14 listopada 2018r. Imieniny: Rogera, Serafina, Agaty
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Stanisław Lem o wojnach z płodnością.

http://www.czasgarwolina.plCzas Garwolina przedstawia artykuł Stanisława Lema przepowiadającego w 1992 roku zaistnienie starania elity świata o zahamowanie płodności ludzi.

Dedykujemy ten tekst tym, którzy prostodusznie wierzą, że płynąca spod nowojorskiej siedziby ONZ ideologia gender jest naprawdę walką o prawo małżeństwa dla homoseksualistów, zatrudnienia kobiet i uchylenia zła jakim rzekomo jest religia. Tymczasem w kontekście rozważań Lema widać, że są to postawy zalecane na przyszłość, by powstrzymać płodność, idee gender są propagandą służącą bezpłodności.

Sposób rozumowania Lema (w wielu punktach błędny) jest tożsamy z myśleniem bio-inżynierskim jakie charakteryzuje oświeceniowe elity świata. Poznajmy naszego wroga.

                                                                                                                Andrzej Dobrowolski

 

SEX WARS, czyli świat i Polska.

http://www.czasgarwolina.pl1. Rozziew pomiędzy oboma członami podtytułu jest oczywiście ogromny. Sama liczebność nie decyduje wprawdzie o roli, jaka państwo odgrywa na świecie, niemniej związek dodatni istnieje. Aktualnie stanowimy z grubsza jedną stuczterdziestą cząstkę ludności ziemskiej. Ma być wnet czterdzieści milionów Polaków i jest już pięć i pół miliardów ludzi na Ziemi. Jest rzeczą nieprzypadkową, że całoziemskimi, np. demograficznymi zagadnieniami w tym wieku zajmują się głównie astronomowie: zapewne dlatego, że bliskie obcowanie z potwornością rozmiarów kosmosu lepiej ich przygotowuje do względnie flegmatycznego obiektywizmu. W przedostatnim dniu 1991 jeden z nich wyliczył następujący bieg przyrostu ludności ziemskiej:

     2. Stopa przyrostu jest globalnie wysoka, a liczni politycy, także przedstawiciele wiar oraz ekonomiści uważają ten stan za pożądany i - w ich mniemaniu - "naturalny". Jakoż w samej rzeczy, przyrost ludności może wspomagać wzrost ekonomiczny. I gdy liczyć w latach, do kilku lub kilkunastu, albo patrzeć wedle czasowych rozmiarów politycznych, czyli udziału w rządach, korzyści ze wzrostu bywają spore. Jednak społeczeństwa nie żyją jedynie "kilkanaście lat", a kadencje rządów, a nawet form ustrojowych, są znikome w zestawieniu z wiekiem ludzkości. Nadto wiek ten, rzędy miliona lub dwóch milionów lat jest malutką cząsteczką prawie czteromiliardowego trwania życia na Ziemi. W tej skali skok wzrostów ludzkości na przestrzeni ostatnich stu lat nie jest już całkiem "naturalny", przeciwnie, jest wyjątkiem od reguły planetarnej. Nasz astronom obliczył, że gdyby aktualny przyrost roczny - 2 procent - trwał do roku 3400, to każdy żyjący dziś człowiek, miałby jeden trylion potomków, ziemska populacja wyniosłaby dziesięć sekstylionów, a rozmiary lądu na jednostkę, wyniosłyby około 2 cm kwadratowych. W roku 2100 Ziemia liczyłaby (przy tym założeniu) pięćdziesiąt miliardów ludzi, a w roku 2200 pięćset miliardów. Gdyby przyjąć za dobrą monetę szansę "masowej astronautyki" i jakichś kolonii pozaziemskich należałoby dla ustabilizowania liczby żywych  wysyłać w Kosmos dziesięć tysięcy ludzi na godzinę! Tymczasem Ameryce, przodującej kosmonautycznie, trudno wysłać więcej niż kilkanaście osób rocznie na okołoziemska przejażdżkę. Podług badan przeprowadzonych na Uniwersytecie Kalifornijskim wiek XXI będzie stuleciem zagłady biologicznej na skalę nieznaną w dziejach Ziemi. Co najmniej połowa z trzydziestu milionów żujących dziś gatunków ulegnie wymarciu. Już dziś giną trzy gatunki na godzinę (roślin i zwierząt).

     Zero wzrostu populacji zakłada dwoje, a dokładnie 2,1 statystycznego dziecka na jedną rodzicielską parę. Załamanie bytu ludzkości jest nieuchronne, choć dostrzeganie go jest bardzo źle widziane przez Kościół katolicki, przez ogromną większość polityków i ekonomistów. Walka z antykoncepcją jest nie tylko sojuszem z wirusami powodującymi w stu procentach śmiertelne zejście (bo nic nie zapowiada leku zapobiegającego czy leczącego zapaść wywołana przez HIV, a zwaną AIDS). Walka ta przyspiesza wybuch bomby demograficznej, nawet gdyby wirusa w ogóle nie było. Optymiści spośród demografów liczą na to, że przyrost ludności wyhamuje się sam.  Istotnie widać to w krajach bogatych (np. w Niemczech).  Jednak globalnie wzrost ludności idzie w parze z ubóstwem i nędzą. Jak niedawno rzekł nowy sekretarz ONZ, miliard ludzi, czyli jedna piąta żyjących, egzystuje w biedzie i głoduje. W Trzecim Świecie dziennie umiera z głodu czterdzieści tysięcy dzieci. Śmierć ta zajmuje mało miejsca w mediach, ponieważ można pokazać kilkadziesiąt półtrupków, po których szkieletowatych ciałkach łażą muchy, ale nie pokazuje się dziesiątków tysięcy naraz. To jest obraz poza granicami ludzkiej wyobraźni, a to, co jest poza granicami ludzkiej wyobraźni, właściwie jako bodziec zniewalający do działania nie istnieje. Tendencja zdaje sie zgubna nieodwracalnie - i już rychło. Dlaczego?

     3. Człowiek (homo sapiens) powstał około dwu milionów lat temu jako gatunek o przeciętnej długości życia nieprzekraczającej okresu płodności. Przeciętnie ludzie i tego kresu (kobiety) nie dożywali. Obecnie liczba ludzi starych, niezdolnych do pracy rośnie we wszystkich zamożnych państwach. Tylko biedacy umierają raczej przed wyczerpaniem sił prokreacyjnych. Postępy medycyny i biologii sprzyjają starzeniu się populacji państw zamożnych. Nie nie może ten trend trwać dowolnie długo, ponieważ nawet przy niewielkim ujemnym przyroście, tj. gdy więcej ludzi umiera niż się rodzi, społeczeństwo musi zginąć. Niemcy przy obecnej stopie swojego przyrostu, a jest ujemna, musieliby zginąć w XXI wieku. Dziwne, jak mało o tym sami mówią, i jak wyraźnie przeciwstawiają się dopływowi imigrantów /.../

     4. Skoro nieosiągalnym życzeniem stabilizacji ludnościowej zajmują się, niestety, utopiści - należy liczyć się w XXI wieku z koszmarem, który w skrócie nazywam, przez analogię do STAR WARS (wojen gwiezdnych) - SEX WARS (wojen płodności). "Wojny gwiezdne" nie są ani wojnami wśród gwiazd, ani przeciw gwiazdom. To metafora i taką sama są moje SEX WARS. Ludzkość (oczywiście pewnie nie cała) zmuszona zostanie do poszukiwania środków hamujących eksplozję demograficznej bomby.  Podobnie, a nawet a fortiori bardziej skrycie niż działa wirus, przyczyny i skutki płodności rozdziela duży interwał czasu. Przecież nie padają wokół całe legiony ludzi od przeludnienia. Owo powolne  i rozciągnięte w czasie umieranie ma więcej przyczyn, niż chcę i mogę to wyliczyć. Mówiąc bez ogródek: trzeba będzie wyhamować płodność gatunkową Homo sapiens. Powstała ona w swojej do dziś aktywnej i nawet postępami biomedycyny wspieranej postaci, bo takie warunki ukształtowały w zaraniu antropogenezy nasz gatunek i śmiertelność noworodków była w owym zaraniu wysoka. Obecnie wiemy, że około 40 procent wszystkich jajeczek zapłodnionych w organizmie kobiety post coitum ulega fizjologicznie naturalnemu wydaleniu z ciała. Gdy doliczyć śmiertelność przyporodową, średnia wynosi już 41 procent dla Homo sapiens. Rzecz w tym, że samo zapłodnienie, czyli połączenie główki plemnika z jądrem jajeczka, to proces wielostopniowy i zawiły. Błona okalająca jajeczko ma przepuścić jeden z plemników i żadnego więcej, bo ulega post conceptionem natychmiast "zamknięciu". Krótko ująwszy rzecz, owe 40 procent (z grubsza) wydalonych, a już zapłodnionych jajeczek, to "błędne, kiepskie" zygoty, które gatunek winien usunąć jak najwcześniej ze swego obrębu. Musi, inaczej by zginął. To jest tak zwana selekcja oczyszczająca. Mimo to pozostaje dość zygot z "błędami", aby istniało około dwóch tysięcy ułomności, z jakimi dzieci na świat przychodzą, a ich ogromna większość nie ulega "wyprostowaniu" terapeutycznemu. Kiedy postępy medycyny umożliwią procentowo  znaczniejsze odwracanie dziedzicznych ułomności, sytuacja upodobni się do panującej już na szerszym terenie neomedycyny: to jest sytuacja "krótkiej kołdry". Albowiem istnieje pozytywna korelacja między skutecznością najnowszych zabiegów leczniczych a ich kosztem.  Wybuch kosztów zdaje się także przerażać lecznictwo także najbogatszych krajów, bo czyni ludzi nierównymi wobec medycyny. Niewielu ludzi stać na osobiste opłacenie wielu terapii, nawet w najbogatszych państwach.  To nie ma wprost żadnego związku z zagadnieniami natalistycznymi, to jest problem szerszy i osobny.  Można rzec, już dla globu jako całości, że mniej lub bardziej wspaniałych owoców rozpędzonych modernizacyjnie i rewolucyjnie technologii  wszyscy żyjący spożywać nie mogą i że nierówność ta, wbudowana (jako nieuchronna składowa) w postęp, razem z postępem wszystkich umiejętności opanowywanych przez gatunek nasz rośnie w sposób (niestety) wykładniczy. Spaść z bryczki lub konia to nie jest konieczny  i nieuchronny powód śmierci. Spaść samolotem to śmierć (statystycznie) pewna.

     5. Jakkolwiek nieraz zajmowałem się etycznymi aspektami ewolucji naszych (ludzkich) sprawności działania, tu, w sferze centralnej dla przeżycia, o etycznej stronie raczej pomilczę. Niewojenna operacja która nazwałem SEX WAR, będzie nieuchronnie konieczna, o ile gatunek homo ma przeżyć, chociaż nie wiadomo jak ani kiedy, ani w jaki sposób zostanie przeprowadzona (czy tylko wszczęta). Operacja taka jako zupełnie jawna raczej nie mogłaby być przeprowadzona dziś, ponieważ jest drastycznie sprzeczna z moralno politycznym kanonem świata współczesnego. Prawdopodobnie więc strona zdolna technologicznie do rozpoczęcia SEX WAR uczynić by takiego kroku nie śmiała ze względu na opory moralne, na społeczną reperkusję nie tylko strony "zaatakowanej", ale i strony "własnej". Na razie byłoby to więc niemożliwe, niezależnie od tego, iż skuteczniejszych a niemorderczych środków dekompresyjnych nie posiadamy. Jest to jednak kwestia dalszych "postępów" zachodzących obecnie w akceleracji. Środki znajdą się na pewno. Oczywiście bolesność moralna ich stosowania będzie uzależniona od charakterystyki działania, od zmiany zachodzącej stopniowo w opinii powszechnej, jak też od stopnia przynaglania demograficznym stanem rzeczy. Na statku spacerowym wykrytych pasażerów na gapę nie wrzuca się do morza.  Na statku fizycznie mogącym wziąć na pokład jakichś (dryfujących łodziami) uciekinierów (boat people) można podjąć decyzję o pozostawieniu ich własnemu losowi (czyli śmierci). Na statku tonącym może dojść do gwałtownych walk o środki ratownicze. Na łodzi ratunkowej może juz dojść do obcinania rąk tonących, uczepionych burty. Taka stopniowalność jest typowa w ludzkim świecie. Matki wyrzekały się dzieci przed progiem komory gazowej. Ludzkość nie będzie chciała SEX WARS.  Nikt ich nie zechce, ale okażą się konieczne, chyba że inna ludobójcza masakra lub katastrofa, której szansami tu się nie zajmuję, sprawę SEX WARS zdejmie z wokandy, nim dojdzie do jej rozpatrywania.

Ruiny teatru w Pergamonie. Po rozpowszechnieniu antykoncepcji w II wieku antyczni Grecy rozpłynęli się w morzu barbarzyńców, którzy nie podtrzymali odziedziczonej cywilizacji. AD

.http://www.czasgarwolina.pl























     6. Nie zajmuję się tu ani science fiction, ani zabawa w futurologię. Kto głosi, że każdy człowiek umrze na pewno, nie może być logicznie biorąc, nazwany "badaczem przyszłości". To byłoby niepoważne, a rzecz jest poważna. Aż nadto. Łańcuch procesów wiodących od kopulacji do porodu może być przerwany, a może być tylko "nadłamany", "ściśnięty", Nadwątlony w bardzo wielu miejscach i można wymyślać hipotetycznie, gdzie i jak udałoby się to uczynić sposobem "najbardziej humanitarnym". "Najbardziej humanitarny" i raczej cyniczny sposób to kryptobiologiczne SEX WARS, np. prowadzone przez dodanie do pokarmu substancji hamujących płodność. Najprościej hormonalnie, aby np. kobieta, do kopulacji jako samica zdolna trwale - w przeciwieństwie do samic ssaków zdolnych dopuszczać samców do kopulacji tylko w okresie dość krótkiej rui - została doprowadzona oddziaływaniem zespołu substancji chemicznych do stanu permanentnej niepłodności (jakby stale zażywała pigułki antykoncepcyjne) albo do krótkich okresów płodności rozdzielonych periodami bezpłodności. To jest możliwe i to zostanie zrealizowane w dziedzinie biologicznej.

     Stronę kosztów pomijam. Wycena po jednej stronie licząca, ile kosztuje podtrzymanie życia mas głodujących, a po drugiej, ile trzeba zainwestować w efektywne ubezpłodnienie (naturalnie nie zabójcze ani chorobotwórcze), jest sprawa silnie uwikłana w etykę, a konkretnie w moralne intuicje i przekonania decydentów, od których by operacja SEX WARS zależała. Optymalnie byłoby logiczne skrócenie okresu płodności kobiet - np. do dekady między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, ani przedtem, ani potem, z jednoczesnym wprowadzeniem odpowiednika fizjologicznej rui. To nie ma znaczyć, by tak potraktowane hormonalnie niewiasty miały się "gonić". Można z drugiej strony redukować stopę przyrostu, działając na mężczyzn, aby plemnikotwórcza potencja zmalała albo ustała, ale to będzie trudniejsze i bardziej niebezpieczne jako grożące uczynieniem tak porażonych samców ludzkiego rodzaju - rodzicieli jakichś potworków albo potworniaków, bo łatwiej jest plemniki w nowym organizmie uszkodzić, niż powstrzymać ich produkcję totalnie.

      Zresztą sprawa jest (jak zaznaczyłem) biologicznie zawiła i odnalezienie drogi mniejszych czy najmniejszych szkód będzie kłopotliwe także dlatego, że do kłopotów dorzuci swój wkład panująca religia. Jestem przekonany, że Kościół łatwiej by się zgodził na poważne osłabienie popędu seksualnego aniżeli na zasugerowane powyżej działania hormonalne, które czynności kopulacyjnych w ogóle nie tykają.  Kościół uważa seks za zło, bo sprawia uciechę, a nie dlatego, że z jałowego seksu dzieci się nie rodzą. Wielu katolików utrzymuje, że powodem postawy Kościoła jest po prostu zawiść wywołana celibatem. Tą stroną rzeczy nie chcę się jednak zajmować, bo idzie nie tylko o dowodne dociekanie, ile insynuacyjne traktowanie sprawy dla kontynuacji gatunku zbyt poważnej, aby wolno było się w ogóle zajmować jakimikolwiek pomówieniami i domysłami. Kościół w zakresie natalizmu i badan prenatalnych będzie w każdym razie musiał stanowisko swe zmienić: nie w tym sęk czy, ale kiedy.

      To, co powiedziałem dotąd, jest wstępem do dalszych rozważań, które mam ochotę i nadzieję rozwinąć, ponieważ wiek XXI będzie największym historycznym wyzwaniem dla człowieka rozumnego, odkąd powstał. Tak się stało, że samoczynna, niejako pozaludzka aktywność ziemskiej biosfery nas nie uratuje. Albo uratujemy się sami, albo nic nas z matni nie wydobędzie: tertium, niestety, non datur.

      7. Wypada jednak zająć się jeszcze dwiema rzeczami, dopóki nie uznamy, iż jakaś forma antynatalistycznej polityki, która ochrzciłem mianem SEX WARS , okaże się zniewalająco konieczna. Primo, czy nie mylę się wraz z tymi demografami, którzy przewidują wykładniczy wzrost ludzkości: czy jednak jakiś efekt hamowania wzrostu nie nastąpi samoczynnie? Oczywiście jest to życzenie powszechne. Nic jednak (poza naszymi życzeniami) za takim automatyzmem nie przemawia.  Prognozy sprzed 30-40 lat przewidywały sześciomiliardową ludzkość w roku 2000 w wariantach pesymistycznych. Nic nie wskazuje teraz, w roku 1992, aby pesymistyczne prognozy demograficzne się nie sprawdziły. Secundo, do wzrostu ludności dołączył (nie mogą nieustannie powtarzać słowa "niestety") wyraźny, uniwersalny na Ziemi proces przyspieszenia niekorzystnych zmian środowiska naturalnego oraz tego środowiska sztucznego, które człowiek działalnością swoją tworzy.  Mamy wszak oznaki zmiany na gorsze klimatu, składu atmosfery ("dziury ozonowe"), składu wód oceanicznych (zanieczyszczenia, umieranie wielkich połaci biotopów morskich), powierzchni lądów (zatrucia, wyjałowienia ziemi, śmierci szaty zielonej na nieznaną skalę, np. w pasach tropikalnych i subtropikalnych): mamy oznaki nowych groźnych schorzeń (wywołanych albo zmianami wymienionymi, albo mutacjami istniejących pasożytów oraz pojawieniem się zarazków wirusowych historycznie nieznanych: nie ma powodu, aby wirus AIDS uznać za jedyny casus tak nieprzewidywalnej epidemii). Mamy rozwój technologiczny prowadzący pośrednio do zmian obu już wymienionych rodzajów ("zawał" motoryzacyjny metropolii światowych, "zawał" powietrzny lotnictwa, "zawał" okołoziemskiej przestrzeni stającej się rozwirowanym gigantycznym śmietnikiem postastronautycznych odpadów groźnym już dla wszelkich nowych lotów, itd.). Listę można by przedłużyć. Z deszczy często przechodzimy pod rynny. Katalizatory dla aut powodują tylko odwlekanie i spowolnienie zatruć. Nieszkodliwej i stuprocentowo bezpiecznej energetyki atomowej lub wodorowej być nie może. "Informacyjna gęstość" satelitarnych telewizji jest wyraźnie czynnikiem ogłupiania, bo im doskonalsze systemy transmisji i emisji, tym bardziej monotonnie głupie, sadystycznie rozpasane i otępiające umysł programy. To nie jest wartościowanie czysto subiektywne, ponieważ np. utrata słuchu powiązana z nagłośnieniem muzyki (walkmany i koncert masowe) jest zjawiskiem czysto biologicznym i całkowicie pozaestetycznym. Tak zatem odporność biosfery ulega naruszeniu przez przeciążenie.  Ani wody stoków powierzchniowych, ani atmosfera, ani oceany, ani lądy, ani zieleń "same" już się w pełni (obecnie) odnawiać i odżywiać nie są w stanie, a co dopiero nastąpi, gdy wzrost ludności będzie nadal trwał? Tym samym widać z jednej strony zasadność nawoływania do "zerowego wzrostu", o jaki zabiegał kilkanaście lat temu Klub Rzymski, s drugiej widoczna jest powszechna daremność takich programów, bo mnożąca sie ludzkość utrzymać nawet swego stanu nierówności bytowej przy niewzrostowej ekonomii nie może.

      8. Pozostaje mi jeszcze ostatnia część takiego artykułu, mianowicie nazwanie istniejącego potencjalnie "trzeciego wariantu". Byłby to czysty leseferyzm bogatych egoistów prowadzący do ulubionej, katastroficznej wizji pewnych pisarczyków science fiction: wymarła Ziemia z konającymi od wszelkich zatruć ostatkami Trzeciego Świata i z pancernymi, szklanymi kopułami "wysp" mniejszej, najzamożniejszej części ludzkości. Bogacze samouwięzieni mogliby się tak od  konających miliardów nędzarzy odizolować, ale wydaje mi się, że cokolwiek będzie z jakąkolwiek quasi hormonalną wersją SEX WARS, okaże się ona złem na koniec mniejszym od dwuczęściowego świata ogromnych cmentarzysk i "wysypki" szklanych bąbli - przetrwalników milionerskich. Jak można sądzić, istnienie pojęć większego i mniejszego zła to nie jest żadna fanaberia etykofilów. Tendencja do budowania do zamkniętej przed nędzarzami twierdzy bogatych są juz widoczne w Roku Pańskim 1992. Problem azylantów jest zapowiedzią, znamieniem czasu, a nie tylko racją stanu. Państwa wyzwolone spod sowieckiego totalitaryzmu pragną uczestniczyć w pogoni za uciekającą przed nimi, zresztą raczej z rozpędu "panprogresywnego" niż z rozmysłu, światową czołówką. Warto tedy rozważyć: a) czy w ogóle można dogonić czołówkę? b) czy wszyscy będą zdolni ja dogonić, a jeżeli nie, to kto okaże się w tych biegach pokonany? Czy Polska? Na tym urwę część rozważań wstępnych ...

                                                                                 Stanisław Lem, SEX WARS, cz.I

                                                                                  Wyd. Gazety Wyborczej 2009

 

W Polsce 2015 ...

http://www.czasgarwolina.plPrzeciętna polska rodzina ma 1,3 dzieci. Wprowadzanie ideologii gender jest więc w Polsce nieuzasadnione nawet z oświeceniowego punktu widzenia, a jednak jest przeprowadzane. Można domyślać się więc, że wprowadzają ją agenci wrogów Polski.


AD


Ruiny zamku Ogrodzieniec

http://www.czasgarwolina.pl.

.