22 listopada 2018r. Imieniny: Cecylii, Marka, Maura
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Oddolne zdolności polityczne narodu według Dostojewskiego

           Zwykli ludzie nie umieją oddolnie zorganizować się i działać skutecznie grupowo, czy to w Twerze, czy w Garwolinie, czy gdziekolwiek indziej. Wbrew teoretycznym założeniom demokracji i prości ludzie, i inteligencja, i drobni przedsiębiorcy zebrani w jednej sali w pilnej sprawie która winna ich jednoczyć będą gadać o niczym, dogryzać sobie, wygłaszać tyrady dobrego mniemania o sobie samych omijając sedno sprawy i podjęcie skutecznego działania dla niej. Na której rozpoczęcie zresztą nie będą w stanie nawet zebrać składki. 

          Żeby zilustrować tę prawdę, przedstawiamy dziś rozdział powieści "Biesy" arcymistrza Teodora Dostojewskiego. Co prawda opowiada on o zebraniu opętanych marksizmem Rosjan jakie mogło odbyć się w 1870 roku, ale sama dramaturgia przypomina jako żywo jakiekolwiek zebrania na całym świecie. Sprytny socjotechnik i intrygant jest w stanie opanować dużą grupę ludzi nawet swymi niegrzecznymi minami, a co dopiero przemyślną sofistyką.  

              Piszę to po to, byśmy w swych ocenach nie obciążali swego narodu odpowiedzialnością za niekompetencję w rządzeniu - naród oczywiście nie umie rządzić i nie można gniewać się nań za to. Odpowiedzialność za politykę spada na elitę rządzącą sterującą świadomością zbiorową. 

              Swoją drogą - tekst przewidujący zamordowanie przez marksistów w XX wieku stu milionów ludzi został opublikowany przez Dostojewskiego w 1872 roku! On ich znał, bo sam do nich przed nawróceniem należał. Stąd celność jego zapisu. W jego tekście słowo „liberalizm” użyte jest w znaczeniu amerykańskim, bliskoznacznym do socjalizmu. 

              Aha. Jeszcze jedno – Dostojewskiego trzeba czytać  b a r d z o  uważnie. 

                                                                                                        Andrzej Dobrowolski 

 .

http://www.czasgarwolina.pl 

WŚRÓD NASZYCH 

 I 

          Wirgiński mieszkał we własnym domu, raczej w domu żony, przy Murawiejnej. Był to domek drewniany, jednopiętrowy. Żadnych obcych lokatorów tam nie było. Pod pozorem imienin zebrało się około piętnastu osób, lecz zebranie to w niczym nie przypominało prowincjonalnej imieninowej zabawy. Od początku pożycia małżeńskiego Wirgińscy zdecydowali, że głupio jest spraszać gości na imieniny. „Nie ma się z czego cieszyć" — mówili. W ciągu kilku lat zdołali zerwać kontakt ze wszystkimi towarzyskimi ugrupowaniami. Wirgiński, człowiek dość zdolny i niebiedny, wydawał się wszystkim dziwakiem lubiącym samotność i miał opinię człowieka wyniosłego. Madame Wirgińska, która trudniła się akuszerią, już przez to samo stała na najniższym szczeblu społecznym, niżej nawet od popadii, i nic tu nie pomagała oficerska ranga jej męża. Trudno jednak było dostrzec w niej pokorę, jaka odpowiadałaby temu stanowisku. Po głupim, skandalicznie oficjalnym romansie jej z jakimś włóczęgą, kapitanem Lebiadkinem, romansie, na który zdecydowała się dla zasady, najbardziej wyrozumiałe spośród naszych pań zaczęły odwracać się od niej z widoczną pogardą. Pani Wirgińska przyjęła to spokojnie. Te same surowe panie w okresie błogosławionego stanu usiłowały zwracać się tylko do niej, odrzucając pomoc trzech innych akuszerek w naszym mieście. Tak wierzono w jej umiejętność, szczęście i zręczność w trudnych wypadkach, iż nawet obywatelki ziemskie posyłały po nią do miasta. Skończyło się na tym, że Arina Prochorowna chodziła na połogi tylko do najbogatszych domów. Na pieniądze była strasznie łasa. Poczuwszy ostatecznie swoją siłę, przestała się już krępować. Może naumyślnie, w najświetniejszych domach, straszyła nerwowe położnice jakimś nihilistycznym poniewieraniem wszelkimi formami lub też wyszydzaniem rzeczy świętych, zwłaszcza w takich chwilach, gdy świętość byłaby najbardziej na miejscu. Nasz lekarz wojskowy Rozanow, który był jednocześnie ginekologiem, zaświadczył kategorycznie, iż w pewnym wypadku, gdy położnica wiła się w mękach i wzywała imienia Bożego, jedno z bluźnierstw Ariny Prochorowny, gwałtowne „jak wystrzał", tak podziałało na przerażoną kobietę, że przyspieszyło szczęśliwe rozwiązanie. Będąc nihilistką, Wirgińska w pewnych chwilach ściśle przestrzegała nie tylko zwykłych towarzyskich obyczajów, lecz i staroświeckich przesądów, o ile mogła wyciągnąć z tego jakąś korzyść. Za nic w świecie nie opuściłaby na przykład chrzcin dziecka. Zjawiała się wtedy w zielonej jedwabnej sukni z trenem, a włosy układała sobie w pukle i loczki, mimo iż normalnie celowała w abnegacji. I chociaż w czasie obrzędu miała wyraz najbezczelniej zuchwały, tak że niejednego wprawiała w zakłopotanie, jednakże potem nieodzownie sama roznosiła szampana (po to tu była) i niechby ktokolwiek spróbował, wziąwszy kielich, nie dać jej „na kaszę"! 

          Goście, którzy dziś się zebrali u Wirgińskich (prawie sami mężczyźni), mieli wygląd niezwykły i przypadkowy. Nie było ani jedzenia, ani kart. Pośrodku dużego pokoju o starych błękitnych tapetach zsunięte były dwa stoły. 

          Leżał na nich dość brudny obrus i kipiały dwa samowary. Koniec stołu zajmowała ogromna taca z dwudziestoma pięcioma szklankami i koszyk z francuską bułką, pokrajaną na drobne kawałki, jak dla uczniów w internatach. Herbatę nalewała trzydziestoletnia panna, siostra gospodyni, istota bez brwi, o białych rzęsach, milcząca a zjadliwa, zwolenniczka różnych nowych prądów, która w życiu codziennym budziła postrach w Wirgińskim. W pokoju były trzy kobiety: gospodyni, jej siostra bez brwi i rodzona siostra Wirgińskiego, panna Wirgińska, która dziś właśnie przybyła z Petersburga. Arina Prochorowna, dwudziestoośmioletnia niebrzydka osoba o wyglądzie rzucającym się w oczy, włosy miała w nieładzie i suknię zielonkawą, nie-odświętną. Siedziała obrzucając wzrokiem gości, jak gdyby chciała powiedzieć: „Widzicie, niczego się nie boję." Panna Wirgińska, także niebrzydka, studentka i nihilistka, tłuściutka i okrąglutka jak kulka, niskiego wzrostu, o bardzo czerwonych policzkach, ulokowała się obok Ariny Prochorowny. Była jeszcze prawie w podróżnym stroju, trzymała w ręku jakiś zwitek papierów i niecierpliwym wzrokiem przeskakiwała po zebranych. Wirgiński był tego dnia niezdrów, lecz wyszedł do gości i usiadł przy stole w głębokim fotelu. Goście z poważnymi minami siedzieli już dokoła stołu, co świadczyło o tym, że ma się odbyć posiedzenie. Wszyscy najwidoczniej czekali na coś, tymczasem zaś rozmawiali, chociaż głośno, lecz jak gdyby o sprawach mniej ważnych. Gdy wszedł Stawrogin i Wierchowieński, wszyscy umilkli. 

          Muszę jednak dla ścisłości wyjaśnić pewne rzeczy. 

          Sądzę, że całe to towarzystwo zeszło się tu w głębokiej nadziei usłyszenia czegoś wyjątkowo ciekawego i że uprzedzono ich o tym. Był to kwiat najjaskrawiej czerwonego liberalizmu w naszej starej mieścinie, odpowiednio dobrany przez Wirgińskiego na to „posiedzenie". Niektórzy spośród nich (nieliczni wprawdzie) nigdy przedtem u Wirgińskich nie bywali. Rzecz prosta, że większość gości nie miała wyraźnego pojęcia, z jakiego powodu zostali zaproszeni. Wszyscy uważali Piotra Stiepanowicza za zagranicznego emisariusza o szerokich pełnomocnictwach. To przekonanie rozpowszechniało się i schlebiało niejednemu. Wśród tej garstki obywateli, zebranych pod pozorem imienin, znajdowali się też tacy, którym poczynione były już pewne propozycje. Wierchowieński zdążył już skleić u nas „piątkę", na wzór tej, którą zorganizował przedtem w Moskwie, a także, jak się potem okazało, w naszym powiecie wśród oficerów. Podobno miał także piątkę w ch-ej guberni. Ta piątka wybranych siedziała przy ogólnym stole, starając się udawać najzwyklejszych ludzi, tak że nikt nie mógłby się niczego domyślić. Byli to (już teraz nie jest to tajemnicą): Liputin, Wirgiński, kłapouchy Szygalew, brat Wirgińskiej, Lamszyn i wreszcie niejaki Tołkaczenko. Była to dziwna osobistość: człowiek czterdziestoletni, który rościł sobie pretensje do wyjątkowej znajomości naszego ludu, zwłaszcza jeśli chodzi o zbójów i oszustów; włóczył się wciąż po szynkach (wprawdzie nie tylko celem studiów), chełpił się nędznym ubraniem, butami wysmarowanymi dziegciem, przebiegłym spojrzeniem i ludowym słownictwem z odpowiednimi dodatkami. Lamszyn już dawniej przyprowadzał go parokrotnie do Stiepana Trofimowicza na nasze zebrania, lecz w naszym gronie Tołkaczenko nie miał powodzenia. Bywał w mieście dość rzadko, wtedy gdy nie miał posady. Pracował zwykle na kolei. Ci działacze stworzyli piątkę w głębokim przekonaniu, iż stanowią tylko jedno kółko wśród setek i tysięcy takich samych piątek, rozrzuconych po całej Rosji i zależnych od centralnego, olbrzymiego, zakonspirowanego ośrodka, który ze swej strony połączony jest organicznie z wszecheuropejskim ruchem rewolucyjnym. Muszę przyznać niestety, że już wtedy można było wyczuć wśród nich pewne niezadowolenie. Od wiosny czekali na przyjazd Wierchowieńskiego, zapowiedziany najpierw przez Tołkaczenkę, a potem przez Szygalewa; spodziewali się po nim rozmaitych cudów; bez słowa krytyki, na pierwsze jego wezwanie, utworzyli kółko. Gdy jednak piątka już powstała, wszyscy poczuli jakąś urazę. Myślę, że źródłem jej było zbyt pochopne stawienie się na wezwanie. Stawili się głównie przez szlachetny wstyd, aby nikt nie zarzucił im potem braku odwagi; lecz w każdym razie Wierchowieński powinien był ocenić ich czyn i wynagrodzić go co najmniej wyjawieniem głównych tajemnic. Tymczasem Wierchowieński ani myślał o zaspokajaniu ich słusznej ciekawości i wiele nie opowiedział; w ogóle traktował ich surowo i lekceważąco. Drażniło ich to. Jeden z członków piątki, Szygalew, już podburzał innych, „aby zażądać wyjaśnień", oczywiście jednak nie teraz, nie przy obcych. 

            Co do tych obcych, niech mi wolno będzie wypowiedzieć jeszcze jedno przypuszczenie. Spiskowcy z piątki prawdopodobnie podejrzewali, że wśród gości Wirgińskiego są członkowie innych, nie znanych im kółek, zorganizowanych tak samo przez Wierchowieńskiego. Ostatecznie wszyscy zebrani podejrzewali siebie nawzajem i usiłowali jeden przed drugim przybierać rozmaite pozy. Nadawało to zgromadzeniu cechy charakterystyczne, a nawet romantyczne. Na przykład jakiś major, krewny Wirgińskiego, człowiek zupełnie niewinny, nawet nie zaproszony, przyszedł sam na imieniny i już nie można go było wyprosić. Gospodarz był jednak spokojny, gdyż major „w żaden sposób nie mógłby zadenuncjować", choć bowiem był bardzo ograniczony, chętnie włóczył się przez całe życie wszędzie, gdzie byli skrajni liberałowie. Nie podzielał ich opinii, lubił jednak posłuchać. Był nawet trochę skompromitowany. Tak się zdarzyło, że przez jego ręce, za czasów młodości, przeszły całe składy „Kołokoła" i proklamacji, a choć bałby się nawet je rozpakowywać, uznałby za podłość wymówienie się od ich rozpowszechniania, i tacy są niektórzy Rosjanie do dziś dnia. Inni goście reprezentowali albo rozgoryczoną, pełną żółci ambicję, albo szlachetny popęd pierwszej młodości. Było tam kilku nauczycieli, z których jeden — kulawy, czterdziestopięcioletni nauczyciel gimnazjalny — był człowiekiem złym i zarozumiałym, i kilku oficerów. Jeden z nich, młodziutki artylerzysta, który w tych dniach dopiero przyjechał ze szkoły wojskowej i nie zdążył jeszcze pozawierać znajomości, milczący chłopak, znalazł się teraz nagle u Wirgińskiego z ołówkiem w ręku. Nie uczestniczył prawie w rozmowie i co chwila coś zapisywał w swoim notesie. Wszyscy widzieli to, udawali jednak, że nie zwracają uwagi. Był tu również wałęsający się bez jakiegokolwiek zajęcia seminarzysta, ten sam, który wraz z Lamszynem podrzucił fotografie pornograficzne wędrownej sprzedawczyni ksiąg nabożnych, rosły chłop o niedbałych, lecz nieufnych ruchach, z nieustannym szyderczym uśmiechem na twarzy, a jednocześnie z wyrazem triumfującej doskonałości, najzupełniej z siebie zadowolonej. Był też, nie wiadomo z jakiego tytułu, syn naszego burmistrza, ów zepsuty młodzian, o którym już wspomniałem opisując przygodę młodziutkiej żony porucznika. Ten milczał bez przerwy. Wreszcie znalazł się tu jakiś licealista, gorący, wzburzony osiemnastoletni chłopak, który siedział ponury, z miną człowieka urażonego w godności własnej i najwidoczniej cierpiał z powodu swoich osiemnastu lat. Ten młokos stał już na czele samodzielnej grupy spiskowców, zorganizowanej w najstarszej klasie gimnazjum, co się wykryło później ku ogólnemu zdziwieniu. Nie wspomniałem dotychczas o Szatowie. Siedział tu też w rogu stołu, odsunąwszy do tyłu swe krzesło. Patrzył w podłogę, milczał ponuro, wymówił się od herbaty i chleba i nie wypuszczał z rąk swej czapki, jak gdyby chciał przez to podkreślić, że nie jest tu gościem, lecz przyszedł w interesie, a gdy zechce, to wstanie i wyjdzie. Opodal usadowił się Kiriłłow, także milczący. Nie patrzył jednak w podłogę, lecz przeciwnie, wpatrywał się nieruchomym, zgaszonym wzrokiem w każdego mówiącego i wysłuchiwał wszystkiego bez zdziwienia i bez wzruszenia. Niektórzy z gości, co przedtem nigdy go nie widzieli, rzucali w jego stronę uważne, przelotne spojrzenia. Czy Mme Wirgińska wiedziała o istnieniu piątki? Trudno odpowiedzieć stanowczo. Myślę jednak, że wiedziała od męża. Studentka oczywiście nie należała do niczego, miała własną ideę. Chciała spędzić tu tylko parę dni, a potem wędrować dalej, po wszystkich miastach uniwersyteckich, aby „brać udział w cierpieniach biednych studentów i skłonić ich do protestu". Wiozła ze sobą kilkaset egzemplarzy litografowanej odezwy, prawdopodobnie własnego pomysłu. Ciekawe, że sztubak znienawidził ją od razu najokrutniej, chociaż widzieli się po raz pierwszy. I ona też poczuła do niego nienawiść. Major był jej wujaszkiem i widział ją teraz po dziesięciu latach. Gdy wchodzili Stawrogin i Wierchowieński, była czerwona jak burak: właśnie przed chwilą nawymyślała wujaszkowi z powodu jego poglądów na kwestię kobiecą. 

http://www.czasgarwolina.pl 

II 

           Wierchowieński z niezwykłą niedbałością rozsiadł się na krześle w rogu stołu, nie witając się prawie z nikim. Wyglądał jak człowiek zły i wyniosły. Stawrogin ukłonił się uprzejmie. Chociaż wszyscy czekali tylko na nich, udali jednak, że prawie nie zauważyli ich wejścia.

- Chce pan herbaty? — zwróciła się gospodyni do Stawrogina ostrym głosem.

- Proszę.

- Herbaty dla Stawrogina — zawołała do siostry i zwróciła się do Wierchowieńskiego: — A pan?

- Oczywiście. Po co pytać? Proszę również o śmietankę. Dajecie zawsze taką podłą herbatę! Przecież dziś macie solenizanta!

- Co? I pan uznaje imieniny? — zaśmiała się studentka. — Przed chwilą mówiliśmy o tym.

- To już przestarzałe — mruknął licealista z drugiego końca stołu.

- Co jest przestarzałe? — momentalnie zareplikowała studentka podskakując na krześle. — Zwalczanie przesądów, nawet najniewinniejszych, nie jest przestarzałe. Wstyd, że istotnie jest to dotychczas nowością. Nie ma zresztą przesądów niewinnych.

          Licealista, mocno podrażniony, bronił się:

- Chciałem tylko oświadczyć, że chociaż przesądy są rzeczą starą i należy je zwalczać, lecz co do imienin, to już wszyscy wiedzą, że to głupstwa, i jest to tracenie cennego czasu, który już i bez tego wszyscy tracą, można więc wysilać dowcip na lepszy użytek.

- Zbyt długo pan wywodzi — zawołała studentka. — Nie można zrozumieć.

- Sądzę, że każdy ma prawo głosu na równi z innymi, i jeżeli chcę wypowiedzieć moją opinię tak samo jak inni, to...

- Nikt panu głosu nie odbiera — przerwała mu Wirgińska. — Proszę tylko, aby pan nie rozwlekał, gdyż nikt nie może zrozumieć.

- Jednakże niech mi wolno będzie powiedzieć, że to jest dowodem braku szacunku. Jeżeli nie mogłem dokończyć mojej myśli, to nie dlatego, aby brakło mi myśli, a raczej od ich nadmiaru... — bełkotał licealista i zaplątał się ostatecznie.

- Kto nie umie mówić, niech milczy! — odcięła się studentka.

             Licealista zerwał się z krzesła. Paląc się ze wstydu i bojąc się patrzeć na ludzi, zawołał:

- Chciałem tylko powiedzieć, że pani dlatego wylazła ze swoją mądrością, że wszedł pan Stawrogin! Tak!

- Myśl pana jest brudna i niemoralna i świadczy o ubóstwie pańskiej psychiki. Proszę się więcej z niczym do mnie nie zwracać — trajkotała studentka.

- Tu, zanim pan przyszedł — zwróciła się Wirgińska do Stawrogina — była mowa o prawach rodzinnych. Zwłaszcza ten oficer (wskazała na swego krewniaka-majora)... Nie będę pana nudziła starymi bredniami, dawno przebrzmiałymi. Lecz niech mi pan powie, skąd powstały prawa i obowiązki rodzinne jako jeden z przesądów, dotychczas żywych? To jest ciekawe. Co pan o tym myśli?

- Skąd się wzięły? — powtórzył Stawrogin.

- Tak — wyrwała się znów studentka pożerając niemal oczyma Stawrogina. — Wiemy na przykład, że przesąd o Bogu powstał z powodu błyskawicy i grzmotu. To już zbyt znane, że ludzkość pierwotna, bojąc się pioruna, uczyniła Bogiem niewidzialnego wroga, gdyż czuła się wobec niego słaba. Skąd jednak wziął się przesąd o rodzinie? Jak mogła powstać rodzina?

- To niezupełnie to samo... — przerwała jej Wirgińska.

- Sądzę — odparł Stawrogin — że odpowiedź na to pytanie byłaby trochę nieprzyzwoita.

- Jak to? — poderwała się studentka.

           Lecz w grupie nauczycieli słychać już było chichot, któremu wtórowali z drugiego końca stołu Lamszyn i licealista. Za nimi wybuchł ochrypłym śmiechem krewniak-major.

- Pan powinien pisywać farsy — odezwała się Wirgińska do Stawrogina.

            Studentka zaś, głęboko oburzona, ciągnęła:

- Zbyt to brzydko o panu świadczy, panie... jak się pan tam nazywa!

- A nie wyrywaj się! — huknął major. — Jesteś panną, powinna byś zachowywać się skromnie, a ty — jak byś siedziała na igle.

- Niech pan milczy i niech pan nie waży się mówić do mnie takim tonem i używać tak obrzydliwych porównań! Pierwszy raz widzę pana i nie chcę słyszeć o pokrewieństwie.

- Ależ ja jestem twoim wujaszkiem; na rękach ciebie nosiłem.

- Co mi do tego, co pan tam nosił na rękach! Nie prosiłam pana o to, to znaczy, że to panu, panie oficerze, sprawiało przyjemność. I proszę sobie zapamiętać, że pan nie ma prawa mówić do mnie po imieniu. Zabraniam raz na zawsze.

             Major uderzył ręką w stół i zwrócił się do Stawrogina:

   - One wszystkie takie! O nie, przepraszam! Cenię liberalizm i współczesność, lubię posłuchać mądrych rozmów, lecz uprzedzam — tylko wśród mężczyzn. Słyszeć takie rzeczy z ust kobiet, tych dzisiejszych latawic — to boli! Siedźże spokojnie! — zawołał do studentki, która wciąż zrywała się z krzesła. — Nie, ja także proszę o głos. Jestem obrażony.

- Pan przeszkadza innym, a sam nie potrafi nic powiedzieć — mówiła Wirgińska oburzona.

- Nie, będę mówił — irytował się major zwracając się do Stawrogina.  - Ja liczę na pana jako na świeżego człowieka, chociaż nie mam zaszczytu pana znać. Bez mężczyzn przepadłyby jak muchy. Tak myślę. Cała ich kwestia kobieca — to tylko brak oryginalności. Upewniam pana, że kwestię kobiecą wymyślili dla nich mężczyźni na własne utrapienie. Całe moje szczęście, że nie jestem żonaty. Najmniejszej rozmaitości nie ma wśród nich! Wzoru do wyszywania nie wymyślą. Nawet wzory rysują im mężczyźni. Ja ją na ręku nosiłem, potem z dziewięcioletnią smarkatą mazura tańczyłem. Dziś przyjeżdża. Naturalnie, że lecę ją wyściskać, a ona od razu mi oświadcza, że nie ma Boga. Niechby choć trochę później, ale nie, od razu! No dobrze! Wiem, że mądrzy ludzie nie wierzą w Boga, lecz to u nich z rozumu. A ty, bębnie, co możesz wiedzieć o Bogu? Student ciebie nauczył, A gdyby nauczył świece zapalać przed ołtarzem, tobyś zapalała!

- Wszystko to kłamstwo — odparła studentka pogardliwie, jak gdyby zaznaczając swą odrazę. — Pan jest złym człowiekiem i już przedtem udowodniłam całą bezsensowność pańskich opinii. Mówiłam panu, że uczono nas w katechizmie: jeżeli będziesz czcił ojca twego i matkę, będziesz długo żył i będzie ci dane bogactwo. To w przykazaniach. Jeżeli Bóg uznał za właściwe obiecywać nagrodę za miłość, to znaczy, że wasz Bóg jest niemoralny. Takie było moje oświadczenie, a wyłożyłam je nie od razu, lecz wtedy, gdy chciał pan zamanifestować jakieś tam swoje prawa. Któż winien, że pan jest tępy i dotychczas tego nie rozumie. Panu przykro i pan się złości — oto cały sekret pańskiego pokolenia.

- Głupia — burknął major.

- To pan jest głupi.

- Możesz sobie wymyślać!

          Wtem z drugiego końca stołu piskliwym głosem odezwał się Liputin:

- Przepraszam pana, Kapitonie Maksimowiczu, ale jednak sam pan mi mówił, że nie wierzy w Boga.

- Cóż z tego? Ja to co innego. Może zresztą wierzę, ale niezupełnie. Chociaż nie całkowicie wierzę, ale nie powiem nigdy, że Boga trzeba rozstrzelać. Jeszcze wtedy, gdym był huzarem, nieraz myślałem o Bogu. Wszystkim wiadomo, że huzarzy tylko piją i hulają. Może i ja piłem, lecz niech mi pan wierzy, że czasem wyskakiwał człowiek w nocy z łóżka w bieliźnie, klękał na podłodze i zaczynał żegnać się i bić pokłony, aby Bóg zesłał wiarę. Bo już wtedy nie mogłem się uspokoić: jest Bóg czy nie ma? Cierpiałem nad tym. Rano zwykle myśli się o czym innym, wiara gdzieś odleci. W ogóle zauważyłem, że wiara w dzień jakoś się zaciera.

- Czy będą u was karty ? — odezwał się Wierchowieński ziewając szeroko.

- Ach, jak ja rozumiem pańskie pytanie! — zawołała studentka, czerwona z wściekłości na majora.

- Tracimy cenny czas na słuchanie głupich rozmów — przerwała jej Wirgińska i spojrzała z wyrzutem na męża.

         Studentka wyprostowała się.

- Chciałam zakomunikować zgromadzeniu o cierpieniach studentów i o ich proteście, ponieważ zaś tracimy czas na niemoralne rozmowy...

- Nie ma rzeczy moralnych i niemoralnych! — przerwał jej licealista.

- Wiedziałam o tym, panie sztubaku, wcześniej, niż pana nauczono.

- Twierdzę, że pani jest petersburskim dzieciakiem, który przyjechał tu, aby nas pouczać, a my tu sami bez pani wiemy, co trzeba. O przykazaniu: „czcij ojca swego i matkę swoją" — którego pani nie potrafiła nawet prawidłowo zacytować, i o jego niemoralności wie już cała Rosja od czasu Bielińskiego.

- Czy to się skończy kiedykolwiek? — zwróciła się Wirgińska stanowczym głosem do męża.

             Jako gospodyni rumieniła się z powodu banalności rozmów, zwłaszcza gdy zauważyła, że niektórzy spośród nowych gości uśmiechają się ironicznie i ze zdziwieniem.

- Panowie — podniósł głos Wirgiński — gdyby ktokolwiek chciał zacząć mówić o czymś stosowniejszym lub miał cokolwiek do zakomunikowania, proponowałbym rozpocząć nie tracąc czasu.

             Kulawy nauczyciel, który dotychczas milczał i siedział spokojnie, rzekł miękkim głosem:

- Pozwoliłbym sobie rzucić jedno pytanie. Chciałbym wiedzieć: czy my tu teraz stanowimy zgromadzenie, czy też po prostu zbiorowisko najzwyklejszych śmiertelników, którzy przyszli z wizytą? Pytam raczej dla porządku, aby nie trwać w nieświadomości.

            Przebiegłe pytanie wywarło efekt. Wszyscy zaczęli się rozglądać, jak gdyby jeden od drugiego oczekiwał odpowiedzi. Wreszcie wszyscy, jak na komendę, skierowali wzrok ku Stawroginowi i Wierchowieńskiemu. W pewnej chwili zabrała głos Mme Wirgińska:

- Proponuję przegłosować odpowiedź na pytanie: czy my stanowimy zgromadzenie?

- Przyłączam się do wniosku — odezwał się Liputin — aczkolwiek wniosek ten jest trochę nieokreślony.

- I ja się przyłączam... I ja — rozległy się głosy.

- I ja tak sądzę — zaaprobował Wirgiński. — Ustalimy przynajmniej jakiś porządek.

- Dobrze! głosujmy! — oznajmiła gospodyni. — Panie Lamszyn! Niech pan siada do fortepianu! Będzie pan mógł i stamtąd oddać głos w razie potrzeby.

- Znowu! — zawołał Lamszyn.—Już dosyć bębniłem!

- Proszę pana stanowczo. Niech pan siada do fortepianu. Czy nie chce pan być pożyteczny?

- Ależ zapewniam panią, że nikt nie podsłuchuje. To tylko pani fantazja. Zresztą okna są wysoko. Nawet gdyby ktoś podsłuchiwał, nic nie zrozumie.

- Przecież my sami nawet nie rozumiemy — odezwał się czyjś głos.

- Mówię panu, że należy być zawsze ostrożnym. To na wypadek, gdyby podeszli szpicle — wyjaśniła Wierchowieńskiemu. — Niech wiedzą, że u nas są imieniny i muzyka.

- Do diabła! — zaklął Lamszyn, usiadł przy fortepianie i zaczął bębnić walca, uderzając w klawisze prawie pięściami.

- Proponuję, by ci, którzy chcą, aby było posiedzenie, podnieśli ręce do góry — powiedziała Mme Wirgińska.

            Niektórzy podnieśli ręce, inni nie. Ten i ów nawet podniósł rękę i opuścił. Opuścił i znów podniósł.

- Do diabła! Nie zrozumiałem! — zawołał jeden z oficerów.

- I ja nie rozumiem! — mówił ktoś inny.

- A ja rozumiem! —krzyknął trzeci. —Jeżeli tak, to ręka do góry.

- Lecz co znaczy tak?

- To znaczy posiedzenie.

- Nie, nie posiedzenie.

- Głosowałem za posiedzeniem! — zawołał licealista zwracając się do Wirgińskiej.

- Dlaczegóż pan nie podniósł ręki?

- Patrzyłem wciąż na panią. Pani nie podniosła, więc i ja nie.

- Bardzo głupio. Sama nie podniosłam, gdyż byłam wnioskodawczynią. Panowie, proponuję odwrotne głosowanie: kto chce posiedzenia, niech siedzi i nie podnosi ręki, a kto nie chce, niech podniesie prawą rękę do góry.

- Kto nie chce? — dopytywał się sztubak. Wirgińska zirytowała się.

- Czy pan to naumyślnie plącze? - rozległo się jednak parę innych głosów.

- Nie, niech pani wyjaśni. Kto chce, czy kto nie chce? To trzeba wyraźniej powiedzieć.

- Kto nie chce, nie chce!

- Dobrze — rzekł oficer — lecz co robić, jeżeli się nie chce? podnosić czy nie podnosić?

- Ech! Nie dorośliśmy jeszcze do konstytucji! — zakonkludował major.

- Panie — zwrócił się kulawy nauczyciel do Lamszyna. — Niech pan nie wali tak mocno! Nic nie słychać.

           Lamszyn zerwał się od fortepianu.

- Ależ, Arino Prochorowno, przysięgam, że nikt nie podsłuchuje. Nie chcę już grać. Przyszedłem nie po to, aby bębnić.

- Panowie! — nawoływał Wirgiński — odpowiedzcie lepiej ustnie: posiedzenie czy nie posiedzenie?

- Posiedzenie, posiedzenie! — słychać było ze wszystkich stron.

- Dobrze, w takim razie nie trzeba głosować. Zgoda czy nie? może ktoś żąda głosowania?

- Nie, nie trzeba, rozumiemy!

- Może ktoś nie chce posiedzenia?

- Wszyscy, wszyscy chcemy!

- Co to znaczy posiedzenie? — odezwał się jakiś głos. Nikt mu nie odpowiedział.

- Trzeba wybrać przewodniczącego! — zawołano z paru miejsc.

- Gospodarz, gospodarz!

- Dobrze, jeśli tak – rozpoczął wybrany Wirgiński – to powracam do dawnej mojej propozycji: jeżeli ktokolwiek chce zabrać głos lub złożyć jakieś oświadczenie, niech uczyni to zaraz nie tracąc czasu.

- Zapanowało ogólne milczenie. Spojrzenia zebranych skierowały się znów ku Stawroginowi i Wierchowieńskiemu. Wreszcie Wirgińska zapytała wprost:

- Panie Wierchowieński, czy ma Pan coś do zakomunikowania?

           Wierchowieński ziewnął, przeciągnął się na krześle i odparł:

- Absolutnie nic. A zresztą – prosiłbym o kieliszek koniaku.

- A pan, panie Stawrogin?

- Dziękuję, nie piję.

- Pytam, czy pan zabierze głos, a wcale nie o koniak.

- Mówić? O czym? Nie, nie chcę.

- Dadzą panu koniaku – odpowiedziała Wirgińska do Wierchowieńskiego.

- Przyjechałam tu – zawołała zrywając się studentka (zrywała się już kilkakrotnie) – aby opowiedzieć o cierpieniach nieszczęśliwych studentów i o powszechnym budzeniu się wśród nich protestu …

             Zacięła się. Na drugim końcu stołu zjawił się rywal, który przykuł do siebie wszystkie spojrzenia. Długouchy Szygalew z ponurym, posępnym wyrazem twarzy powoli wstawał z krzesła. Melancholijnie położył przed sobą gruby kajet zapisany drobnym pismem. Stał i Milczał. Niektórzy goście trwożnie patrzyli na rozmiary kajetu, lecz Liputin, Wirgiński i kulawy nauczyciel byli zadowoleni.

- Proszę o głos – ponuro odezwał się Szygalew.

- Udzielam panu głosu – natychmiast odpowiedział Wirgiński.

            Mówca usiadł, milczał jakiś czas, wreszcie rzekł poważnie:

- Panowie!

- Ma pan koniak! – pogardliwie krzyknęła białorzęsa siostra Wirgińskiej podając Wierchowieńskiemu przyniesioną butelkę i kieliszek, w garści, bez tacy i talerzyka.

            Mówca, któremu przerwano, zatrzymał się z poczuciem urażonej godności.

           Wierchowieński, nalewając sobie kieliszek, zawołał:

- Niech pan mówi dalej, ja słucham!

- Panowie – powtórzył mówca – zwracając się do was, a nawet, jak to za chwilę zobaczycie, prosząc was o pomoc w rozwikłaniu niesłychanie ważnego zagadnienia, nie mogę się obejść bez pewnego wstępu.

            Znów rozległ się głos Wierchowieńskiego:

- Arino Prochorowno! Czy ma pani nożyczki?

- Na co panu nożyczki? – zapytała zdumiona Wirgińska.

- Zapomniałem obciąć paznokcie. Już od trzech dni nie mogę się na to zdobyć.

- Wypowiedział to najspokojniej, obojętnie oglądają swe brudne i grube paznokcie.

             Wirgińska oburzyła się, lecz studentka była zadowolona.

- Zdaje mi się, że widziałam nożyczki tu na oknie.

              Wstała i podeszła do okna, znalazła nożyczki i podała je Wierchowieńskiemu, który nawet nie spojrzał na nią, wziął nożyczki i zaczął natychmiast obcinać paznokcie. Wirgińska zrozumiała, że taki jest jego normalny sposób bycia i zawstydziła się swego poprzedniego oburzenia. Goście spoglądali na siebie w milczeniu. Kulawy nauczyciel obserwował Wierchowieńskiego zawistnie i ze złością.

           Szygalew ciągnął dalej:

- Poświęciwszy energię moją studiowaniu kwestii ustroju społecznego przyszłej ludzkości, która ma zastąpić nasz ustrój, doszedłem do wniosku, iż wszyscy twórcy systemów społecznych, od najdawniejszych czasów aż do obecnego 187… roku, byli to marzyciele, fantaści, głupcy, przeczący sobie na każdym kroku, którzy nie mieli najmniejszego pojęcia o prawach przyrody i o tym dziwnym zwierzęciu, które nazywa się człowiekiem. Platon, Rousseau, Fourier, kolumny aluminiowe, to wszystko dobre dla wróbli, lecz nie dla ludzkiej społeczności. Ponieważ jednak przyszła forma ustroju niezbędna jest teraz właśnie, gdy wreszcie zaczynamy działać, żeby nie tracić czasu na dociekania, proponuję mój własny system urządzenia świata. Jest on opisany tu! – stuknął palcem w kajet – Chciałem wyłożyć zgromadzonym treść mojej książki jak najkrócej. Widzę jednak, że przeciwnie, trzeba będzie dodać wiele wyjaśnień. Dlatego tez mój wykład zajmie przynajmniej dziesięć wieczorów, podług rozdziałów mojej pracy.

           Tu i ówdzie rozległ się śmiech.

- Muszę też od razu uprzedzić, iż system mój nie jest jeszcze opracowany do końca.

           Znów słychać było śmiechy.

- Zaplątałem się we własnych wywodach i konkluzja moja pozostaje w całkowitej sprzeczności z pierwotną ideą, która jest u mnie punktem wyjścia. Zaczynam od nieograniczonej wolności, lecz kończę na nieograniczonym despotyzmie. Muszę jednak zaznaczyć, że innego rozstrzygnięcia zagadnień społecznych nie ma i być nie może.

           Śmiech rozbrzmiewał coraz głośniej. Śmiała się młodzież i mniej wtajemniczeni goście. Na twarzy Wirgińskiej, Liputina i kulawego nauczyciela widać było pewien zawód. Jeden z oficerów ostrożnie zapytał:

- Jeżeli pan nie potrafił sklecić swego systematu i wpadł w rozpacz, cóż my możemy na to poradzić!

- Ma pan rację, panie oficerze — ostro zwrócił się do niego Szygalew. — Najtrafniej użył pan słowa „rozpacz". Tak, wpadłem w rozpacz. A jednak tego, co jest wyłożone w mojej książce, nie da się niczym zastąpić. Innego wyjścia nie ma. Tu nikt nic nie wymyśli. I dlatego proszę zgromadzonych, aby wysłuchawszy w ciągu dziesięciu wieczorów mego referatu, nie tracąc czasu wypowiedzieli swoją opinię. Jeżeli zgromadzeni nie chcą słuchać, rozstańmy się od razu. Mężczyźni! — do urzędów; kobiety — do kuchni. Jeżeli bowiem odrzucicie moją książkę, nie znajdziecie innego wyjścia. Absolutnie żadnego! Tracąc czas, szkodzicie tylko sobie, gdyż potem nieodwołalnie wrócicie do moich założeń.

          Wśród zebranych zaczął się ruch. Rozległy się szepty: „Czy on zwariował?"

- Więc cała kwestia — powiedział Lamszyn — sprowadza się do rozpaczy Szygalewa, i mamy rozwiązać zagadnienie: czy powinien on trwać w tej rozpaczy?

- Rozpacz Szygalewa jest jego sprawą osobistą — stwierdził licealista.

- Proponuję przegłosować — zawołał wesoło oficer — czy rozpacz Szygalewa ma związek ze wspólną sprawą. W ten sposób rozstrzygniemy, czy mamy go wysłuchać.

            Wmieszał się jednak kulawy nauczyciel. Gdy mówił, błąkał mu się po twarzy jakiś ironiczny uśmiech i trudno było określić, czy mówi poważnie, czy żartuje.

- Nie o to chodzi, panowie. Pan Szygalew jest zbyt poważnie oddany swoim zagadnieniom, a przy tym jest zbyt skromny. Znam treść jego książki. Dochodzi on do ostatecznego wniosku, iż ludzkość musi być podzielona na dwie nierówne części. Dziesiąta część otrzymuje wolność osobistą i nieograniczoną władzę nad pozostałymi dziewięcioma dziesiątymi. Tamci zaś zatracają osobowość, stają się stadem i bezgraniczne posłuszeństwo doprowadza ich w drodze przekształceń do niewinności pierwotnej, do jakiegoś raju przedhistorycznego, w którym jednak będą musieli pracować. Środki, które proponuje autor w celu odebrania woli większości i przerobienia jej w stado za pomocą odpowiedniego kształcenia szeregu pokoleń, są bardzo interesujące i logiczne. Opierają się na danych przyrodniczych. Można odrzucić niektóre wywody, trudno jednak odmówić autorowi rozumu i wiedzy. Szkoda, iż warunek poświęcenia dziesięciu wieczorów nie odpowiada możliwościom realnym, gdyż moglibyśmy się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy.

- Czy pan mówi poważnie? — dość trwożnie zwróciła się Mme Wirgińska do przedmówcy. — Przecież ten człowiek, o ile to prawda, chce skazać na niewolnictwo dziewięć dziesiątych ludzkości. Dawno podejrzewałam go o coś podobnego!

- Pani to mówi o swoim braciszku? — dopytywał się kulawy nauczyciel.

- Pokrewieństwo? Pan chyba kpi ze mnie.

             Studentka nie mogła wytrzymać i zawołała zapamiętale:

- Pracować dla arystokratów i korzyć się przed nimi jak przed bogami — to podłość!

- To, co ja proponuję — oponował Szygalew zdecydowanym głosem — nie jest podłością, lecz rajem. Rajem na ziemi. Innego rozwiązania nie ma.

- Ja bym zaś — zawołał Lamszyn — wziął te dziewięć dziesiątych ludzkości i zamiast urządzania im raju, skoro już nie wiadomo, co z nimi zrobić, wysadziłbym ich w powietrze. Zostawiłbym tylko garstkę ludzi światłych, którzy rozpoczęliby żywot uczony.

- Tak mówić może tylko kpiarz! — wybuchła studentka.

- On jest kpiarzem, lecz może być pożyteczny — szepnęła jej na ucho Mme Wirgińska.

           Lecz Szygalew zwrócił się do Lamszyna:

- Tak, może byłoby to właśnie najlepszym rozwiązaniem. Pan sam nie wie, jak głęboką rzecz pan bezwiednie powiedział, panie wesołku. Ale ponieważ pański pomysł jest praktycznie niewykonalny, musimy poprzestać na tym, co tu nazwano rajem na ziemi.

- Co za bzdury! — odezwał się Wierchowieński jak gdyby mimo woli. Nie przerywał jednak swego zajęcia i dalej w skupieniu obcinał paznokcie.

- Dlaczego „bzdury" ? — zapytał nauczyciel, który czekał widocznie, aż Wierchowieński się odezwie, aby rozpocząć z nim walkę. — Skąd „bzdury"? Szygalew to fanatyk, tak. Lecz nie zapominajmy, że u Fouriera, u Cabeta, nawet u Proudhona można znaleźć mnóstwo najbardziej despotycznych i najbardziej fantastycznych rozstrzygnięć. Myślę nawet, że Szygalew rozstrzyga kwestie trzeźwiej od nich. Zapewniam pana, że po przeczytaniu jego pracy trudno nie zgodzić się z wieloma jego wnioskami. Szygalew najmniej może oddalił się od realizmu i jego raj ziemski jest prawie tym prawdziwym rajem, którego utratę opłakuje ludzkość, o ile tamten w ogóle kiedykolwiek istniał.

- Tak i wiedziałem, że mi się dostanie — bąknął Wierchowieński.

          Nauczyciel mówił coraz gwałtowniej:

- Przepraszam pana. Rozmowy i dyskusje nad przyszłym ustrojem społecznym są najistotniejszą potrzebą wszystkich myślących ludzi. Hercen całe życie temu poświęcił. Bieliński, wiem na pewno, spędzał długie wieczory z przyjaciółmi, omawiając i przewidując najdrobniejsze, powiedziałbym, domowe, szczegóły przyszłego ustroju.

- Niektórzy nawet wariowali — wtrącił się major.

- Można przynajmniej dogadać się czegokolwiek, zamiast siedzieć w milczeniu z miną dyktatorów — syknął Liputin, który zdecydował się wreszcie przejść do ofensywy.

          Wierchowieński bronił się niedbale:

- Nie o Szygalewie mówiłem, że bzdury. Widzicie, panowie, ja myślę, że wszystkie te książki, Fourier, Cabet, te wszystkie „prawa do pracy", szygalewszczyzna — to jakieś powieści. Można napisać takich sto tysięcy. Estetyczne spędzanie czasu. Rozumiem dobrze, że nudzicie się w tej mieścinie i rzucacie się na zapisany papier.

           Kulawy nauczyciel niespokojnie zaczął się wiercić na krześle.

- Pan pozwoli. Może pachnie od nas prowincją i zasługujemy na współczucie, wiemy jednak, że na świecie nie zaszło tymczasem nic takiego, czego myśmy przez niedopatrzenie nie znali. Tu proponują nam, za pomocą świstków zagranicznego wyrobu, abyśmy zwarli szeregi, potworzyli kółka, jedynie w celu powszechnego niszczenia, jedynie w imię zasady, że można świat leczyć, jak się chce, lecz i tak się go nie wyleczy. Proponują nam radykalnie ściąć sto milionów głów, tym sposobem ulżyć sobie — i przeskoczyć przez rów. Niewątpliwie, cudowna myśl. Sądziłbym jednak, że jest ona tak samo nierealna jak szygalewszczyzna, o której pan przed chwilą tak złośliwie się wyraził.

- Przyjechałem tu nie dla dyskusji — od niechcenia zdradził się Wierchowieński. Zdawało się, że nie zauważył własnej nieostrożności. Przysunął do siebie świecę, aby lepiej go widziano.

- Ach, jaka szkoda, że pan przyjechał nie dla dyskusji, i jaka szkoda, że pan jest obecnie zajęty toaletą.

- Co panu szkodzi moja toaleta?

- Tak samo trudno dać sobie radę ze stu milionami głów jak przebudować świat za pomocą propagandy. Może nawet trudniej, zwłaszcza w Rosji — próbował oponować Liputin.

- A wszyscy oglądają się teraz na Rosję — odezwał się oficer.

- Słyszeliśmy o tym — dodał kulawy nauczyciel — że wszędzie oglądają się na nas. Ku naszej pięknej ojczyźnie zwrócony jest tajemniczy palec wskazujący, jako ku krajowi najbardziej nadającemu się do realizacji wielkich zamierzeń. Lecz o jednej rzeczy muszę pamiętać: w razie stopniowego rozwiązywania zagadnień za pomocą propagandy zyskuję na tym osobiście — przynajmniej nagadam się do syta, a może nawet z czasem otrzymam jakieś odznaczenie za przysłużenie się sprawie społecznej. W drugim zaś wypadku, przy rozstrzyganiu za pomocą stu milionów głów — jakaż nagroda spadnie na mnie? Zacznę uprawiać propagandę — i raptem utną mi język.

- Panu na pewno utną — potwierdził Wierchowieński.

- Widzi pan. Niech pan też uwzględni, że w najlepszym razie taka rzeź nie skończy się wcześniej jak za pięćdziesiąt, niechby nawet za trzydzieści lat. Przecież i tamci nie są baranami i tak spokojnie nie dadzą się wyrzynać. Czyż nie lepiej w takim razie, zebrawszy cały swój dobytek, przenieść się za spokojne morza na spokojne wyspy i tam spokojnie zamknąć oczy? Niech mi pan wierzy! — tu mówca znacząco zaczął uderzać palcem w stół. — Niech mi pan wierzy, że tego rodzaju propagandą wywoła pan tylko emigrację, nic więcej.

             Skończył zadowolony z siebie. Uchodził w naszej guberni za tęgą głowę. Liputin uśmiechał się zjadliwie, Wirgiński słuchał ponuro. Wszyscy zaś inni, zwłaszcza panie i oficerowie, z nadzwyczajną uwagą przysłuchiwali się dyskusji. Rozumiano, iż propagator idei „stu milionów głów" przyparty został do muru, i oczekiwano, co z tego wyniknie.

- Wcale nieźle pan to powiedział — rzekł Wierchowieński jeszcze obojętniej, z wyraźną nudą w głosie. — Emigracja to niezła rzecz. Jeżeli jednak, pomimo tak wyraźnych niewygód, przewidywanych przez pana, zgłasza się z dnia na dzień coraz więcej bojowników, to obejdziemy się jakoś bez pana. Tu, mój panie, idzie nowa religia zamiast starej i dlatego zgłasza się tak dużo żołnierzy. To wielka sprawa. Niech pan sobie emigruje! Radzę panu jechać do Drezna, a nie na żadne spokojne wyspy. Przede wszystkim jest to miasto, które nie zna żadnych epidemii, pan zaś, jako człowiek inteligentny, na pewno boi się śmierci. Po drugie — bliżej granicy rosyjskiej, łatwiej więc otrzymywać pieniądze z kochanej ojczyzny; po trzecie — to tak zwany skarbiec sztuki, pan zaś jest człowiekiem estetycznie wyrobionym, jako były nauczyciel literatury czy czegoś podobnego; po czwarte — Drezno ma własną Szwajcarię w kieszonkowym wydaniu; to już dla natchnień poetyckich, nie wątpię bowiem, że pisuje pan wierszyki. Powiadam panu, to skarb w tabakierce.

          Wśród zebranych nastąpiło ożywienie. Najwięcej zaniepokoili się oficerowie. Jeszcze chwila, a zaczęliby mówić wszyscy naraz. Lecz kulawy nauczyciel w zdenerwowaniu dał się złapać na wędkę.

- O nie! Może bym od sprawy wspólnej nie uciekł. Trzeba to rozumieć, łaskawy panie!

- Jak to ? — zawołał Wierchowieński kładąc nożyczki na stole, — Czyżby pan wstąpił do piątki, gdybym to panu zaproponował?

           Wszyscy drgnęli. Tajemniczy człowiek zdradził się przedwcześnie. Wypowiedział nawet słowo „piątka".

- Każdy z nas jest uczciwym człowiekiem i nie uchyli się od wspólnej sprawy, ale...

- Nie, tu już nie może być żadnego „ale" — przerwał mu Wierchowieński głosem stanowczym i rozkazującym. — Oznajmiam, panowie, że żądam wyraźnej wypowiedzi. Rozumiem dobrze, że przybywszy tu i zebrawszy was wszystkich razem mam obowiązek udzielić wam pewnych wyjaśnień. (Znów nieoczekiwane zdemaskowanie się.) Nie mogę jednak udzielić żadnych, dopóki nie wiem, co wy myślicie. Dosyć tej gadaniny. Czyż mamy znowu paplać przez trzydzieści lat, jak już paplano przed nami? Pytam was: co wolicie, czy drogę powolną, polegającą na płodzeniu powieści obyczajowych i na papierkowym tworzeniu przepisów dla przyszłej ludzkości na tysiąc lat naprzód, podczas gdy despotyzm będzie tymczasem połykał pieczone gołąbki, lecące wam samym do ust, których wy jednak nie umiecie chwytać? Czy też wolicie szybszą decyzję, niezależnie od tego, na czym ona polega, lecz która wreszcie rozwiąże ludzkości ręce i da jej możność swobodnie urządzić się pod względem społecznym nie na papierze, lecz w życiu? Krzyczą tu o „stu milionach głów"! Może to tylko przenośnia, lecz niechby nawet tak było. Toć despotyzm w ciągu stulecia pożera nie sto, a pięćset milionów głów! Zapamiętajcie, iż człowiek nieuleczalnie chory nie wyleczy się pomimo wszystko, chociażbyście nie wiadomo jakie recepty wypisywali na papierze. Przeciwnie, gdy z nim się cackać zbyt długo, zacznie gnić i zarazi was samych, zgangrenuje wszystkie świeże siły, te same siły, w których cała nasza nadzieja. Wreszcie wszyscy zginiemy. Zgadzam się z wami, że to bardzo przyjemnie tak liberalnie i pięknie rozprawiać, ale działać znacznie trudniej i straszniej... A zresztą nie jestem mówcą. Przywiozłem tu pewne komunikaty i proszę szanowne zgromadzenie, aby bez żadnego głosowania oświadczyło mi wyraźnie i otwarcie: co się wam bardziej podoba — czy brnąć przez błoto żółwim krokiem, czy przemknąć przez nie całą parą?

- Wolę pełną parą! — wołał zachwycony licealista.

- Ja także — odezwał się Lamszyn.

- Czy mogą tu istnieć wątpliwości? — dorzucił jeden z oficerów, za nim drugi, potem ktoś jeszcze.

             Wszystkich zafrapowało, że Wierchowieński przywiózł jakieś komunikaty i że obiecał mówić. W tej chwili Wierchowieński rozejrzał się po zebranych i zapytał:

- Widzę, panowie, że wszyscy rozstrzygają sprawę w duchu naszych proklamacji.

- Wszyscy, wszyscy — rozległy się głosy.

- Przyznam się, iż jestem zwolennikiem bardziej humanitarnego sposobu — oświadczył major. — Skoro jednak wszyscy uważają inaczej, to i ja ze wszystkimi.

         Wierchowieński zwrócił się jeszcze do kulawego:

- Więc i pan w rezultacie nie oponuje? Zapytany zaczerwienił się.

- Ja niezupełnie... i jeżeli teraz zgadzam się ze wszystkimi, to dlatego, aby nie wprowadzać zamieszania.

- Wy wszyscy tak! Gotowi jesteście pół roku dyskutować w imię liberalnego krasomówstwa, a potem głosujecie jak inni. Panowie, zastanówcie się jednak, czy wszyscy jesteście gotowi.

 (Do czego gotowi? — pytanie niewyraźne, lecz ogromnie frapujące.)

- Wszyscy... — rozległy się głosy.

          A jednak każdy oglądał się na sąsiadów.

- Może potem będziecie się na mnie oburzali, żeście zgodzili się tak łatwo? To często bywa.

          Słowa te wywołały poruszenie. Reagowano na nie najrozmaiciej. Kulawy rzucił się na Wierchowieńskiego:

- Musi pan pamiętać, że na takie pytania nie zawsze się odpowiada. Nawet po naszej decyzji... pytanie skierowane do nas w tak dziwny sposób...

- W jaki to „dziwny sposób"?

- W ten sposób nie wolno rzucać pytań.

- Niechże pan mnie pouczy, jak należy pytać. A wie pan, byłem przekonany, że pan obrazi się pierwszy.

- Pan wydusił z nas zgodę na natychmiastową akcję. Kto jednak pana do tego upoważnił? Kto panu udzielił pełnomocnictw?

- Czemu pan nie pomyślał, by zawczasu o to zapytać? Po cóż pan odpowiadał? Pan się szybko zgodził i natychmiast się opamiętał.

- Ja zaś sądzę, iż lekkomyślna szczerość głównego pańskiego pytania budzi pewne podejrzenia. Można przypuścić, iż pan nie posiada ani pełnomocnictw, ani żadnych uprawnień, a dopytywał się pan przez prostą ciekawość.

         Na twarzy Wierchowieńskiego odbiło się coś w rodzaju zaniepokojenia.

- O czym pan mówi ? — zawołał. — O co panu chodzi?

- Chodzi mi o to — odpalił kulawy — iż wszelkie wciąganie ludzi do konspiracji odbywa się zwykle w cztery oczy, nie zaś w towarzystwie złożonym z dwudziestu nieznajomych osób. — Wypowiedział wszystko, co myślał. Był strasznie zirytowany. Wierchowieński natychmiast zwrócił się do zebranych, udając niepokój:

- Panowie! Muszę oznajmić, że to są głupstwa. Rozmowa nasza posunęła się zbyt daleko. Nikogo nie wciągałem do konspiracji i nikt nie ma prawa pomawiać mnie o to. Po prostu mówiliśmy o przekonaniach. Prawda? Bądź co bądź — zwrócił się znów do kulawego — niepokoi mnie pan bardzo. Nie przypuszczałem nigdy, że tu o tak naiwnych rzeczach trzeba mówić w cztery oczy. Pan boi się denuncjacji? Czyż pośród nas mógłby się znaleźć denuncjator?

        Wszyscy zebrani zaniepokoili się. Z różnych stron rozległy się głosy.

        Wierchowieński mówił dalej:

- Panowie, gdyby tak było, to narażałem przede wszystkim siebie. Muszę więc prosić was o odpowiedź na jedno pytanie. Może zechcecie odpowiedzieć. Zależy to całkowicie od was.

- Jakie pytanie? Jakie pytanie? — wołano ze wszystkich stron.

- Takie, po którym wyjaśni się ostatecznie, czy mamy pozostawać razem, czy weźmiemy w milczeniu czapki i rozejdziemy się każdy w swoją stronę.

- Prosimy, prosimy o pytanie!

- Gdyby ktoś z was wiedział o zamierzonym zabójstwie politycznym, to czy poszedłby zadenuncjować, przewidując, jakie to by miało następstwa, czy też siedziałby w domu, pozostawiając rzeczy ich własnemu biegowi? Tu mogą być rozmaite punkty widzenia. Odpowiedź wasza wyjaśni całkowicie, czy mamy się rozstać, czy też pozostajemy razem — nie tylko dzisiejszego wieczora. Pozwoli pan — zwrócił się znowu do kulawego — że poproszę pana pierwszego o odpowiedź.

- Dlaczego mnie pierwszego?

- Bo pan wszczął tę całą awanturę. Niech pan będzie łaskaw nie uchylać się od odpowiedzi. Wykręty tu nie pomogą. A zresztą, jak pan chce.

- Przepraszam! Pytanie pańskie jest obraźliwe.

- Czy nie mógłbym prosić o ściślejszą odpowiedź? Kulawy wykrzywił całą twarz.

- Nigdy nie byłem agentem tajnej policji, mój panie.

- Proszę pana ściślej. Niech pan nas nie zatrzymuje. Kulawy był tak zirytowany, że przestał już odpowiadać.

          Milcząc utkwił spoza okularów wściekły wzrok w dręczycielu.

- Tak czy nie? Zadenuncjuje pan czy nie? — krzyknął Wierchowieński.

- Rozumie się, że nie! — odkrzyknął jeszcze głośniej kulawy.

          Rozległy się liczne głosy.

- Nikt nie zadenuncjuje. Rzecz prosta, że nikt. Wierchowieński zwrócił się teraz do majora:

- A pan, panie majorze, zadenuncjowałby czy nie? Rozmyślnie zwracam się do pana.

- Nie.

- A gdyby pan wiedział, że ktoś chce zabić i obrabować zwykłego śmiertelnika, przecież pan nie milczałby wtedy!

- To jasne. Lecz tu zwykły kryminał, a tam sprawa polityczna. Nie byłem agentem tajnej policji, mój panie!

- I nikt tu nie był — wołano z różnych stron. — Zbyteczne badania. Wszyscy odpowiedzą to samo. Nie ma tu denuncjatorów.

- Dlaczego ten człowiek wstaje? — zawołała studentka.

- To Szatow — odezwała się Wirgińska. — Dlaczego pan wstaje?

        Szatow istotnie wstał. Trzymał w ręku czapkę i wpatrywał się w Wierchowieńskiego. Zdawało się, że chce mu coś powiedzieć, wahał się jednak. Miał twarz bladą i złą. Zapanował nad sobą, nie wymówił ani słowa i w milczeniu wyszedł z pokoju.

         Wierchowieński krzyknął za nim zagadkowo:

- Szatow! To bardzo niekorzystne dla pana. Szatow, stojąc już na progu, zawołał:

- Korzystne za to dla ciebie, szpiclu i nikczemniku! Wyszedł. Znowu rozległy się okrzyki.

- Oto próba! —zawołał ktoś.

- Przydała się!—mówił inny.

- Czy nie za późno? — odezwał się ktoś trzeci. Sypały się pytania.

- Kto go zaprosił? Kto go wpuścił? Kto to taki? Zadenuncjuje czy nie?

         Ktoś zauważył:

- Gdyby był szpiclem, toby się przyczaił. On zaś plunął i wyszedł.

        Znowu rozległ się głos studentki:

- Stawrogin także wstaje. On także nie odpowiedział na pytanie.

        Stawrogin rzeczywiście wstał, a za nim, z drugiego końca stołu, ruszył Kiriłłow.

        Wirgińska ostro wpadła na Stawrogina:

- Przepraszam pana! Myśmy tu wszyscy odpowiedzieli na pytanie, pan zaś wychodzi bez odpowiedzi.

- Nie widzę potrzeby odpowiadać na pytanie, które tak panią obchodzi — burknął niechętnie Stawrogin.

- Skompromitowaliśmy się, a pan nie! — krzyczało kilka osób.

- A cóż to mnie obchodzi, żeście się skompromitowali? Odpowiadał z uśmiechem, lecz oczy mu się iskrzyły.

- Jak to „co to pana obchodzi"? Co to znaczy? — wołano coraz głośniej.

           Niektórzy pozrywali się z miejsc.

          Wtem krzyknął kulawy nauczyciel:

- Panowie! Przepraszam! Pan Wierchowieński także nie odpowiedział na pytanie, a tylko innych badał.

          Uwaga ta wywołała niesłychane wrażenie. Wszyscy zaczęli się rozglądać. Stawrogin głośno zaśmiał się do kulawego i wyszedł. Za nim podążył Kiriłłow. Wierchowieński wyskoczył za nimi do przedpokoju.

- Co pan ze mną wyprawia? — bełkotał chwyciwszy Stawrogina za rękę i mocno ją ściskając.

          Stawrogin milcząc wyrwał rękę.

- Niech pan będzie zaraz u Kiriłłowa. Przyjdę tam... To jest niezbędne.

- Dla mnie nie! — odciął Stawrogin.

- Stawrogin przyjdzie! — kończył Kiriłłow. — Stawrogin, to i dla pana jest niezbędne. Tam, na miejscu, pan zobaczy.

          Wyszli./…/

                                                                                                    Teodor Dostojewski, 1872 

http://www.czasgarwolina.pl 

 

Czy wiecie, że … 

                        … 83% zarobków każdego pracownika w Polsce zabieranych jest dziś w formie podatków i obowiązkowych składek ubezpieczeniowych? Każdy z nas jest więc w 83% niewolnikiem, a w 17% panem. Taki wariant szygalewszczyzny.

                                                                                                                                      AD 

 

„W zachwycającej książce to, co nam się wydaje niespójne, jest zazwyczaj widzialną powierzchnią jej głębi.” 

„Inteligencja rosyjska – od czasów listu Czadajewa do Schellinga aż do ukazania się artykułu Leontiewa na temat wystąpienia Dostojewskiego podczas odsłonięcia pomnika Puszkina – widziała przyszłość z większą przenikliwością niż inteligencja zachodnia.” 

„Reakcjonista – w przeciwieństwie do pozostałych – aby katastrofę znienawidzić, nie czeka, aż do niej dojdzie.” 

„Od połowy XIX wieku, od Baudelaira, Flauberta, Kierkegaarda, Dostojewskiego, Ruskina, Burckhardta wiadomo, że wiara w postęp charakteryzuje imbecyla.” 

„Marksizm i psychoanaliza to nie techniki, to zaklęcia.” 

„Patologia religijna to klucz do historii.” 

„Średniowieczne herezje prawie zawsze głosiły tezy komunistyczne nie dlatego, że były religijnymi ideologiami konfliktów ekonomicznych, lecz dlatego, że komunizm jest ekonomiczną ideologią konfliktów religijnych.” 

„Naiwny szuka przyczyny zwycięstwa wśród ułomności przegranej sprawy, tymczasem to nikczemność sprawy zazwyczaj jest prawdziwym źródłem jej tryumfu.”
 

„Wolny lud to widowisko pod względem estetycznym żałosne.” 

„Lud nigdy nie wybiera, co najwyżej zatwierdza.” 

„Jako że dogmatyzm zmieniał swą dziedzinę, bezbożność musi zmieniać swoje miejsce. Dziś trzeba wyszydzać świętych demokracji.” 

„Dzisiejszy reakcjonista odczuwa satysfakcję, której nie dane było doświadczyć reakcjoniście dawnemu: widzi on, że koniec nowoczesnych programów jest nie tylko katastrofalny, lecz także żałosny.” 

Mikołaj Davila

.