17 listopada 2018r. Imieniny: Grzegorza, Salomei, Elżbiety
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
List Episkopatu i echo

          1.

          W pierwszą niedzielę sierpnia na mszach odczytano list biskupów Episkopatu Polski w sprawie grzechu pijaństwa powracającego nową falą wśród licznych wiernych.

          Alkoholizm jako problem społeczny przedstawiono w nim jako efekt zaniedbań systemowych, w znacznej mierze sterowany z góry przez producentów i handlowców alkoholu oraz jako pochodną jego sprzedaży w wielu sklepach, a nie jako skutek indywidualnego grzechu - świadomego wyboru ludzi. Zaapelowano o powszechną abstynencję. Trzeźwość narodu nasi biskupi polecili opiece Maryi.

           Apel książąt Kościoła obliczony był wyraźnie na zawiązanie akcji kulturowej przypominającej konfederację (wspartą niestety administracyjnie), która porwałaby za sobą alkoholików otaczając ich  o b y c z a j o w ą  konwencją trzeźwości.

          Taka propozycja nie tylko nie jest rozumiana przez młode pokolenie jako podjęcie dzieła narodowego, ale rozumiana jest wręcz opacznie jako próba ich osobistego ubezwłasnowolnienia.

           Wielu Polaków straciło poczucie wartości wspólnoty narodowej, bo w jej imię dokonuje się niespotykanej wcześniej kolektywizacji i deprawacji życia (np. zlekceważenie indywidualnych nabytych praw emerytalnych w imię interesu społecznego, w imię którego buduje się narodowy stadion do piłki kopanej.) Jako alternatywę myślenia w kategoriach narodowych przyjęli antysystemowy indywidualizm (proszę nie mylić z egoizmem), który przynajmniej w płaszczyźnie pojęciowej broni krzywdzonych jednostek przed krzywdzącymi je zarządcami tłumów.

            Dlatego tacy słuchacze traktujący list Episkopatu poważnie mogą zrozumieć jego treść jako sugestię, że są indywidualnie współwinni cudzemu alkoholizmowi, że winni masowo ubezwłasnowolnić się dla terapii, spłycić swą religijność do poziomu kolektywnej walki z nałogiem, podporządkować siebie dyscyplinie obliczonej na budowanie abstynencji która zagarnie (albo i nie zagarnie) pijaków. I jeszcze do tego kolaborować z administracją państwa w narzuceniu trzeźwości innym poprzez naiwne utrudnienia, a nie indywidualne nawrócenia.

           Pewien młody katolik po wysłuchaniu listu ocenił go przez pryzmat indywidualizmu  - "gdyby ta diagnoza problemu była zupełnie trafna to z otyłością trzeba by walczyć poprzez zamykanie sklepów spożywczych."

           Wysoka myśl listu - apel o obyczajową konfederację - zostałaby zrozumiana w społeczeństwie ludzi wolnych i zhierarchizowanych; w społeczeństwie socjalistycznym trafia albo na szyderstwo, albo interesowną aprobatę osób uciekających od odpowiedzialności, albo urazę najwrażliwszej części laikatu.

            I tak oto ta akcja zraża do Kościoła niektórych trzeźwych chrześcijan, ci nietrzeźwi zapewne z niej żartują przy kieliszku.

            

            2.

            Trzydzieści lat temu w Garwolinie i w Głoskowie działał Marek Kotański, pionier leczenia narkomanii. Uratował wiele żywotów, wielu - nie zdołał.

            Sposób jego starań o reedukację narkomanów budził kontrowersje naszego środowiska medycznego i sąsiadów siedzib narkomańskich, bo podczas leczenia Kotański - chcąc za wszelką cenę odwrócić uwagę pacjentów od narkotyków - pozwalał im na wszystko oprócz ćpania. Również na odchodzenie od wzorców kulturowych; pacjentom pozwalano na hippisowski styl ubioru i bycia, na słuchanie woodstock'owej muzyki; na "koedukacyjnych" oddziałach wolno im było parzyć się, korzystać z form terapii kojarzonych przez zwykłych ludzi z beztroskim wypoczynkiem (obozy, biwaki), uczyć się w zaocznym liceum na ulgowych warunkach, pracować zaś (albo i nie pracować) w komunie rolniczej. Leczenie narkomanii miało nastąpić w otoczce świata kontrkultury, której integralną częścią za murami szpitala było ćpanie, po to by pacjenci odebrali warunki terapii jako znośne.

              Ciężko pracujący gospodarze z Głoskowa byli oburzeni sąsiedztwem utrzymywanych za pieniądze podatników narkomanów, postrzeganych jako zażywający w zrabowanym szlachcie dworze dolce vita, baraszkujących w krzakach za miedzą pól na których wieś ciężko pracowała. Zrozumiałe dlaczego patrząc ze swego punktu widzenia podejrzewali, że autor tego zamieszania to "niezły numerant z klucza PRL".

            Po latach, wobec wielu porażek leczenia, po kolejnych zgonach naszych wypisanych pacjentów (ech, co za ból!), Marek Kotański przeżył kryzys i ogłosił, że ostatnią nadzieją jego walki jest ... Jezus! "Kotan" stał się telewizyjnym szaleńcem bożym - zanim zginął w wypadku samochodowym zaczął - przynajmniej hasłowo - przekierowywać swą pracę na drogę o celu ewangelicznym.

            Dlaczego jego radykalne odwołanie się do Boga nie raziło, ale raczej zaciekawiało, jak zaciekawia "My sweet Lord" Harrisona? Wydaje mi się, że dlatego, że "Kotan" nie wciągał osób postronnych na swą drogę, ale ograniczał się do dania indywidualnego świadectwa swego przełomu wewnętrznego, pozostawiając widzom i słuchaczom wolne pole do osobistej decyzji o przyjęciu Logosu. Zgodnie z łacińską mądrością słowa [tylko] pouczają, przykłady [skutecznie] pociągają - Marek Kotański - przy wszystkich swych wadach - dawał przykład.

 

             3.

             Dzień przed wysłuchaniem listu Episkopatu uczestniczyłem w Łaskarzewie w pięknym ślubie zamieniającym zawarcie umowy małżeńskiej w królewskie święto Ich Małżeńskich Wysokości Pauliny i Pawła.

             Odczytano na nim fragment Pieśni nad pieśniami o miłości małżeńskich kochanków i fragment Ewangelii o weselu w Kanie, gdzie Maryja poprosiła o wino dla zaproszonych gości, a Chrystus stworzył je. I było dobre.

              Homilia była piękna i radosna. Grały organy. Wybrzmiało greckie kyrie elejson, łacińskie amen. Potem komunia. Chleb i wino. Znów organy na wyjście.

               A po mszy wesele. "I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem / A com widział i słyszał, w księgi umieściłem". (Z jakiej książki to cytat?)

               Mahomet zakazał wina muzułmanom traktując ich jako niezdolnych do wolności. Jak to dobrze, że jesteśmy chrześcijanami.

                                                                                              Andrzej Dobrowolski

 

http://www.czasgarwolina.plNiemiecki Caritas zbiera pieniądze dla biednych sprzedając "Vino di Benedetto XVI".

.