Miłosz – ateizacja jest częścią zniewalania umysłu

sierpień 21, 2021

 Czesław Miłosz napisał książkę „Zniewolony umysł” jako przeprosiny za swoją współpracę z rządem stalinowskiej Polski w latach 1946-51.

 Gdy uczestniczył w rządach marksistów przechodził szkolenia propagandowe, brał udział w naradach w tajnych kancelariach, rozmawiał, jadał i pił wódkę z innymi ludźmi władzy to poznał od podszewki zabójcze wobec chrześcijaństwa metody marksistów. Dlatego opisał je po mistrzowsku. Oto dlaczego „większa będzie w królestwie niebieskim radość z jednego nawróconego grzesznika, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych.”

 Teraz, gdy wiemy że ZSRR został założony przez wysłanników kilku żydowskich bankierów z Londynu i Nowego Jorku jak kolonia surowcowo-niewolnicza, nie dziwi nas że metody ateizacji są nadal, choć inaczej, w użyciu.

 AD

 

 /…/ Wszystko więc sprowadza się do panowania nad umysłami. Nowa i niesłychanie rozrośnięta biurokracja rekrutuje się z młodzieży pochodzenia robotniczego. Należy dać wszelkie możliwości kształcenia i awansu najbardziej energicznym i ruchliwym jednostkom z robotniczego środowiska. Droga przed nimi jest otwarta. Droga jest otwarta, ale strzeżona: myślenie ich powinno być oparte na niewzruszonych zasadach materializmu dialektycznego. Służą temu: szkoła, prasa, literatura, malarstwo, film i teatr. Trzeba też wspomnieć o znaczeniu pewnej nowej instytucji: czym w średniowieczu była kaplica, tym teraz jest świetlica; istnieje ona w każdej fabryce, w każdej szkole, w każdym biurze; na ścianach wiszą portrety wodzów udekorowane czerwienią; w niej odbywają się co kilka dni zebrania z przepisowymi referatami. Wpływ tych zebrań jest podobny do wpływu obrzędów kościelnych: mądry Kościół katolicki wiedział, że wiara jest raczej sprawą zbiorowej sugestii niż indywidualnego przekonania. . Zbiorowe praktyki religijne wprowadzają w stan wiary niepostrzeżenie; gest rąk złożonych do modlitwy, klękanie, śpiewanie pieśni  p o p r z e d z a j ą  wiarę – jest ona zjawiskiem psychofizycznym.

 Edward Gibbon, opisując skutki dekretów Teodozjusza zabraniających obrzędów pogańskich („The Decline and Fall of the Roman Empire”), tak powiada: „Uczucia religijne poety czy filozofa mogą być utrzymywane dzięki modlitwie, medytacji i studiom, ale odprawianie publicznych nabożeństw zdaje się być jedyną trwałą podstawą religijnych uczuć ludu, które czerpią swoją siłę z naśladownictwa i przyzwyczajenia. Przerwanie tych publicznych obrzędów może dokonać, w ciągu niewielu lat, ważnego dzieła narodowej rewolucji. Pamięć teologicznych opinii nie może być długo zachowana bez sztucznej pomocy kapłanów, świątyń, książek. Niewykształcone masy, których umysły są nadal poruszane przez ślepe nadzieje i przesądne obawy, zostaną szybko przekonane przez swoich zwierzchników, że powinny skierować swoje przywiązanie ku rządzącym bóstwom wieku; przesiąkną one niepostrzeżenie szczerą gorliwością popierając i propagując nową doktrynę, do której przyjęcia zmusi ich z początku głód duchowy.”

 Ta lekcja z zamierzchłej przeszłości godna jest naśladowania. Ludzie wypełniający świetlicę poddają się pewnemu zbiorowemu rytmowi: myśleć inaczej niż myśli zbiorowość wydaję się absurdem. Zbiorowość składa się z jednostek, które wątpią, ale wypowiadają przepisowe zdania i śpiewają przepisowe pieśni; tak postępując stwarzają zbiorową atmosferę, której same z kolei się poddają. Wpływ świetlicy należy do rzędu zjawisk zbiorowej magii pomimo racjonalistycznych pozorów. To połączenie racjonalizmu doktryny z magią następuje przez wyeliminowanie swobodnej dyskusji, która zresztą traci sens: jeżeli to, co głosi doktryna jest równie prawdą, jak to że dwa razy dwa równa się cztery, tolerowanie opinii, że dwa raz dwa równa sie pięć byłoby wręcz nieprzyzwoite.

 Młodociany obywatel od pierwszego dnia pobyt w szkole otrzymuje wykształcenie oparte na tej prawdzie. Szkoła w demokracjach ludowych różni się poważnie od szkoły na Zachodzie, to jest od tej szkoły, do której chodziłem w przedwojennej Polsce. I ja, i moi koledzy, byliśmy poddani podwójnemu systemowi wartości. Lekcje matematyki, fizyki i biologii uczyły nas prawd naukowych i wpajały szacunek dla materialistycznego światopoglądu odziedziczonego po XIX wieku. Nie były poddane tym prawom naukowym historia i historia literatury, nie mówiąc o historii Kościoła katolickiego i apologetyce, które podawały, często w sposób naiwny, w wątpliwość to, czego uczyły fizyka i biologia. W demokracjach ludowych materialistyczny światopogląd dziewiętnastego wieku został konsekwentnie rozciągnięty na wszystkie nauczane przedmioty: historia i historia wszelkich dziedzin ludzkiej twórczości są przedstawiane jako wynik działania niezłomnych i już odkrytych praw.

 W dziewiętnastym wieku, wskutek powstania masowego czytelnictwa, pojawiły się broszury popularyzujące teorie naukowe. Niezależnie od wartości tych teorii należy stwierdzić, że z chwilą kiedy przybierały one formę popularną, stawały się  c z y m ś  i n n y m , niż dopóki należały do dziedziny naukowych dociekań. Na przykład uproszczona i zwulgaryzowana teoria Darwina o pochodzeniu gatunków i walce o byt nie jest tym samym, czym była dla Darwina i spierających się z nim uczonych. Przekształca się ona w ważny element socjologiczny, nabiera emocjonalnego zabarwienia. Liderzy XX wieku, na przykład Hitler, czerpali swoją wiedzę wyłącznie z popularnych broszurek, co tłumaczy nieprawdopodobny zamęt w ich głowach. Wiedza zwulgaryzowana tym się odznacza, że daje poczcie, iż wszystko jest zrozumiałe i wytłumaczone. Przypomina ona system mostów nad przepaściami. Po tych mostach można iść śmiało naprzód legając złudzeniom, że żadnych przepaści nie ma. W przepaści nie wolno zaglądać – co niestety nie zmienia faktu, że istnieją.

 Materializm dialektyczny w przeróbce rosyjskiej nie jest niczym innym niż wulgaryzacja wiedzy podniesioną do kwadratu. Niegdyś dla nauki przyrody las przedstawiał się jako zbiorowisko drzew poddanych pewnym nielicznym elementarnym prawom. Wydawało się, że wycinając las i zasiewając na tym miejscu nasiona drzew otrzyma się po upływie określonej liczby lat nowy, podobny do dawnego las, stosownie do ludzkich zamierzeń. Dzisiaj wiadomo, że tak nie jest: las jest organizmem powstającym wskutek złożonych związków wzajemnego oddziaływania mchów, gleby, porostów, drzew i traw. Z chwilą, kiedy w wyciętym lesie te mchy i porosty ulegną zniszczeniu, zakłócona jest zasada symbiozy gatunków i nowy las będzie już zupełnie nowym organizmem, niż mógłby to przypuszczać ktoś lekceważący socjologię roślin. Stalinistom obca jest wiedza o warunkach, jakich potrzebuje do istnienia roślina ludzka. Nie chcą o tym słyszeć, a tępiąc dociekania w tym kierunku, do jakich byliby zdolni uczeni i pisarze, bo takie dociekania są sprzeczne z ortodoksją – zamykają przed ludzkością możliwość zdobycia wiedzy o sobie samej. Element emocjonalny i dydaktyczny doktryny jest tak silny, że zmienia wszelkie proporcje.  Metoda – w założeniu naukowa – zastosowana do dyscyplin humanistycznych polega przeważnie na dowolnym ich przekształcaniu w opowieści budujące, stosownie do potrzeb chwili. Nie ma jednak ucieczki w chwilą, kiedy człowiek wkracza na mosty stanowiące tak znakomite ułatwienie w poruszaniu się. Na skromne uwagi prawdziwych uczonych stwierdzających, że prawa naukowe są hipotetyczne, zależne od wybranej metody i użytych symbolów, nie ma już miejsca. Stulecia ludzkiej historii wypełnione tysiącami zawiłych spraw, są sprowadzone do kilku najbardziej ogólnych terminów. Niewątpliwie analiza historii dawnej i współczesnej jako wyraz walki klas jest bliższa prawdy niż przedstawianie historii jako prywatnych awantur książąt i królów. Dlatego jednak właśnie, że jest bliższa prawdy, jest bardziej niebezpieczna: daje ona złudzenie pełnej wiedzy, dostarcza odpowiedź na każde pytanie, a te odpowiedzi są w istocie powtarzaniem w kółko kilku formuł i nie wyjaśniają niczego, zapewniając pozorna satysfakcję. Do tego trzeba dodać powiązanie nauk przyrodniczych z humanistycznymi przy pomocy materializmu (na przykład teoria „wiecznej materii”), a spostrzeżemy, że koło jest znakomicie i logicznie zamknięte aż do Stalina jako szczytowego punktu dziejów od początku życia na naszej planecie.

 Syn robotnika poddany takiemu nauczaniu nie może myśleć inaczej, niż tego wymaga szkoła. Dwa razy dwa równa się cztery. Z pomocą szkole przychodzi prasa i literatura; jest ona ilustracją tego, czego młodzież w szkole się uczy, podobnie jak żywoty świętych i męczenników służyły za ilustrację teologii. Również malarstwo, film i teatr są ilustracją tez leninizmu-stalinizmu. Nieścisłe byłoby twierdzenie, że nadal istnieje podwójność wartości: sprzeciw jest jednak emocjonalny, rzadko może wytrzymać konkurencję tam, gdzie chodzi o racjonalizm odruchów.

 Dzięki znakomitemu środkowi wulgaryzacji umysły nieprzygotowane, to jest takie, które rozumują zbyt słabo, uczą się rozumować; ludzie tak wytresowani zyskują przekonanie, że to co się dzieje w demokracjach ludowych, jest konieczne, choćby przejściowo miało być złe. Im więcej ludzi „uczestniczy w kulturze”, to jest przechodzi przez szkoły, czyta książki i pisma, uczęszcza do teatrów i na wystawy, tym bardziej zwiększa się zasięg doktryny i tym mniejsze niebezpieczeństwo grozi panowaniu filozofów.

 Istnieją jednak ludzie, którzy mając nawet dostateczne wykształcenie rozumują źle. Są oni całkowicie impregnowani na wpływy filozofii wywodzącej się z Hegla. Kury nie da się nauczyć pływać, podobnie nie da się przekonać ludzi obciążonych przynależnością do grup skazanych przez system na zagładę. Jasne uświadomienie sobie sytuacji odbierałoby tym ludziom wszelką nadzieję; oczywiste jest więc, że szukają umysłowych wybiegów. Ci ludzie są wrogami. Powinni być usunięci na margines społeczeństwa nie za to, że rozwijają jakąś działalność: za to  c z y m  są; ich wina ma charakter  o b i e k t y w n y.

 Mentalność wrogów jest przedmiotem badań ze strony dialektyków. Bada się reakcjonistę jako typ społeczny – i oto jak się go określa. Rozwińmy całe rozumowanie. Istnieją pewne cechy po których można go rozpoznać. Reakcjonista, chociażby był człowiekiem wykształconym, nie jest zdolny przyswoić sobie współzależności zjawisk – tego nabytku dwudziestego wieku. Ponieważ operuje izolowanymi konceptami, jego wyobraźnie polityczna jest ograniczona. Człowiek wychowany socjologicznie z każdego zjawiska potrafi natychmiast wyprowadzić ciągi rozumowania – co do przyczyn zjawiska i jego następstw. Postępuje jak paleontolog, który ze skamieliny odgaduje formację, która ją wydała. Pokażcie mu wiersz poety z jakiegoś kraju, obraz, a nawet szczegół ubrania – natychmiast umieści go w kontekście historycznym. Jego ciągi rozumowania mogą być fałszywe; niemniej pojmuje on, że w obrębie pewnej cywilizacji nie ma przypadkowości, rozpatruje wszystko jako objawy. Reakcjonista nie jest do tego zdolny. Świat przedstawia mu się jako szereg zdarzeń równoległych, nie powiązanych ze sobą. Na przykład nazizm – według niego – był tylko wynikiem działalności Hitlera i jego towarzyszy, ruchy rewolucyjne powstają na skutek manipulacji Moskwy itp. Dlatego zmiany, jakie zachodzą w demokracjach ludowych sprowadzają się – jego zdaniem – do przemocy: jeżeli jakiś cudowny wypadek usunie tę przemoc, wszystko wróci do „normy”. Przypomina człowieka, któremu powódź burzliwej rzeki zalała ogród i który spodziewa się, że po jej ustaniu odnajdzie dawne grządki; a przecie woda rozlanej rzeki nie tylko  j e s t : wyrywa ona i unosi całe połacie gruntu, obala drzewa, składa pokłady mułu, toczy kamienie i dawny ogród oznacza już niewiele więcej niż pewną ilość metrów kwadratowych zupełnie zmienionej przestrzeni. Reakcjonista nie ogarnia ruchu. Sam język jakiego używa, czyni go do tego niezdolnym; pojęcia, wśród których przebywa, są niezmienne, nie ulegają odnowieniu wskutek obserwacji. Był taki film z Laurelem i Hardym [Flip i Flap – przyp. AD] oparty na zabawnym pomyśle: Laurel jako żołnierz amerykański w pierwszej wojnie światowej został na rozkaz dowódcy w okopie przy karabinie maszynowym, kiedy kompania ruszała do ataku. Działo się to akurat przed Armistice. W zamęcie Armistice zapomniano o nim i znaleziono go dwadzieścia lat później; koło okopu wznosiła się góra konserw, którymi się odżywiał; siedział przy karabinie maszynowym i strzelał, kiedy przelatywał nad nim samolot linii lotniczej. Reakcjonista zachowuje się jak Laurel: wie, że trzeba strzelać do samolotu i nie może pojąć, że samolot stał się czymś innym niż był wtedy, kiedy padł rozkaz.

 Reakcjonista, czytając nawet wiele książek o Metodzie dialektycznej, nie rozumie, co stanowi jej istotę; brak mu jakiejś sprężynki w umyśle.  Poważne skutki wynikają z tego na przykład w jego ocenie psychologii ludzi. Dialektyk wie, że umysłowe i emocjonalne życie człowieka jest w ciągłym ruchu, że traktowanie jednostek jako charakterów zachowujących niezmienność we wszelkich okolicznościach nie ma sensu. Zmieniając warunki życia zmienia się ludzkie wierzenia i odruchy. Reakcjonista ze zdumieniem patrzy na zmiany dokonujące się w ludziach. Obserwując, jak jego znajomi stają się powoli zwolennikami systemu, próbuje to wytłumaczyć w swój nieudolny sposób „oportunizmem”, „tchórzostwem”, „zdradą”; musi mieć takie etykietki, bez nich czuje się zgubiony. Ponieważ jego rozumowanie jest oparte na zasadzie „albo – albo”, próbuje dzielić swoje otoczenie na „komunistów” i „niekomunistów”, choć w demokracjach ludowych takie rozróżnianie traci wszelkie podstawy:: tam, gdzie dialektyka kształtuje życie, ktoś, kto chce stosować dawną logikę, musi się czuć całkowicie wtrącony z równowagi.

 Reakcjoniście zdarza się ciągle ta sama przygoda: ma pojęcia i nagle z tych pojęć wycieka wszelka treść, zostają mu puste słowa i frazesy z upodobaniem, odwracają się od nich jako wyraźnie za ogólnych, zbyt mało określonych i nie dających się zastosować do rzeczywistości. Reakcjonista z rozpaczą powtarza: „honor”, „ojczyzna”, „naród”, „wolność”, nie mogąc w żaden sposób oswoić się z faktem, że dla ludzi przebywających w zmienionej (i zmieniającej sie co dzień) sytuacji te abstrakcje nabierają konkretnego i zupełnie innego niż dawne znaczenia.

 Dzięki takim cechom reakcjonista jest uważany przez dialektyków za typ umysłowo od nich niższy i dlatego mało niebezpieczny. Nie jest to partner równorzędny. Reakcjonistami w tym sensie była klasa posiadająca i większość dawnej inteligencji. Dzięki temu właśnie wzięcie inteligencji mocno w ręce, po likwidacji klasy posiadającej, nie przedstawia większych trudności: bardziej żywotni jej przedstawiciele przechodzą na nowe pozycje ideologiczne, a reszta spada umysłowo i socjalnie coraz niżej, w miarę jak przestaje „nadążać” za zachodzącymi dookoła zmianami. Nowa inteligencja nie ma już z dawną wspólnego języka. Reakcyjne tendencje istnieją w masach chłopstwa i byłego drobnomieszczaństwa, jednak są to tendencje pozbawione umysłowego wyrazu. Masy te są wychowywane (przez stworzenie nowych warunków życia) i choć są niezadowolone, z każdym miesiącem zwiększa się umysłowy dystans między nimi i programowymi reakcjonistami. Poważnym czynnikiem ułatwiającym rządy krajem są politycy emigracyjni. Dziewięćdziesiąt procent z nich są to, według podanej wyżej definicji, reakcjoniści. Ich apele i przemówienia radiowe przypominają strzelaninę biednego Laurela do samolotów. Słuchacze nie bez przyjemności przyjmują ich wymyślania pod adresem nielubianych rządów, nie mogą jednak traktować tych sformułowań poważnie.  Niewspółmierność pomiędzy słowami drogimi tym politykom a doświadczeniem jest zbyt wyraźna, wyższość rozumowania dialektyków, zawsze dostosowanego do aktualności, zbyt widoczna. Tego rodzaju ocena, nieprzychylna dla reakcjonistów, pojawia się instynktownie: jest w niej coś jak uczucie niejasnego zażenowania, wstyd, , że ci, którzy występują przeciw dyktaturze, nie dorastają do niej umysłowo. Stąd powstaje niechęć do solidaryzowania się z reakcjonistami (instynkt, który wyczuwa słabość, jest właściwy masom ludzkim) i pogłębia się poczucie fatalizmu.

 Władza nad umysłami mas nie jest więc zagrożona. Energia intelektualna. gdziekolwiek się pojawia, może znaleźć tylko jedno ujście. Inna jednak sprawa, kiedy się patrzy na życie emocjonalne mas na ogromne napięcie istniejących w niej nienawiści. Tej nienawiści nie da się wytłumaczyć tylko ekonomicznymi przyczynami. Partia wyczuwa, że w tej dziedzinie, najmniej przez marksizm zbadanej, kryją się niespodzianki i prawdziwe niebezpieczeństwa.

 Przede wszystkim problem religii. Ciągle on jeszcze trwa mimo wielu słabych punktów chrystianizmu, które można z powodzeniem atakować. Nie bez powodu Kościół katolicki zażarcie bronił w początkach reformacji struktury feudalnej przeciwko rodzącemu się kapitalizmowi: kapitalizm stworzył naukowe myślenie, które zadało w Europie cios religii, ponieważ usunęło najlepsze umysły z zasięgu teologii. W społeczeństwie nowoczesnym można obserwować szybkie rozpowszechnianie się idej, które z początku są własnością tylko garstki umysłów; żeby wiedzieć, jak rozwój społeczeństwa będzie postępować, wystarczy nieraz śledzić kierunek, w jakim zmierza myśl niedużej liczby najbardziej wrażliwych jednostek. To, co jest w pewnym momencie na powierzchni (na przykład pewne style literackie) , ustępuje miejsca nowym elementom, choć długo jeszcze przeżywa jako sfera drugorzędna i trzeciorzędna (jakkolwiek możliwe są odrodzenia). Zdarzyło się to w Europie  również z teologią, która straciła w Europie swoją pierwszorzędną pozycję. Kościół stracił intelektualistów i nie zyskał nowopowstającej warstwy robotniczej – a są to dwie grupy, do których Partia przywiązuje specjalne znaczenie. Życie umysłowe chrystianizmu rozwija się dzisiaj na marginesie Kościoła – w małych grupkach próbujących dostosować filozofię chrześcijańską do nowych potrzeb stulecia.

 Jednak potrzeby religijne w masach istnieją i byłoby błędem, z punktu widzenia Partii, je negować. Być może przekształcając całą ludność w robotników zdoła się zniszczyć same te potrzeby, ale nie jest całkowicie pewne, kiedy to nastąpi. Ma się tu do czynienia z nieobliczalnymi pierwiastkami. W istocie tajemniczy jest opór wewnętrzny okazywany przez człowieka wobec rozumnego tłumaczenia zjawisk. Tak słaby jest rynsztunek logiczny chrześcijaństwa w dwudziestym wieku i tak mocno dziecko w szkole nasiąka nowym sposobem myślenia, a mimo to ciągle jeszcze trwa strefa cienia niedostępna światłom rozumu. Natykamy się ciągle na zagadki. Profesor Pawłow, twórca teorii odruchów warunkowych, chodził co niedziela do cerkwi; ponieważ był wybitnym uczonym i starym człowiekiem, nie robiono mu w Moskwie z tego powodu przykrości. Twórca teorii odruchów warunkowych! Tej właśnie teorii, która stanowi jeden z najsilniejszych argumentów przeciwko istnieniu jakiejś stałej „natury ludzkiej”. Obrońcy religii powołują się na tę „naturę ludzka” twierdząc, że nie da się jej całkowicie zmienić i że skoro w ciągu tysięcy lat w rozmaitych cywilizacjach pojawiały się bóstwa i kościoły, można się tego samego spodziewać w przyszłości. Co działo się w głowie profesora Pawłowa, jeżeli dwa systemy pojęć – naukowy i religijny – przebywały tam jednocześnie?

 [Dla Miłosza – choć nie dla marksistów – jest to niechybnie pytanie retoryczne: „atomy”, „cząsteczki”, odruchy, refleksje ciała stanowią materialną podstawę (budulec) istot i zdarzeń bytujących na nich dzięki której się aktualizują i którą to istoty rządzą mimo bezwładności jaka materia w nie wnosi, jak rzeczy obrazu są na materii obrazu, kształty rzeźby na kamieniu, a dramat na przedmiotach scenografii i na aktorach. Miłosz znał obalenie filozofii przyrody przez Sokratesa i Platona – to nie w atomach mieszkają siły stwórcze kosmosu, idee i prawa, ale nad nimi. Coś takiego jak czysta materia nie istnieje. Z czego składają się kwarki? Czy to są „ugięcia pierwotnego pola” przez prawa kwantodajne? – przypis AD]

 Czy jednak skłonności, które popychają ludzi do religii, są wynikiem „natury ludzkiej”, czy odruchów warunkowych działających w ciągu stuleci – jest bez większego znaczenia: skłonności te są. W czasie wojny Związku Radzieckiego przeciwko Hitlerowi trzeba było wydobyć z kurzu zapomnienia popów, tak jak trzeba było odwołać się do uczuć nacjonalistycznych. Kiedy przychodzi w obliczu śmierci ta chwila absurdalnego olśnienia, że wszystko to nie ma sensu – materializm dialektyczny ukazuje nagle swą matematyczną strukturę. Człowiek spada z przemyślnie ustawionych mostów w przepaść i woli poddać się magii ikony.

 Partia wie, że sama jest Kościołem. Od tego w jakim stopniu zdoła skanalizować irracjonalne skłonności ludzkie i użyć ich dla swoich celów – zależy jej dyktatura nad kula ziemską i przekształcenie ludzkiego gatunku. Nie, nie wystarcza przekonać ludzi poprawnym rozumowaniem. Obrzęd w świetlicy, poezja, powieść, film są tak ważne, bo sięgają głębiej, tam, gdzie czai się emocjonalny sprzeciw. I nie należy tolerować innego Kościoła: chrześcijańskiego. Jest to wróg numer jeden: w nim znajduje oparcie wszelki sceptycyzm mas, jeżeli chodzi o radykalna przemianę człowieka. Jeżeli według Ewangelii nie wolno krzywdzić bliźnich, to może nie wolno również tępić „kułaków”? Jeżeli ludziom nie należy się cześć najwyższa, może obrzędy na cześć geniuszów, takich jak Lenin i Stalin, są bałwochwalstwem?

 Znałem i miałem wśród swoich przyjaciół wielu chrześcijan – Polaków, Francuzów, Hiszpanów – którzy w dziedzinie politycznej było zwolennikami ścisłej ortodoksji stalinowskiej, zachowując sobie wewnętrzne zastrzeżenia, wierząc w korektę Boga przeprowadzaną po wykonaniu krwawych wyroków przez pełnomocników Historii. Posuwali się oni w swoim rozumowaniu dość daleko: ich zdaniem, rozwój historyczny odbywa się według niezłomnych praw, które istnieją z woli Boga; jednym z tych praw jest walka klas, wiek dwudziesty jest wiekiem zwycięskiej walki proletariatu, który jest prowadzony do tej walki przez Partię komunistyczną; ponieważ wodzem partii komunistycznej jest Stalin, wypełnia on prawo historii, czyli działa z woli Boga i należy mu być posłusznym. Odnowienie ludzkości możliwe jest tylko w sposób zastosowany na obszarach Rosji, dlatego chrześcijanin nie może występować przeciwko jedynej okrutnej, co prawda, idei, która stworzy na całej planecie nowy gatunek człowieka. Takie rozumowanie jest często używane publicznie przez tych duchownych, którzy są narzędziami w rękach Partii. „Chrystus jest nowym człowiekiem. Człowiek nowy to człowiek sowiecki. Więc Chrystus jest człowiekiem sowieckim!” – powiedział patriarcha rumuński Justynian Marina.

 W rzeczywistości chrześcijanie ci (pomijając wykonawców w rodzaju Mariny) popełniają jeden w większych fałszów, jakie można było oglądać w ciągu stuleci. Ten fałsz polega na  w s t y d l i w y m  wyrzeczeniu się własnej wiary. Pomiędzy chrześcijaństwem i filozofią stalinizmu zachodzi sprzeczność nie do pogodzenia: chrześcijaństwo opiera się na pojęciu zasługi i winy  i n d y w i d u a l n e j, natomiast Nowa Wiara zastępuje to pojęcie pojęciem zasługi i winy  h i s t o r y c z n e j. Chrześcijanin, który odrzuca zasługi i winę indywidualną, przekreśla tym samym czyn Jezusa, a Bóg na którego się jeszcze powołuje, przekształca się powoli w Historię. Jeśli uznaje natomiast, że istnieje tylko indywidualna zasługa i wina, czyż może cierpieć obojętnie na cierpienia istot ludzkich, których jedynym przestępstwem było to, że stanowiły one przeszkodę w dokonywaniu się „procesów historycznych”? Aby uśpić sumienie, używa tego szczególnego wybiegu, jakim jest teza, że reakcjonista nie może być człowiekiem dobrym. Kto jest reakcjonista według przystosowanej do doraźnego użytku definicji? Każdy, kto sprzeciwia się nieuniknionym procesom historycznym, to jest polityce Politbiura. Teza o „grzechu reakcjonisty” jest z kolei obszernie uzasadniana przy pomocy niezwykle przemyślnych argumentów: każde poznanie jest „kierunkowe”; widzieć rzeczywistość prawdziwie może tylko ten, kto patrząc na nią ocenia ją według interesów tej klasy, która jest dźwignią postępu, to jest proletariatu; jakie są interesy proletariatu – o tym uczą nas pisma Lenina I Stalina; kto patrzy na rzeczywistość inaczej, widzi ja fałszywie, to znaczy jego obraz rzeczywistości jest zdeformowany przez nacisk interesów klas, które są wsteczne, a więc skazane na zepchnięcie z widowni dziejowej – a z tej przyczyny świadomie (czy też podświadomie) uprawiają eskapizm; kto widzi fałszywie świat, musi działać źle; kto działa źle, jest człowiekiem złym. Reakcjonista jest więc człowiekiem złym i nie należy go żałować. Uzasadnienie powyższe jest bardzo interesujące – ma tylko jedną wadę: stoi w sprzeczności z obserwacja faktów. Gdyż nacisk wszechpotężnego totalitarnego państwa wytwarza w obywatelach napięcia uczuciowe, które decydują o ich czynach. Podział na „lojalnych” i „zbrodniarzy” odbywa się z premiowaniem  wszelkiego rodzaju konformistów, tchórzów i służalców, natomiast wśród „zbrodniarzy” znajduje się szczególnie wysoki procent ludzi prostych, szczerych i wiernych sobie. Z punktu widzenia społecznego ci ludzie byliby najlepszą gwarancją rozwoju społecznego organizmu. Z punktu widzenia chrześcijańskiego nie mają oni innych win na sumieniu niż pogarda, jaką okazali Cezarowi czy też niewłaściwa ocena jego potęgi. Twierdzenie, że wina historyczna jest automatycznie wina indywidualną, nie może być traktowane inaczej niż wybieg wrażliwego a kłamliwego sumienia. Nie znaczy to, że można problem winy historycznej zbyć łatwymi ogólnikami. Głupota, to jest niezdolność zrozumienia mechanizmu wydarzeń, może być przyczyna olbrzymich cierpień, jakie człowiek zadaje bliźnim. W tym sensie dowódcy polscy, którzy wydali rozkaż rozpoczęcia powstania warszawskiego w 1944 są winni głupoty, a ich wina ma charakter indywidualny. Inna jednak wina indywidualna ciąży na dowództwie Armii Czerwonej, która nie przyszła z pomocą powstaniu – nie z głupoty, przeciwnie: z pełnego zrozumienia „procesów historycznych” ( to jest po prostu z właściwej oceny siły). Przykładem winy przez głupotę jest stosunek różnych społeczeństw do tych myślicieli, artystów i pisarzy, którzy sięgali wzrokiem w przyszłość i których dzieła były mało zrozumiałe dla ich współczesnych. Krytyk odmawiający wszelkiej wartości takim dziełom mógł działać w dobrej wierze, ale przez swoja głupotę wtrącał w nędzę czy narażał na prześladowanie ludzi bez porównania bardziej od siebie wartościowych. Specyficzność zabiegów chrześcijan-stalinistów polega na stopieniu w jedno winy historycznej i indywidualnej, podczas kiedy bywają tylko wypadki, kiedy te pojęcia się pokrywają.

 Śledząc ewolucję moich przyjaciół katolików, którzy zaakceptowali linię partyjną – miałem możność zauważyć, że z ich chrześcijańskiej metafizyki zostaje stopniowo tylko frazeologia, natomiast prawdziwą treścią staje się Metoda (Bóg przekształca się w Historię). Ten proces psychiczny zna wielu chrześcijan w demokracjach ludowych. Jest to niewątpliwie nowy i szczególny nabytek dwudziestego wieku. Nie pojawił się on w Rosji, gdzie Cerkiew została zniszczona wcześnie i na ogół skutecznie – natomiast istnienie sporej ilości lojalnych pół-chrześcijan w podbitej części Europy może mieć ogromne skutki, jeżeli chodzi o realizacji politycznych celów Imperium. Tolerowanie, a nawet popieranie tych „chrześcijan- patriotów”, jak się ich nazywa, stwarza dla Imperium możliwość uniknięcia jednego z najbardziej niebezpiecznych konfliktów. Przejście od chrześcijaństwa do kultu Historii [Postępu – przypis AD] odbywa się niepostrzeżenie. Niewątpliwie największym sukcesem Imperium byłoby osadzenie w Watykanie papieża wiernego linii partyjnej. Msza w Bazylice św. Piotra odprawiona przez takiego papieża, z udziałem kierowniczych osobistości tych krajów podbitych, które posiadają większość ludności wyznania katolickiego – byłaby jednym z największych kroków dla skonsolidowania Imperium światowego.

 Chrześcijanie w służbie wschodniego Imperium rozwiązują w szczególny sposób problem postawiony przez słowa Jezusa: „Oddajcie co boskie Boga, a co cesarskie Cezarowi”. Od tego czasu przeciwieństwo między jednostką ludzką i Cezarem nie zostało nigdy przekreślone. Gwarancja utrzymania tego podziału było chrześcijaństwo. Według niego każdy człowiek miał swoją własną historię, równoległą, czy też różna od historii grupy społecznej, do której należał, albo narodu. Jeżeli jak uczy się dzisiaj w szkołach od Łaby do Władywostoku, historia każdego człowieka jest niczym więcej niż refleksem historii klasy, a klasa znajduje swoje wcielenia w Cezarze – jest jasne, że człowiek występujący przeciwko Cezarowi występuje przeciwko samemu sobie. Chrześcijanie, którzy się na to godzą, składają dowód, że nie wierzą już w osąd czynów każdego człowieka przez Boga: do uległości skłania ich strach przed wiecznym potępieniem Historii.

 Konflikt pomiędzy chrześcijaństwem i rewolucją jest zasadniczy i zdaje sobie z tego sprawę Partia. Dąży ona do największego celu, jaki rodzaj ludzki postawił sobie w ciągu swego istnienia: „usunięcia eksploatacji zzłowieka przez człowieka”, to znaczy zniszczenia w człowieku chęci zysku jako motywu działania; na to miejsce stawia się motyw obowiązku wobec zbiorowości. Jest to cel odległy i zaszczytny; prawdopodobnie nie da się go osiągnąć szybko i w ciągu dłuższego okresu nie będzie można zaszczepić poczucia obowiązku niż utrzymując trwały terror. W chrześcijaństwie natomiast istnieje dualizm oceny: człowiek jest według niego i „dzieckiem bożym”, i członkiem społeczeństwa; jako członek społeczeństwa powinien poddać się ustalonemu porządkowi rzeczy, ale pod warunkiem, że ten porządek nie przeszkadza mu w pracy nad zbawieniem duszy. Tylko niszcząc w człowieku dualizm i rozpuszczając go całkowicie w pierwiastku socjalnym – uczy Partia – można wyzwolić siły nienawiści potrzebne do realizacji nowego świata.

 W krajach wysoce uprzemysłowionych – takich jak Anglia, Stany Zjednoczone czy Francja – masy w poważnym procencie odeszły od religii. Technika i powstający wskutek niej sposób życia – niszczy chrześcijaństwo skuteczniej niż środki gwałtowne: następuje erozja wierzeń religijnych. Ten proces zrobił poważne postępy również w Europie Środkowej i Wschodniej. Istota zagadnienia polega na tym, żeby nie zgalwanizować chrześcijaństwa nieostrożnym postępowaniem. Takim nieostrożnym postępowaniem byłoby na przykład nagłe zamknięcie kościołów i wydanie zakazu praktyk religijnych. Należy dążyć raczej do rozbicia Kościoła na dwa odłamy; część kleru należy skompromitować jak reakcjonistów i „obcych agentów” – co przy rzeczywistych nastrojach reakcyjnych wielu księży nie jest szczególnie trudne. Drugą część należy mocno związać z państwem, tak aby Kościół był użytecznym narzędziem w ręku państwa, jak Cerkiew w Rosji. Kler całkowicie uległy – stający się w niektórych wypadkach współpracownikiem policji bezpieczeństwa – traci autorytet w oczach wiernych. Taki Kościół można zachować przez dziesiątki lat aż do chwili, kiedy zgaśnie on śmiercią naturalną wskutek braku zwolenników. /…/

Czesław Miłosz

Zniewolony umysł

 

gospodarz strony Andrzej Dobrowolski