14 listopada 2018r. Imieniny: Rogera, Serafina, Agaty
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Orlik z Ryk, Maks z Garwolina

http://www.czasgarwolina.plPonieważ Armia Czerwona i Ludowe Wojsko Polskie w roku 1944 potraktowały żołnierzy Polski podziemnej jak bandytów, to znaczy aresztowaniami, torturami, morderstwami, więzieniami i zsyłkami, partyzanci pozostali na wolności podjęli walkę. Jedni - w imię przetrwania do wojny między USA i ZSRR, inni - czemu trudno się dziwić o ile nie wciąga się do wojny cywilów - by umierać godnie w Polsce, a nie ginąć na Syberii.

Przedstawiamy rozdział z książki Gabriela Maciejewskiego "Baśń jak niedźwiedź - Polskie historie (tom I)" opowiadający historię legendarnego żołnierza podziemia antykomunistycznego - Orlika z Ryk.

Tekst ten pokazuje, że w terenie nie zniszczonym przez totalne powstanie takie jak Powstanie Warszawskie, na ziemi o nie zburzonej strukturze społecznej ludności, można było i bronić się dłużej, i lepiej zachować polskość.

W rozdziale o Orliku pojawia się przypomnienie naszego sąsiada Jana Kosickiego - Maksa, i jego 50 garwolińskich żołnierzy WiN.

Książkę Gabriela Maciejewskiego można kupić w księgarni internetowej strony coryllus.pl .

                                                                                                                  Andrzej Dobrowolski

 

Orlik

   Jak wszyscy wiemy, w Polsce nie da się dziś nakręcić fabularnego, pełnometrażowego filmu o działalności żołnierzy zwanych wyklętymi. Po ćwierć wieku od upadku komunizmu nie można nakręcić filmu o tych, którzy zdecydowali sie po wojnie na walkę z drugim okupantem. Nie sądzę, by się to kiedykolwiek zmieniło, no chyba, że duży budżet trafi jakimś cudem w ręce ludzi, którzy będą chcieli spożytkować go zgodnie z intencją, a nie podzielić między siebie lub zmarnować na projekt który nigdy nie będzie miał szans na dystrybucję. Taka sytuacja jednak zakrawałaby na cud, a te jak wiemy zdarzają się rzadko. Nieładnie też jest prosić Pana Boga, by taki cud uczynił, bo są przecież sprawy ważniejsze niż filmy o polskich bohaterach.

   Pozostaje nam więc pisanie, książka jest produktem tanim, łatwo dostępnym i trafiającym do serca każdego czytelnika. Być może niebawem zmieni się i to, a wydawanie książek stanie się w Polsce równie kłopotliwe jak robienie filmów, póki co jednak jeszcze można. Posłuchajcie więc opowieści o Orliku, partyzancie z Ryk, który zginął na Piotrówku, pomiędzy Życzynem a Starą Rokitną, 24 czerwca 1946 roku. Nie będę tu streszczał jego życiorysu, który można odnaleźć w opracowaniach pisanych przez jego podwładnych, takich jak choćby "Żołnierze wyklęci" Jerzego Ślaskiego. Opowiem o dwóch akcjach Orlika i o jego śmierci.

   Największe akcje oddziału dowodzonego przez Mariana Bernaciaka - Orlika miały miejsce w odstępie miesiąca roku 1945.

   Oto koniec kwietnia tego roku, dokładnie 24 dzień miesiąca, skrzyżowanie dróg wiodących z Warszawy do Lublina i z Baranowa do Puław. Dzisiaj jest w tym miejscu rondo, a po prawej stronie drogi mieści się skład maszyn rolniczych. Kiedy ludzie Orlika zatrzymali w tym miejscu ciężarówki wyładowane konserwami i sortami mundurowymi, dookoła skrzyżowania szumiał las.

   Żołnierze zatrzymywali ciężarówki bez lęku, zagadywali po rosyjsku do kierowcy i konwojenta i kazali im jechać w bok, na Puławy, argumentując, że na lubelskiej szosie trwa walka z polskimi bandytami, którzy przygotowali tam zasadzkę. Dwaj rosyjscy konwojenci nieświadomi niczego kazali swoim kierowcom skręcić w las. Tylu samochodów potrzebował Orlik - dwóch ciężarowych Studebackerów. Zamierzał, załadowawszy na nie ludzi, dokonać zuchwałej akcji w samych Puławach, chciał zaatakować posterunek UB w tym mieście i uwolnić przetrzymywanych tam więźniów.

   Orlik zaplanował tę akcję sam, a jego żołnierze dowiedzieli się o niej dopiero na odprawie o godzinie 14.00. Tymczasem zatrzymani wraz z samochodami Rosjanie byli już rozbrojeni i pozbawieni mundurów, w które przebrał się sam dowódca oddziału i kilku jego ludzi. Dwóch rosyjskich oficerów i ich kierowców pozostawiono w małej, leśnej osadzie Sachalin, gdzie oczekiwać mieli na powrót partyzantów z akcji. Czas spędzali popijając samogon i przegryzając go tuszonką.

   Około godziny 15.00 dwa ciężarowe  samochody zajechały przed siedzibę UB w Puławach. Miasto pełne było radzieckich żołnierzy, milicji i funkcjonariuszy UB. Rosyjski oficer, który pierwszy wyszedł z budynku, nie uwierzył, że przywieziono więźniów. Nakazał przebranemu w mundur majora Stanisławowi Szymańskiemu używającemu w oddziale pseudonimu Igołka, by ruszył za nim. W tym samym momencie padł strzał i oficer zwalił się na ziemię.  Nikt już nie czekał, partyzanci wbiegli do budynku i zaczęli rąbać drzwi cel po kolei, wypuszczając 107 więźniów. Załoga budynku zabarykadowała się na piętrze, ostrzeliwując plac i ciężarówki. Dwóch ludzi Orlika zostało rannych. Nie było czasu właściwie na nic, w każdej chwili oddziałowi groziła zagłada. Gdyby rosyjski garnizon zorientował się, co się dzieje, z akcji nie wróciłby nikt. Całe szczęście oddział wraz z uwolnionymi więźniami wyjechał spokojnie za bramę, na placu pozostała tylko straż tylna, która osłaniała odwrót; wkrótce i oni się wycofali.

   Na dwóch ciężarowych samochodach poprzez podmokłe łąki oddział Mariana Bernaciaka - Orlika cofał się w stronę Ryk. Kiedy dziś jeżdżąc po okolicy, myślimy o tych dyslokacjach, wydają się nam one śmiesznie nieodległe. Cóż to bowiem za ucieczka z Puław do Ryk ... Musimy jednak brać pod uwagę okoliczności tamtego czasu oraz te dodatkową, która zwykle nam umyka - UB miało co prawda trochę poparcia wśród miejscowej ludności, ale żeby zmierzyć się z partyzantką, resort musiał po prostu przeprowadzić obławę, a to pochłaniało czas, środki i przeważnie było demaskowane przez zaufanych ludzi. Partyzanci wiedzieli wcześniej o zamiarach NKWD i miejscowego aparatu represji, zanim jego funkcjonariusze zdążyli się przygotować do akcji.

http://www.czasgarwolina.plW całej historii Orlika uderza nas właśnie ten niewielki obszar, na którym działał - dwa i pół powiatu można by rzec. Z jednej strony Życzyn, a drugiej Baranów nad Wisłą, od południa Puławy, a od północnego wschodu rodzinna wioska Zalesie. Lasów, o czym każdy przejeżdżający tamtędy może przekonać się naocznie, nie ma wcale aż tak wiele. Najłatwiej było ukrywać się w okolicy Puław, Nałęczowa i Kazimierza Dolnego, najtrudniej wokół Ryk i Dęblina, nie tylko ze względu na mniejsze zalesienie i płaskość terenu, ale także z powodu większej ilości wojska stacjonującego głównie w Dęblinie. Tak więc lata działalności Orlika, lata 1945-46, były znaczone akcjami, po których następowała dyslokacja oddziału albo w okolice Kazimierza, albo w okolice Ryk. Musimy także wziąć pod uwagę to, że przemarsze oddziału były w istocie przemarszami, za to powrót z akcji w Puławach odbywał się w warunkach komfortowych.

Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała miesiąc po akcji puławskiej. 22 maja oddział Orlika przeszedł w nocy z okolicy Bobrownik daleko pod Kazimierz Dolny, do położonej wśród lasów wsi Las Stocki. Żołnierze chcieli odpocząć, ponoć do przeniesienia skłoniły ich także zapowiedzi obław, jaki UB zaplanował w okolicach Ryk. Dyslokacja przebiegała dwoma etapami. Najpierw rankiem, po całonocnym marszu do Lasu Stockiego dotarł sam Orlik wraz z oddziałem, a potem z dwudniowym opóźnieniem przybyła na miejsce pięćdziesięcioosobowa grupa Jana Kosickiego - Maksa. Ich szlak był znacznie trudniejszy, ponieważ w okolicy pojawiły się wówczas dobrze uzbrojone oddziały wydzielone z 4 dywizji piechoty LWP oraz brygada NKWD. Teren przeczesywały tez miejscowe oddziały UB i MO. Maks wędrował więc po jarach, kluczył i omijał zasadzki. Kiedy dotarł do Lasu Stockiego, nie miał pojęcia, że za chwilę rozpęta się tam prawdziwe piekło.

Gromadzące sie w okolicy oddziały wroga zostały poinformowane przez jednego z mieszkańców wsi o tym, że Orlik rozkwaterował tam swoich ludzi. Jerzy Ślaski w pracy Żołnierze wyklęci podaje, że cały oddział Bernaciaka liczył wówczas 170 ludzi. Przeciwko niemu zebrano "armię" składająca się z 680 żołnierzy, dwóch tankietek, i tyluż opancerzonych transporterów.

Bitwa rozpoczęła się w samo południe. Oddziały NKWD i wojska poprzedzane miejscowymi ubekami otoczyły wieś półkolem, licząc na to, że spędzą partyzantów do przygotowanej zawczasu zasadzki - w wąwozach rozciągających się za wsią ulokowano bowiem rezerwowe oddziały, które miały ostrzeliwać i wyłapywać uciekających ludzi Orlika.

Do pierwszego starcia doszło na skraju wsi, gdzie żołnierze zostali zaatakowani przez samochód opancerzony i tankietkę. Maks - Jan Kosicki został dwa razy trafiony pociskiem rozrywającym. Wkrótce jednak nadeszła odsiecz, tyralierę i pancerne auta zaatakowali z boku żołnierze II plutonu porucznika Świta - Zygmunta Kęski. Jeden z nich, strzelając z karabinu maszynowego wymontowanego dawniej z rozbitego samolotu, wybił załogę transportera. Sam zginął w następnej chwili. Drugi pojazd żołnierze zniszczyli gammonami, granatami do likwidacji celów opancerzonych.

Dwa kolejne pojazdy zostały zatrzymane w środku wsi, jeden zniszczono granatami, a drugi wycofał się z pola bitwy. Pozostał jeszcze jeden który partyzanci spalili wkrótce. Natarcie zatrzymało się, a obydwa walczące plutony ruszyły w kierunku odcinka, gdzie wojska NKWD okrążały dowódcę oddziału. Doszło wtedy do rozstrzygających całą bitwę zdarzeń.

Oto ścieżką wiodąca nieco w górę wąwozu idą Orlik i jego ludzie. Nagle zza zakrętu wyłania sie grupa oficerów w mundurach radzieckich i polskich, a każdy z nich ma podwinięty lewy rękaw powyżej łokcia - tak do bitwy przygotowywali sie żołnierze LWP, enkawudziści i ubecy. Chcieli uniknąć pomyłek. Ponoć Orlik kazał swoim ludziom również podwinąć lewe rękawy, ale za to każdy z nich miał mieć wpiętą w mundur lub czapkę gałązkę bzu. Wobec takich działań niełatwo było w bezpośrednim starciu rozpoznać, kto jest kim, szczególnie, że pocięty wąwozami teren nie ułatwiał tego wcale.

Obydwie grupy stanęły w zaskoczeniu. Pierwsi oprzytomnieli partyzanci.

- Hasło - rzucił jeden z nich.

- Leningrad - padła odpowiedź.

W następnej chwili ludzie Orlika otworzyli ogień, nikt z tamtych nie ocalał. Po identyfikacji zabitych okazało się, że to było dowództwo całej operacyjnej grupy, która przeprowadzała obławę na Orlika. W szeregach przeciwnika zapanował chaos. Prawie 700 ludzi nie potrafiło zorganizować obrony, bo o prowadzeniu natarcia nikt już nie myślał. Partyzanci strzelali do ukrywających się i zdezorientowanych żołnierzy, dochodziło do starć wręcz. Walki trwały do zapadnięcia zmroku. Było to największe zwycięstwo Orlika i największa bitwa jaką kiedykolwiek stoczyli żołnierze niepodległościowego podziemia po II wojnie światowej.

Po bitwie w lesie stockim nastąpiła ewakuacja. Orlik powrócił nad rzekę Wieprz, a część jego oddziału przedostała się za Wisłę, by tam przeczekać najgorsze. Rannych poukrywano po wsiach.

Następne dni były bardzo ciężkie dla wszystkich.  Dowództwo NKWD rozwścieczone stratami, jakie ponieśli funkcjonariusze całej tej formacji, organizowało obławę za obławą. Z lotniska w Dęblinie startowały raz za razem samoloty patrolujące okolicę i szukające przemieszczających się partyzantów. Zaczął się najcięższy okres w życiu oddziału.  Nie zakończył się on właściwie nigdy, bo przecież Orlik i jego żołnierze liczyli na to, że państwa zachodnie nie dopuszczą do sowietyzacji Polski, czekali na interwencję. Nie doczekali się.

Orlik zginął w miejscowości Piotrówek, przypadkiem właściwie. Wracał wraz z czterema ludźmi z Życzyna, z odprawy inspektoratu WiN Puławy, która odbywała się w tym miasteczku. Po drodze, a jechali furmanką, okulał im koń. Skręcili do kowala na Piotrówek. Tam rozpoznano ich od razu, a kowal po cichu wysłał swoją córkę, by zawiadomiła wojsko i milicję. Obławę domknięto szczelnie, żołnierze zaatakowali stojącą opodal wsi kuźnię frontalnie, a milicjanci ukryli się w lesie., w kierunku którego musieli uciekać osaczeni.  Orlik widząc nadchodzącą obławę, ruszył właśnie w kierunku lasu. Kiedy usłyszał odzywające się stamtąd automaty stracił nadzieję na ocalenie, postrzelono go w nogi, a on, siedząc przystawił sobie pistolet do brody i pociągnął za spust. Tak zginął Orlik, Marian Bernaciak, jeden z najsławniejszych partyzantów Lubelszczyzny. W chwili śmierci miał 28 lat.

Gabriel Maciejewski

http://www.czasgarwolina.pl.



Grymas historii


   Narodowa Akademia Informacyjna prezentuje w Internecie ciekawe wykłady Józefa Kosseckiego opowiadającego o najnowszej historii Polski widzianej oczami graczy służb specjalnych.

    Jeden z wątków tych wykładów dotyka kwestii sensu walki podziemia po wojnie.

   Emigracyjny rząd RP w Londynie zdawał sobie sprawę, że do konfliktu między USA i ZSRR nie dojdzie, bo obydwa mocarstwa zgodnie osiągnęły cel polityczny - wyeliminowały mocarstwa europejskie z roli dominującej w świecie (wkrótce ruszyła dekolonizacja).

 Dlatego rząd emigracyjny od końca lat czterdziestych wysyłał do kraju emisariuszy nakazujących rozformowywanie leśnych oddziałów i wtapianie się młodych mężczyzn w zwykłe życie.

  Tymczasem - według Kosseckiego - osadzona przez ZSRR w roli elity Polski komunistycznej "żydokomuna" potrzebowała napięć w Polsce, bo te uzasadniały w Moskwie odsunięcie od władzy ludowego skrzydła polskich komunistów jako niegodnego zaufania, niezdolnego do twardej walki z polską reakcją, klerem.

   Dlatego prowokowano podziemie do walki, inscenizowano wojnę z pragmatycznie pokojowo nastawionym Kościołem, wyłapywano agentów emigracyjnego Londynu wiozących rozkazy demobilizacji podziemia! Kossecki popiera te tezy dokumentami, między innymi zeznaniami Józefa Światły - agenta rządu emigracyjnego!

   Polecam wykłady Józefa Kosseckiego.

                                                                                                                  A. Dobrowolski 

.