głowę, wreszcie począł pić. Widać było, jak purpurowy ogień źrenic stopniowo słabnął; ciemniał, ciemniał, wreszcie zgasł zupełnie.

- Zasnął, ale nie na długo - szepnęła Medea - bierz runo i chodźmy.

 Nie wracali już do pałacu i poszli wprost leśnymi ścieżkami nad morze, gdzie stała Argo, gotowa do podróży. Towarzysze byli już na miejscach, a tylko czterej, którzy chodzili do króla z Jazonem, stali na brzegu w pełnym uzbrojeniu. Niezmiernie ucieszyli sie na widok Jazona.

- Jużeśmy szykowali się do szturmu - rzekł Polideukes - widzieliśmy stąd sygnał ognisty, który nie wróżył nic dobrego. Czekaliśmy tylko na ciebie i na Linkeusa.

- A gdzież jest Linkeus? - zapytał Jazon.

- Poszedł na zwiady, czy wojsko na nas prędko napadnie. Otóż i on.

- Atak odłożono - oznajmił Linkeus z daleka. - Król nie ma czasu teraz myśleć o nas. Znalazł syna, Apsyrtosa, zamordowanego przy ognisku domowym, i teraz go opłakuje.

- O Apollinie! A któż go zabił?

- Przypuszczają, że jest to zemsta królowej Chalkiope za męża, Fryksosa, którego Ajetes zabił, kiedy narodziny Apsyrtosa dały mu następcę w prostej linii.

 Jazon spojrzał na Medeę; stała spokojnie, panując nad sobą całkowicie, lecz była blada jak trup; a kropla krwi nad brwią wydawała się jeszcze jaskrawsza na śmiertelnie bladym czole.

 Argonauci patrzyli na Jazona pytająco; czekali, że Medea odejdzie, i że będą mogli udać się w drogę. Jazon zaważył ich zdumienie: - Możemy płynąć natychmiast - rzekł - wszystko gotowe; mamy już runo, a żonę swą Medeę, zabieram oczywiście ze sobą.

- Żonę? - powtórzył Peleus ze zdumieniem - kiedy zdążyłeś się ożenić?

- Zeszłej nocy, przy ołtarzu Hekate.

- Hekate - powtórzył Orfeusz w zamyśleniu. - Bogini nie byle jaka. Winszuję.

- Winszuję - powiedział Peleus, a potem inni, lecz jakoś niechętnie. - Ale jeżeli ona ma z nami jechać, trzeba spuścić schodki; pójdę zarządzić.

 Uchwyciwszy się burty Argo, wdrapał się na pokład: za nim poszli towarzysze, zostawiając Jazona i Medeę samych. Oboje milczeli.

 Lecz zamiast schodków zszedł do nich inny towarzysz, Telamon. Najbliższy przyjaciel Heraklesa, był, podobnie jak tamten, prosty i popędliwy; Jazon lubił go szczególnie za jego szczerość.

- Jazonie, na dwa słowa ...

- Jazon zbliżył się do niego.

- Jazonie, widzisz sam, że my, twoi przyjaciele, nie pochwalamy twego pośpiesznego małżeństwa. Posłuchaj tedy naszej rady, póki nie jest za późno: odeślij barbarzynkę do ojca.

- Byłoby to z mej strony barbarzyńska niewdzięcznością - odparł Jazon z goryczą - bez jej pomocy nie zdobyłbym runa.

- W tych warunkach ta zdobycz nie ma znaczenia. Oddaj czarodziejce fatalne złoto i niech z nim wraca do Ajetesa.

- Nie mogę. Przysiągłem.

Bez słowa odpowiedzi Telamon wrócił na pokład; po kilku chwilach spuszczono schodki, po których weszła Medea, a za nią Jazon ze złotym runem. Wkrótce Argo ruszyła w powrotną drogę po zalanych księżycowym światłem zielonych falach Euksynu. Noc była cicha; Jazon i Medea rozłożyli się na pokładzie. Lecz rycerz długo nie mógł zasnąć: wraz z pluskiem wioseł słychać było płacz pogrzebowy w pałacu Ajetesa, a szumiący w linach wiatr wyraźnie szumiał smutne słowo: nigdy, nigdy.

 

Medea i córki Peliasa

 

                        http://www.czasgarwolina.pl

 Niewielką garstkę Argonautów dowiózł Jazon z powrotem do Jolkos; inni wyladowali tam, gdzie komu było wygodniej. Zresztą i ta garstka śpieszyła - każdy do swego kraju, wymawiając sie od gościny swojego wodza i przyjaciela pod różnymi wymówkami. Wymówki były różne, ale przyczyna jedna, i Jazon dobrze to wiedział.

Ajson i Alkimede (tak nazywała się matka Jazona) ucieszyli się serdecznie z powrotu syna, którego uważali za przepadłego; mniej serdecznie z nowej synowej, ale pogodzili się z nią, gdy Jazon opowiedział co dla niego zrobiła.

Opowiedział im wiele, lecz nie wszystko. Medea zachowywała się skromnie, pilnie doglądała starca, dogadzała świekrze, tak iż w końcu oboje ja polubili.

Przy pierwszej sposobności Jazon udał się do Peliasa ze swą złotą zdobyczą; - Spełniłem twe żądanie - rzekł - i ty spełnij swe zobowiązanie [że oddasz mi władzę].

Pelias podziękował młodemu bohaterowi, kazał odnieść runo do skarbca, co zaś do oddania władzy oświadczył, że uczyni to, ale potrzeba mu jeszcze trochę czasu na ukończenie rozpoczętych spraw. Jazon się zgodził, lecz czas ten przeciągał się w nieskończoność. Chytry Pelias podczas jego nieobecności przeciągnął na swoja stronę wielu jego zwolenników za pomocą pochlebstw i obietnic; teraz działał jeszcze skuteczniej, zapytując pozostałych, czy pragną mieć za królową barbarzynkę, i - jak powiadają - czarownicę. Niewielu godziło się na to. Tymczasem dorastał syn Peliasa, Akastos, i lud przyzwyczaił się widzieć w nim następcę tronu; jednym słowem, Jazon przekonał się, po wyprawie do Kolchidy, że jest bardziej oddalony od władzy, niż kiedy wrócił z groty Chejrona.

 Minęło kilka lat podczas których umarli Ajson i Alkimede, a Jazonowi i Medei urodzili się, jeden po drugim, dwaj piękni synowie. Dzieci zbliżyły rodziców, Jazon często radził się żony i zawsze był zadowolony z jej mądrych rad. Brała ona również żywy udział w jego staraniach o zdobycie tronu. Wiedział, że sama była główną przeszkodą, lecz właśnie dlatego uważała za swój obowiązek pomóc mężowi. - Barbarzynka, czarownica - mówiła do siebie - niech i tak będzie. Spełnię ich oczekiwania!

 Posiadając dar zjednywania sobie ludzi, zaprzyjaźniła się z córkami samego Peliasa. Tylko najmłodsza, Alkestis, jeszcze dziewczynka, stroniła od niej z obawą; trzy starsze chętnie ją odwiedzały i przyglądały się jej zajęciom gospodarskim. Wiedząc, że jest czarodziejką, prosiły ja o pokazanie im swej siły. Lecz Medea odmawiała. - Wcale nie jestem taka mądra - mówiła - Wasza Tesalia słynie ze swych czarownic, zwróćcie się do nich, są o wiele potężniejsze ode mnie. - Lecz Paliady nie dawały jej spokoju; tamte były wstrętne stare wiedźmy, których się bały.

- Cóż robić, pokażę wam jedną rzecz - powiedziała wreszcie Medea.  Rozpaliła wielki ogień i pozostawiła na nim trójnóg z głębokim, pojemnym kotłem. Napełniwszy go wodą wrzuciła weń garść potężnego ziela, które zeszłej nocy zerwała w sąsiednim lesie. Następnie kazała sprowadzić starego, słabego barana, zarżnęła go, wypuściła z niego całą krew, pokrajała mięso na części, i wrzuciła do wrzącej wody. Widać było, jak tę części napełniały sie sokiem żywotnym, robiły się świeże, zrastały ze sobą - wreszcie z kotła wyskoczył młody baran i z bekiem, w wesołych podskokach, pobiegł do obory.

 Peliady spojrzały na siebie zachwycone; - Medeo, najdroższa Medeo, przywróć młodość naszemu ojcu! Medea tylko tego chciała, tylko po to urządziła próbę z baranem. Lecz nie zgodziła się od razu, mówiąc, że to bardzo trudna sprawa; wreszcie postawiła pewne warunki; żeby czary odbywały się w nocy, w sypialni królewskiej, bez świadków postronnych, i żeby one same pokrajały ciało starca. Córki, uniesione miłością dla ojca i pragnieniem przywrócenia mu młodości, przystały na wszystko.

 Kiedy nadeszła wyznaczona noc, Medea, nie mówiąc Jazonowi ani słowa, poszła do tylnej furtki pałacu Peliasa; córki króla, zgodnie z umową, wpuściły ją tak, żeby jej nikt nie zauważył. W wielkiej komnacie był rozpalony ogień i stał największy trójnóg z kotłem pełnym wody. Medea wrzuciła do wody zwyczajnego ziela i rzekła do Peliad: Teraz kolei na was. - Sypialnia królewska była tuż obok i płonęła w niej lampka. Peliady poszły, nie rozległ się żaden krzyk ani jęk, zabiły starca od razu. Lecz nie mogły dokończyć strasznego czynu: - Idź teraz ty - powiedziały do Medei. Ale Medea oparła się temu, powołując się na umowę. Nieszczęsne musiały same dokończyć, co zaczęły. Blade, chwiejąc się na nogach ze zgrozy, stały przy kotle, czekając na cud. Woda wrzała, syczała, ale cud nie następował.  - Kiedy on ożyje? ... Czy ożyje? ...

- Nie wiem - odrzekła chłodno Medea - mówiłam wam, że to trudna sprawa ...

- Zbrodniarko! - krzyknęły Peliady - Tyś go zabiła!

- Nie ja - rzekła Medea i wyszła.

 Peliady rzuciły się w rozpaczy do brata Akastosa; po pałacu rozległy się krzyki. Rano na placu zebrał się lud. Akastos wyszedł, prowadząc mimowolne ojcobójczynie. Te, nie szczędząc siebie, przyznały się do wszystkiego, musiały więc iść na wygnanie. Nie oszczędzono jednak i Medei; nie pomogło to, że na jej własnych rękach nie było krwi. Lud żądał jej wydania, zamiast jej zjawił się Jazon.

- Powiedz, czyś ty wiedział o tej sprawie? - zapytano go. Jazon miał zupełne prawo odpowiedzieć: nie. Medea działała bez jego wiedzy. Ale rycerz przypomniał sobie przysięgę: "nie opuszczę w żadnym wypadku" ...

- Ona jest moją żoną - odpowiedział wymijająco - i ja za nią odpowiadam.

- Więc jesteście przeklęci obydwoje! - krzyknął lud. - Nie ma dla was w Jolkos ani domu, ani ognia, ani strawy, przeklęci i wy i każdy, kto was przyjmie i do was przemówi! Opuśćcie natychmiast nasz kraj!

... I po drodze wiodącej do Termopil powlókł sie smutny pochód: na przodzie mężczyzna z dzieckiem na ręku, za nim kobieta prowadząca za rękę chłopca, dalej garstka niewolników i niewolnic z dobytkiem. Był to świetny wódz Argonautów, jego rodzina i orszak.

 

Medea i dzieci

 

 http://www.czasgarwolina.pl



























 Nić wypadków zaprowadziła nas wreszcie do miasta Koryntu, miasta, które znajdując się na wąskim przesmyku, oddzielającym półwysep południowy od Grecji środkowej, dało swą nazwę Zatoce Korynckiej, wrzynającej się głęboko w oba lądy; była to ojczyzna Bellerofonta, zwycięzcy Chimery.  W czasie, o którym mowa, rządził nim Kreon, dawny przyjaciel zmarłego Ajsona. Do niego więc udał się Jazon w nadziei, że nie odmówi swej opieki synowi przyjaciela. Nie zawiódł się: Kreon go przyjął i wyznaczył mu do zamieszkania mały domek na krańcach miasta. Słyszał o śmierci Peliasa, ale nie uważał Jazona za winowajcę; zrozumiał od razu, że jego młody przyjaciel przez szlachetność wziął na siebie zbrodnię żony. Dlatego tez często zapraszał go do stołu lub dawał mu polecenia, jak to było przyjęte w stosunku króla-gospodarza do młodych gości. Medei jednak nie zapraszał nigdy.

 I życia Jazona się rozdwoiło.

 U króla czuł się on Hellenem, krewnym, swoim. Niejednokrotnie, po starannie wypełnionym poleceniu, siadali razem za stołem w małej sali; przynoszono wino, rozmowa była jeszcze przyjemniejsza przy kubku. Żona Kreona już nie żyła, synów też nie miał, ale często przychodziła do nich z kądzielą jedyna córka Kreona, królewna Kreuza. Wówczas rozmowa się zmieniała: Jazon opowiadał o swych przygodach, o dalekich krajach i narodach, o ich życiu i obyczajach. Opowiadał żywo i pociągająco, a Kreuza nie spuszczała z niego swych błękitnych oczu. I Jazon nie mógł nie powiedzieć sobie, że miałby tu stanowisko pewne, zaszczytne, godne zazdrości, gdyby ...

 Lecz w domu był wygnańcem, nędzarzem i półbarbarzyńcą. I co najboleśniejsze - wiedział, że synom gotuje taki sam los. Bo na cóż mógł liczyć?

 Kreuzę wkrótce wyda się za mąż; wówczas Kreon będzie miał zięcia, który zajmie owo stanowisko niemal syna, zajmowane teraz przez Jazona - o nim się zapomni, a tym bardziej o jego dzieciach. I kiedy dzieci garnęły się do niego, łzy napływały mu do oczu: tak je kochał, a nic nie mógł dla nich zrobić. A tymczasem pomyśleć tylko, co by się stało, gdyby nie było Medei. Kreuzę wydanoby za niego; nie miał co do tego żadnej wątpliwości. Z czasem zapewne urodziłyby się im dzieci, z których najstarszy syn, jako wnuk Kreona, byłby następcą tronu. Ale dzieci te byłyby braćmi jego obecnych dzieci, które miał z Medeą, i te z wygnańców, przybyszy, nędzarzy - stałyby się pierwszymi magnatami w państwie. I kiedy przenosił wzrok z dzieci na żonę, w oczach jego płonęła nienawiść i gniew. Czyż ona nie rozumie - pytał siebie w duchu - że stoi na drodze do szczęścia własnych dzieci?

 Ale Medea tego nie rozumiała. Rozumiała tylko, że kocha Jazona ponad własną duszę, ze dla niego porzuciła dom i ojczyznę, że dla niego była już dwa razy zbrodniarką i będzie nią jeszcze ile razy wypadnie - i że on przysiągł nie opuszczać jej w żadnym wypadku.

 Pewnego razu Kreon spytał go: - Jak brzmi ta przysięga, którąś złożył wówczas przed ołtarzem Hekate? Jazon ją powtórzył. I Kreon mu odpowiedział: - Spełnienie pierwszego warunku nie zależy od ciebie; u was w Tesalii panuje pod tym względem zupełne bezprawie, ale my w Korycie mamy prawo, które nie uznaje ślubu Hellena z barbarzynką. Medea tutaj nie jest twoją prawą żoną i nawet w ogóle nie jest żoną: rozwiodłeś się z nią w tej samej chwili, kiedyś przekroczył granice ziemi korynckiej.

 Wkrótce potem Jazon oświadczył Medei, że król żąda odeń przeniesienia się do pałacu, aby dogodniej korzystać z jego pomocy. Przerażona Medea wstała z miejsca i zbliżyła się do niego: - A my? - zapytała cicho, utkwiwszy w nim mocne, głębokie spojrzenie? - Wy zostaniecie tutaj - odpowiedział zmieszany Jazon; - nie bój się jednak: będziecie mieli wszystkiego pod dostatkiem, a ja będę was często odwiedzał.

- Jazonie! - rzekła Medea drżącym głosem - według naszych barbarzyńskich prawa mąż nie odwiedza żony, tylko z nią żyje!

- Według naszych, helleńskich, również - odpowiedział z naciskiem Jazon i wycałowawszy dzieci, odszedł.

 Minął jeszcze pewien czas. Pewnego razu gdy Medea zajęta była gospodarstwem w głębi domu, wydało się jej, że słyszy na ulicach miasta, z początku z daleka, a potem coraz bliżej i bliżej, radosne okrzyki: - Hymen, Hymenajos, Hymen!

 Jakieś wesele odbywa się w Koryncie - pomyślała -Ale co mnie to obchodzi? Tak, coraz bliżej, coraz wyraźniej. Trzeba by dzieci usunąć przed tłumem; właśnie bawią się na placyku przed domem.

 Nagle wbiega starszy synek, niezmiernie rozradowany: - Mamo - woła - chodź prędzej! Na złotym rydwanie jedzie ojciec, taki wystrojony, taki piękny!

 Pod Medeą ugięły się nogi; zebrała jednak siły i wybiegła na ulicę. Rydwan minął już dom, poznała jednak Jazona, a obok niego ... - Przekleństwo! - krzyknęła i nieprzytomna z gniewu pobiegła za rydwanem. Sąsiadki chwyciły ją i przemocą uprowadziły do domu. Długo szamotała się z nimi, rzucając przekleństwo na męża, na jego nową żonę i na teścia; wreszcie opuściły ją siły i popadła w tępe odrętwienie.

 Nikt ze ślubnego orszaku nie zauważył pojawienia się opuszczonej kobiety; głośne dźwięki pieśni zagłuszyły jej rozpaczliwy krzyk. Królowi doniesiono jednak o je groźbach i to zrobiło na nim wrażenie. Lękał się nie samotnej kobiety, ale czarownicy. Przestąpił próg jej domu i oznajmił, że nie pozwała jej pozostać dłużej w Koryncie: - Zabierzesz natychmiast dzieci i pójdziesz szukać sobie nowego schronienia; nie odejdę stąd, zanim nie spełnisz mojej woli.

 Medea padła mu do nóg; tak, przyznaje, była zbyt gwałtowna, ale niech i on zrozumie jej położenie. Ona odejdzie, jeśli tak trzeba, ale przecież nie natychmiast: niech jej zostawi choć jeden dzień, żeby mogła przygotować i namyślić się, dokąd może się zwrócić - barbarzynka, i to jeszcze z dziećmi ... Zwyciężony błaganiami król wreszcie ustąpił: - Jeden dzień, ale nie więcej! - Z tymi słowy wyszedł. Medea natychmiast zerwała się na nogi. Dzięki! Jeden dzień, więcej Medei nie trzeba. Jeden dzień - i ona zemści się za wszystko, również i za to ostatnie upokorzenie!

 Jazon także dowiedział się o surowym postanowieniu króla i ruszyło go sumienie; udał się więc do Medei. Ta przywitała go gradem przekleństw. Przeczekał jej uniesienie, a potem powiedział spokojnie; - Przysięgam na bogów, Medeo, że uczyniłem ten krok tylko dla dobra naszego domu, naszych dzieci. - Opisał jej położenie które groziło im przedtem, i to, co może się teraz stać ich udziałem. - Nie lękaj się, nie opuszczę ani ich, ani ciebie. Wrócicie wszyscy, a na razie da wam schronienie pobożny Amfiaraos, mój towarzysz żeglugi. Mieszak blisko, w Argos: oddasz mu ten list ...

 - Kłamiesz, kłamiesz! - krzyknęła Medea. - Kłamiesz tak samo, jakeś kłamał tam, w Kolchidzie, przed ołtarzem Hekate. Spodobały ci się błękitne oczy królewny, więc zdradziłeś mnie! Nie potrzebuję twoich usług! - Rzuciła mu list pod nogi i wybiegła na ulicę.

 Lecz tu spotkała nieoczekiwanie dawnego znajomego; był to Egeusz, król ateński, człowiek juz niemłody, którego poznała w Jolkos, jako gościa króla Peliasa. Egeusz również sie zdziwił, spotkawszy ją tu w Koryncie.  Opowiedziała mu więc o swych nieszczęściach, a potem zapytała, co on tu robi. Zaczął więc też opowiadać: był w Delfach, pytał boga, w jaki sposób może mieć dzieci.  Dotąd ich nie miał: rozwiódł się nawet z żoną i pojął inną, ale bogowie ciągle jeszcze nie zsyłają mu dzieci. Teraz Apollo dał mu wyrocznię, lecz tak ciemną, że zwrócił się o jej wyjaśnienie do mądrego króla Trojdzeny, Pittheusa; i właśnie droga z Trojdzeny do Aten prowadzi przez Korynt. Lecz Medea słuchała z roztargnieniem ostatniej części jego opowiadania. - Zaczekaj, - rzekła - mówiłeś, żeś się rozwiódł z żoną. Czy jej nie kochałeś? - Kochałem, ale cóż z tego? Przecież najważniejszą sprawą jest dom.

- Nie rozumiem tego - odrzekła Medea - według mnie najważniejszą jest miłość. - A jednak u nas tak jest, Medeo, żyjemy dla domu; miłość cenimy również, ale tylko jako środek, aby stworzyć sobie dom. Cóż ty jednak, Medeo, zamierzasz przedsięwziąć? - Jestem wygnana - odrzekła Medea - i nie mam schronienia; czy mogę je znaleźć w twoim domu? - Oczywiście, drzwi moje stają zawsze dla ciebie otworem.

 Medea wróciła do siebie; rozmowa w Egeuszem wywołała w niej zupełny przewrót. A więc Jazon mówił prawdę? Więc on naprawdę czyniąc to, miał na względzie dobro swego domu? Ale jeżeli tak jest, to co dalej? ... Miała maleńki posążek bogini Hekate, zabrany z Kolchidy do Jolkos i z Jolkos do Koryntu; postawiła go w swej komnacie na ołtarzu domowym, rzuciła w ogień szczyptę kadzidła i zaczęła szeptać słowa swego najstraszniejszego zaklęcia, podczas gdy błękitny dym osłaniał posążek. Gęsty mrok napełnił pokój. Medea nie przestawała szeptać. Rozsunęły się płyty podłogi: powoli, powoli, podniosło się widmo chłopca z nożem w piersiach: podniosło rękę przeciw czarodziejce, która się cofnęła, ale ręka widma zwisła bezradnie i ono znów zniknęło pod ziemią. Medea szeptała dalej. I znów rozsunęła się podłoga; powoli, powoli, podniosło się widmo starca, z siwymi wąsami, z siwymi brwiami. On również podniósł groźnie rękę, ale słowa zaklęcia zmusiły i jego do powrotu do podziemnej siedziby.

 Kiedy Medea znów wyszła do głównej sali domu, oczy jej pałały, ręce drżały, całą jej istotę opanowała ponura stanowczość. - Ciszej, ciszej, serce! - mówiła do siebie - nie zdradzaj się jeszcze, udawaj jeszcze pokorę, tak trzeba. O, Jazonie, rozumiem cię. Zabiłam brata, uciekłam z domu, dla miłości zburzyłam dom Ajetesa - jestem przecież barbarzynką. Ty, Hellen, poświęciłeś miłość dla domu - dobrze więc, nie będziesz miał ani domu, ani miłości ... ani domu, ani miłości.

 Zwołała starą niewolnicę, która przyszła za nią z Jolkos. - Powiedz Jazonowi, że muszę go widzieć ... dla dzieci. - Jazon przyszedł natychmiast. Medea przywitała go pokornie i uprzejmie. - Nie gniewaj się na mnie za tamte słowa; przemyślałam wszystko i przekonałam się, że miałeś słuszność. Chcę jednak, aby dzieci zostały przy tobie. Zaprowadź je do swej nowej żony, niech ona uprosi ojca, aby ich nie wypędzał razem ze mną. Wyprawię je zaś nie z pustymi rękami, ale z cennym strojem, który niegdyś ofiarował wnuczce sam Helios.

 Jazon chętnie podjął się zaprowadzenia dzieci do Kreuzy, sam też był rad, że dzieci zostaną przy nim. Kreuza z początku nieuprzejmie przywitała pasierbów, ale dar ją ucieszył; nie było takiego w całym skarbcu królewskim. Zaledwie mogła się doczekać, żeby dzieci z niewolnicą udały się do domu, a Jazon wyszedł za swymi sprawami: włożyła strój i zaczęła przechadzać się po komnacie, przyglądając się z lubością swemu odbiciu w ręcznym zwierciadle ...

 Nagle krzyknęła i wypuściła lusterko z rąk; ze stroju buchnął płomień i począł ogarniać jej głowę, pierś, całe ciało. Zaczęła trząść głową, biegać, usiłując zrzucić strój i ogień, na próżno; od ruchu płomień rozpalał się coraz bardziej. Wkrótce zapłonęła cała i upadła na ziemię. I dopiero wtedy ogień zgasł, kiedy jej zwęglone ciało rozstało się z życiem.

 Krzyk Kreuzy usłyszał ojciec; lecz kiedy przybiegł, na ziemi leżało coś dymiącego się, nie do poznania. Rzucił się na ten nieszczęsny kawał zwęglonego ciała - i cofnął z krzykiem. Chciał się oderwać, ale nie mógł. Kawał gorącego mięsa przywarł do niego, wpił się weń i mimo wysiłków król nie mógł sie odeń uwolnić. I znów wybuchnął ogień, poczuwszy nowa strawę - i wkrótce trupy ojca i córki, zrósłszy się razem, utworzyły jedną, bezkształtną masę.

http://www.czasgarwolina.pl Tymczasem Medea zrzuciwszy brzemię udanej pokory, stała się już jedynie i całkowicie kapłanką strasznej Hekate. Z dzika radością wysłuchała opowiadania o śmierci nienawistnej rywalki i je ojca; była to jednak tylko połowa zadania. - Musze zniszczyć twój dom, cały twój dom - powtarzała - aby pomścić swą zniszczona miłość. Chodźcie tu, dzieci Jazona! - I moje - szepnęło je cicho serce ... - Nie, moje później, teraz to tylko dzieci Jazona, jego dom, dla którego on mnie zdradził. Chodźcie! - Zaprowadziła je do swego pokoju, do ołtarza Hekate. - Mamo, mamo! - zapłakały dzieci. W ręce szalonej kobiety błysnął sztylet - dzieci już nie powtórzyły krzyku.

 Jak zniknęła Medea z trupkami nikt nie widział; służba mogła opowiedzieć Jazonowi tylko o ostatnim krzyku dzieci.

 Jazon poszedł powoli ku morzu, nie zdając sobie sprawy z tego; słońce już zaszło, kiedy usłyszał szum fal. I tu, w mroku wieczornym, ujrzał coś olbrzymiego, jak gdyby szkielet morskiego potwora, wyrzucony przez fale na ląd. Ale na przodzie coś jaśniało w mroku: poznał złoconą postać Hery i po niej poznał Argo, swoją Argo, pomnik swej świetnej sławy. O władczyni! Więc to jest koniec wszystkiego?  ...  Ale skąd ona się tu wzięła? Ach tak, zapomniał, on sam po powrocie do Jolkos ofiarował ją Posejdonomi Istmijskiemu.

 Więc to jest koniec?  ... I teraz dopiero poczuł, jaki jest zmęczony. Niejednokrotnie podczas żeglugi Argonauci wyciągali okręt na brzeg i kładli się spać na ziemi, pod osłoną jego szerokiego kadłuba. Postanowił teraz uczynić to samo: po raz ostatni poczuć się Argonautą.

 Wkrótce sen zamknął mu oczy, ale dusza jego nie mogła usnąć. Obrazy przeszłości unosiły się przed nim długim szeregiem: wychowanie u Chejrona, powrót do Ajsona, budowanie Argo, zjazd towarzyszy, gościna u Hypsipyle, zniknięcie Hylasa, walka z Amykosem, wybawienie Fineusa, złote runo, śmierć Peliasa, i zakończenie. Nagłe obudził go ogłuszający trzask - na chwilę; zaraz potem sen ogarnął jego ciało i duszę.

 Kiedy nazajutrz robotnicy ze świątyni Posejdona wyszli na brzeg, zobaczyli porzucone resztki zwiotczałego okrętu. Posąg Hery, ciągle jeszcze połyskując złoceniami, wznosił się dumnie na stosie ruin. Przybyły kapłan Posejdona uznał to za cud i kazał ogrodzić miejsce, poświęcając je Herze Olimpijskiej, lecz nikt nie wiedział, że ogrodzenie to oznaczało również grób wodza Argonautów.

                                                    opowiedział Tadeusz Zieliński               

 

 
                                                              Słowo komentarza

 Dramat Jazona i Medei sprzed trzech tysięcy lat przedstawia wiecznie aktualną kwestię: czy ludzie różnych cywilizacji i kultur mogą blisko żyć ze sobą zgodnie. Odpowiedź jaką niesie grecki mit nie podlega ze strony humanistów laickich oskarżeniu o średniowieczny obskurantyzm i chrześcijańską ciemnotę - jest wszak częścią kultury antycznej, na której bogactwo powoływali się wrogowie Christianitas; kultury antycznej, która wedle nich dawała człowiekowi pełnię i dziś konieczna do "odrodzenia" po "wiekach ciemnych".

 Sto lat temu twórca nauki społecznej o cywilizacji jako systemie życia zbiorowego - Feliks Koneczny - sformułował prawo: "nie można być członkiem dwóch cywilizacji jednocześnie", a to dlatego, że są one niekompatybilne ze sobą i stawiają prawdziwie istniejącego, to znaczy jednostkowego człowieka przed wyborem "albo zgodność z jedną, albo z drugą z nich".

 Jest to prawo de facto znane ludziom z pierwszego przykazania Dekalogu: "Nie będziesz miał obcych bogów obok mnie." Albo praktykujesz religię Boga-Ojca i - jako wierny - trzymasz godny dystans do kultu Ozyrysa i Izydy, albo zanurzasz się w ich kult . Chrystus potwierdził to: "Nie można być sługą dwóch panów" [Boga i demonów].

 Dla Jazona - w jego helleńskim pojmowaniu świata - prawda ta brzmi: "nie można być w jednej rodzinie czcicielem niebiańskiego Zeusa i jego prawa i jednocześnie piekielnej Hekate i jej zasad." Oczywiście różnice religijne przekładają się na różnice kulturowe (pojęcie kultura pochodzi od pojęcia kultu) i co za tym idzie cywilizacyjne.

 Nie da się więc utworzyć dobrego społeczeństwa wielokulturowego, takie próby będą nieść ludziom cierpienie. (Natomiast próby całkowitego zniesienia kultury nie wyzwalają człowieka ku człowieczeństwu, ale zezwierzęcają go poddając go biologii.)

 A czy można utworzyć nową cywilizację "humanistyczną", która z każdej cywilizacji tradycyjnej weźmie co dobre, a odrzuci co złe? Nie, bo te dobre części (wartości) wybrane z różnych systemów nie będą do siebie pasowały.

 Dla panów świata, którzy dziś prą do wymieszania ludzi, kultur, cywilizacji realizując plan przesiedlenia stu milionów muzułmanów na Stary Kontynent, dramat Medei jest przeczeniem dobrego sensu ich pracy. Mit ten wyzwala od nienawiści, bo tłumaczy dlaczego nawet dobrzy ludzie różnych cywilizacji są skazani na konflikt w przymusie bycia ze sobą. Tłumaczy zamachy w Londynie, gwałty w Hamburgu, zamieszki w Paryżu i Sztokholmie. Ten mit, tu i teraz, jest prawdziwszym opowiadaniem od tomów analiz pseudo-profesorskich mędrców.

Oczywiście sama historia Jazona i Medei jest głębsza niż rozważania o społecznych przypadłościach jakie towarzyszyły im, gdy naprawdę spojrzeli sobie w oczy.

                                                                                                             Andrzej Dobrowolski

Ilustracje z Internetu.

.http://www.czasgarwolina.pl

.