22 listopada 2018r. Imieniny: Cecylii, Marka, Maura
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
O deficycie budżetowym
Konserwatywna mądrość życia podpowiada, że każdy winien wydawać nie więcej pieniędzy niż zarabia. Zadłużanie się usprawiedliwione jest wtedy, gdy inwestujemy w przedsięwzięcie niezbędne, a nie w zbytek. W wyjątkowych sytuacjach klęski życiowej, można zapożyczać się, by nie umrzeć. Nieprawdaż?

Także w życiu miasta uchwalanie budżetów z deficytem, gdzie wydatki przewyższają dochody to niedobry pomysł. Na pokrycie deficytu trzeba zazwyczaj zaciągnąć kredyt, a więc zadłużyć miasto. Finansowanie inwestycji miejskich za kredyt, to życie na kredyt młodego pokolenia, które będzie spłacało zaciągnięte wcześniej zobowiązania.

Najlepiej więc byłoby, gdyby deficyt budżetowy miast był zakazany, a istniejące zadłużenie spłacane po 10% rocznie. To poskromiłoby fantazję radnych, którzy np. chcą budować teatr w małej gminie, (gdyż mieszka w niej dwóch bezrobotnych aktorów), i skłoniłoby do przekazywania pewnych funkcji przedsiębiorcom prywatnym z podpisaniem umowy z nimi, że nie będzie robić się im dotowanej konkurencji.

Ale tak nie jest. Miastom wolno zadłużać się do łącznej wysokości 60% swoich dochodów w danym roku budżetowym. To stawia takich konserwatystów jak ja w groteskowej sytuacji. Jeśli bowiem doprowadzimy – kosztem budowy niezbędnych i naprawdę potrzebnych inwestycji takich jak drogi, mosty, rynki, itd., - do zmniejszenia do zera deficytu budżetowego, to w następnej kadencji nasi ewentualni następcy – a mogą to być populiści – będą mieli świetną sytuację, żeby dysponując możliwością nieskrępowanego zadłużania, zaszaleć i na kredyt wybudować – powiedzmy - skocznię narciarską.

To sprawia, że zamiast pryncypialnie walczyć z deficytem, staramy się kierować zasadą złotego środka. Rezerwując kwoty jakich nie wolno przekroczyć w zadłużeniu, by mieć możność pożyczenia pieniędzy na czarną godzinę, trzeba mądrze inwestować w rzeczy niezaprzeczalnie potrzebne.

Nasi przeciwnicy stosują nieuczciwie – zależnie od sytuacji – obrotowy argument związany z deficytem. Jeśli chcą budować teatr albo skocznię, to krytykują naszą niechęć do zadłużania miasta. Jeśli zaś kierujemy pieniądze na inwestycję, która i jest potrzebna, i przysporzy nam uznania społecznego, to krytykują, że nie zmierzamy pryncypialnie do likwidacji deficytu budżetowego. Oto przykład.

W roku 2004, podczas prac nad budżetem, do sześcioosobowej opozycji SdG przyłączyło się na 3 miesiące dwóch radnych: Antoni Frąckiewicz i Marek Nowicki. Na chwilę uzyskaliśmy większość w radzie. Nasz Krzysztof Wielgosz wykorzystał to do poprawienia prognozy dochodów miasta, korekty planów wydatków, i tak oto „wymiótł spod dywanu” około 500 000.- zł.

Wtedy nasz przeciwnik w miejskiej radzie, pan dyrektor Jerzy Duchna, zaproponował:

„ - Wskazane przez Was pieniądze należałoby przeznaczyć na redukcję deficytu budżetowego”.

„ - Nie, Panie Dyrektorze, Pan Bóg stworzył dobre rzeczy nie tylko dla grzeszników! Przeznaczymy je na wyasfaltowanie błotnistych ulic osiedla Targowa, i rozpoczęcie budowy dróg Zarzecza, żeby pokazać namacalnie efekt naszej decyzji” – odpowiedziałem.

Nie chcieliśmy być „chłopcami od czarnej roboty”.

Wydaje mi się, że drakońsko oszczędny budżet 2010 burmistrz Tadeusz Mikulski zaproponował kierując się rozumowaniem Jerzego Duchny.

A wszystko po to, żeby po wyborach, po oczekiwanej przez niego przegranej SdG, można było swobodnie np. budować basen w całości za miejskie pieniądze, gdyby okazało się, że dotacji ze środków europejskich na ten cel burmistrz jednak nie pozyska. Czyżby się tego obawiał, konstruując budżet bez deficytu i jakichkolwiek znaczących, potrzebnych miastu inwestycji. A może już coś wie?

Jeśli treść tego artykułu nie jest zakazana w naszych lokalnych mediach, to proszę bardzo – niech bezpłatnie przedrukują u siebie ten, czy inne nasze teksty. 
Andrzej Dobrowolski