16 listopada 2018r. Imieniny: Edmunda, Marii, Gertrudy
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Archimedes i Marcellus

http://www.czasgarwolina.pl   W dniu rocznicy napaści Germanii na Polonię przypomnijmy dwie legendarne postacie naszej cywilizacji, dwa wzorce.

   W roku 212 przed Chrystusem rzymski wódz Marcellus zdobył greckie miasto Syrakuzy na Sycylii mierząc się z obrońcami wyposażonymi przez Archimedesa.                                                                                                                                                                  AD

 

Fragment "Żywotu Marcellusa" Plutarcha

 

http://www.czasgarwolina.pl Marek Klaudiusz Marcellus zatem przystąpił do szturmu na miasto od strony lądu i morza. Appiusz dowodził piechotą, on sam sześćdziesięcioma penterami, wyposażonymi w różnorodną broń i pociski. Wielkim pomostem złączył razem osiem okrętów i wzniósł na nich machinę szturmową, po czym podpłynął pod mury licząc bardzo na bogactwo i wspaniałość swego wyposażenia okrętowego, a także na otaczająca jego imię sławę. Ale nic się z tym nie liczył Archimedes i archimedesowe machiny.

 Człowiek ten nie zakładał sobie niczego z tych rzeczy jako przedmiotu wartego studiów. Po największej części powstały one jako uboczne produkty matematyki dla zabawy. Już dawniej władca Syrakuz Hieron, chcąc zaspokoić swoje ambicje nakłaniał Archimedesa do przeniesienia części tej wiedzy z rozważań teoretycznych do konkretnych zastosowań, dla jaśniejszego pokazania ogółowi zdobyczy rozumu przez niejako poglądowe ich wcielenie w praktykę. Wysoko cenioną i sławną mechanikę zaczęli bowiem poruczać już Eudoksos i Archytas, urozmaicając tą przyjemnością matematykę i pomagając sobie przy problemach nie dających się udowodnić łatwo drogą rozumowania czy wykresu, poglądowym i konstrukcyjnym ich unaocznieniem. Obaj na przykład, problem dwóch średnich proporcjonalnych, nieodzowny dla wielu rysunków punkt wyjściowy, odsyłali do mechanicznych konstrukcji, określając pewne średnie proporcjonalne wedle łuków i odcinków. Ponieważ jednak Platon oburzył się na to i wystąpił przeciw nim jako gubiącym i psującym doskonałość matematyki, która w ten sposób odchodzi od abstrakcji rozumowej do konkretności zmysłowej i raz po raz korzysta z pomocy materialnych, w dużej części nie obywających się bez pospolitego rzemiosła, dlatego mechanika, odsunięta od matematyki, została czymś oddzielnym i przez długi czas, wzgardzona przez filozofię, pozostawała jednym z przedmiotów wykształcenia wojskowego.

http://www.czasgarwolina.pl Archimedes był krewnym i przyjacielem władcy Hierona. Otóż kiedy napisał, że daną siłą można poruszać dowolny ciężar, i z młodzieńczym zapałem, jak podają, twierdził, że gdyby miał drugą ziemię, przeszedłby na nią i poruszył istniejącą, zdziwiony tym Hieron polecił to twierdzenie to poprzeć czynem i pokazać, jak jakiś wielki przedmiot można poruszać małą siłą. Wówczas wsadził on na jeden z trójwiosłowców królewskich (wyciągany z morza na ląd przez wiele rąk z wielkim wysiłkiem, dużo ludzi) i zwykły ładunek, siadł sobie w pewnym oddaleniu od tego okrętu i wprawiając w ruch ręką, bez wysiłku i spokojnie, pierwszy krążek wielokrążkowej konstrukcji ciągnął go naprzód tak, że okręt szedł gładko i bez zboczeń, jakby płynął po morzu.


 Hieron osłupiał ze zdziwienia. Zrozumiawszy potęgę tej sztuki nakłonił Archimedesa do zbudowania mu machin wojennych, zarówno obronnych, jak i zaczepnych, do wszelkiego rodzaju przypadków w oblężeniach. Sam jednak nie skorzystał z nich, gdyż większość życia upłynęła mu bez wojny i w świetności. Natomiast Syrakuzanie mieli w nich teraz odpowiedni w potrzebie sprzęt wojenny, a razem ze sprzętem także jego twórcę.

 Kiedy więc Rzymianie tu i tam przystąpili do szturmu, a wśród Syrakuzan nastąpiło przerażenie i milczenie z trwogi, że nie będą mogli niczego, jak myśleli, tak wielkiej sile i przemocy przeciwstawić, Archimedes uruchomił swoje machiny. Posypały się na piechotę wszelakiego rodzaju pociski i kamienie kolosalnej wielkości, spadające w dół ze świstem i niewiarygodną szybkością, tak że nic wytrzymywało ich uderzenia, lecz przewracały naraz wielu ludzi, będących w ich zasięgu, i dezorganizowały szyki. Jednocześnie tam, nad okrętami, zawisły nagle z murów drągi, które jedne okręty zanurzały w głębię uderzając w nie i naciskając swym ciężarem, inne chwytały żelaznymi kleszczami czy też dziobami podobnymi do dziobów żurawii podnosiły je za przody w górę do położenia pionowego, a następnie tyłem zanurzały w wodę. Jeszcze inne za pomocą naciągniętych lin obracano z rozpędem w koło i tak ciskano na sterczące pod murami strome skały czyniąc zarazem wielkie zniszczenie wśród znajdujących się na nich i tak samo miażdżonych ludzi. Nieraz także okręt podniesiony w górę z morza obracał się to w tę, to w drugą stronę i wisząc w powietrzu wywoływał swym widokiem dreszcz przerażenia, aż w końcu ludzie z niego pospadali i powyskakiwali, a on pusty rozbijał się o mury albo upadał w dół, jeśli uchwyty rozluźniono.

 Machinę, z którą tam podpłynął Marcellus, nazwano sambyką z powodu pewnego podobieństwa do tego instrumentu muzycznego. Płynęła ona jeszcze z daleka pod mury, gdy w powietrze wyleciał głaz wagi dziesięciu talentów, za  nim następny, potem trzeci i dalsze, i jedne padały wprost na nią z wielkim łoskotem i poruszeniem morza rozbijając podstawę i rozluźniając wiązania, inne targały pomost, tak że bezradny Marcellus i z okrętami czym prędzej stamtąd odpłynął, i piechocie kazał się odsunąć.

 Na naradzie postanowiono jeszcze w nocy, jak dalece byłoby to możliwe, podejść pod same mury, licząc na to, że stosowane przez Archimedesa napięte struny wyrzucają pociski dzięki swej sile na wielkie odległości, natomiast dla bliskich odległości pozostają zupełnie bezużyteczne, ponieważ rzut nie ma wtedy dość przestrzeni.

 Tymczasem Archimedes, jak się okazało, i na to od dawna przygotował sobie ruchome konstrukcje, odpowiednie dla każdej odległości, i krótkosiężne pociski, i rozmieszczone gęsto otwory w murach, niewielkie, ale liczne, przy których stały niewidoczne dla nieprzyjaciela krótkostrunne, lecz mogące razić także z bliska skorpiony.

 Kiedy więc Rzymianie zbliżyli się do murów, w przekonaniu, że tam się ukryją, znowu dosięgły ich liczne pociski i ciosy. Z góry prostopadle sypały im się na głowy kamienie, mur zaś strzelał zewsząd strzałami. Wycofali się więc z powrotem na odległość, ale gdy tu rozstawili się w linię, pociski zaczęły padać dalej i dosięgać cofających się z wielkimi stratami. Jednocześnie na morzu nastąpiło wiele zderzeń okrętów między sobą, a nie można było przeciw nieprzyjacielowi podjąć żadnej akcji. Większość machin bowiem ustawił Archimedes po wewnętrznej stronie pod murami i Rzymianie walczyli jakby z bogami, dosięgani tysiącem nieszczęść z niewidocznych miejsc.

 Mimo wszystko udało się Marcellusowi stamtąd wycofać, po czym do swoich rzemieślników i budowniczych machin wojennych przemówił z ironią: "Może przerwiemy tę wojnę z tym Briareusem matematyki, który czerpie sobie wodę z morza naszymi okrętami, [a sambyki] obiwszy i zawstydziwszy odrzuca i miotając na nas tyle pocisków naraz przewyższa nawet sturękich olbrzymów mitycznych".

 Istotnie bowiem wszyscy pozostali Syrakuzanie byli tylko ciałem tego organizmu Archimedesa, a on jeden jako jego dusza wszystko wprawiał w ruch i obrót. Inna broń leżała wtedy spokojnie, miasto odpierało wroga i zapewniało sobie bezpieczeństwo tylko jego bronią.

 Ostatecznie też Marcellus, widząc Rzymian tak zastraszonych, że na widok każdego rozciągniętego na murach, choćby małego sznura czy drąga wołali, że to właśnie Archimedes szykuje na nich jakąś machinę, i odwracając się uciekali, wstrzymał się całkowicie od walki i szturmu i odłożył dalszą akcję zdobywczą do odpowiedniej okazji.

http://www.czasgarwolina.pl Ten Archimedes miał jednak tak wielki umysł, taką głębię duszy i takie bogactwo wiedzy teoretycznej, że na temat tych urządzeń, mimo że one zyskiwały mu rozgłos i sławę już nie ludzkiego, lecz jakiegoś boskiego geniuszu, nie chciał pozostawić żadnego pisma. Zajmowanie się mechaniką, i w ogóle każda sztuką, obliczoną na przydatność w potrzebie, uważał za cośnieszlachetnego, za rzecz rzemieślniczą. Jego osobistą dumę stanowiło tylko to, w czym wspaniałość i szlachetność nie wiąże się z potrzebą praktyczną, co się nie da zespolić z czymś różnym od siebie, co więc od dowodzenia teoretycznego odsuwa materialne; pierwsze bowiem ukazuje wzniosłość i piękno, drugie natomiast dokładność i siłę nadzwyczajną. Nie da się przecież w matematyce trudniejszych i poważniejszych problemów ująć w przedstawienia za pomocą prostszych i przejrzystszych elementów.

  A wiedzę tę jedni przypisują wrodzonemu talentowi tego człowieka, inni natomiast uważają, że przez jakiś nadzwyczajny wkład pracy można wszystkiemu nadać pozory czegoś zrobionego bez trudu i z łatwością. Szukając bowiem dowodu ten i ów sam przez się by go nie wymyślił, ale poznawszy go z nauki nabiera wrażenia, że sam by także do niego doszedł. Tak gładką i szybką drogą wiedzie on do celu dowodu.

 Nie ma też powodu nie wierzyć temu, co się o Archimedesie opowiada, jak to przez osobistą i w nim mieszkająca Syrenę zawsze oczarowany zapominał o sobie, nie dbał o posiłki czy pielęgnację ciała. Często przemocą ciągnięty do kąpieli i namaszczenia zajęty był rysowaniem w popiołach figur geometrycznych, a po namaszczeniu ciała kreślił linie palcem przeżywając wielką przyjemność i będąc przez swą muzę prawdziwie oszołomionym.

 Jakkolwiek jednak był wynalazcą wielu wspaniałych rzeczy, przyjaciół swoich i krewnych prosił, jak mówią, tylko o to, żeby po jego śmierci postawili mu na grobie walec obejmujący kulę z napisem podającym obliczenie różnicy objętości bryły obejmującej w stosunku do objętej.

 Taki więc był ten Archimedes, który zapewniał bezpieczeństwo sobie i miastu, jak dalece to było w jego mocy.

 Marcellus zaś w czasie tego oblężenia Syrakuz zdobył Megary, jedno z najstarszych miast sycylijskich, zajął obóz Hippokratesa pod Akryllami, gdzie padło ponad osiem tysięcy ludzi przeciwnika zaatakowanych przy budowie szańców obozowych; przemierzył wielką część Sycylii skłaniając miast do odstępowania od Kartaginy i wygrał wielkie bitwy z tymi, którzy odważyli się jemu przeciwstawić.

 Z czasem dostał w swe ręce jako jeńca niejakiego Damipposa ze Sparty, kiedy ten chciał z Syrakuz odpłynąć. Syrakuzanie postanowili wykupić tego człowieka z niewoli i zaczęły się częste w tej sprawie rozmowy i pertraktacje, a wtedy właśnie zwrócił uwagę na pewna basztę obronną, strzeżoną niedbale i dającą okazję do niespostrzeżonego ukrycia w niej ludzi, przy czym można było przez nią wydostać się na przylegający do niej mur. Kiedy więc po kilkakrotnym podchodzeniu pod ten mur na rozmowy koło baszty dobrze sobie zaobserwował jego wysokość, przygotował drabiny, upatrzył moment, gdy Syrakuzanie z okazji uroczystości na cześć Artemidy popili sobie wina i oddali się zabawie, nie tylko basztę tę niezauważony opanował, lecz nawet mury koło niej zapełnił przed świtem zbrojnymi ludźmi. Przebił sobie przejście przez Heksapylon, także w chwili, gdy Syrakuzanie na widok tego zaczęli się ruszać i powstał wśród nich popłoch, kazał ze wszystkich stron grać na trąbkach wojennych wywołując tym strach i ucieczkę przeciwnika, jakby już żadna część miasta nie pozostawała niezajęta. Ostała się jednak najsilniejsza jego dzielnica, najpiękniejsza i zarazem największa zwana Achradyną, bo była oddzielona otaczającym ją murem od leżących poza tym murem dzielnic, zwanych Neapolem i Tychą.

 Posiadłszy te części murów Marcellus z nastaniem dnia wkroczył przez Heksapylon do miasta wśród wielkich gratulacji ze strony swoich podkomendnych. Opowiadają, że patrząc z góry na miasto i widząc wkoło jego wielkość i wspaniałość zapłakał. Współczuł mu w tym, co je miało spotkać, uprzytamniając sobie, jaki wygląd i jaka postać przyjmie ono w krótkim czasie splądrowane przez wojsko. Bo żaden z dowódców nie śmiał sprzeciwiać się żołnierzom pragnącym zysku z grabieży, przy czym wielu domagało się nawet spalenia i zburzenia miasta.

 Marcellus w zasadzie nie dopuszczał tej myśli do siebie. Bardzo tego nie chciał i tylko ustępując przemocy pozwolił na grabież niewolników i rzeczy. Wolnych ludzi nie pozwolił tknąć i zakazał kogokolwiek z Syrakuzan zabijać czy hańbić, czy sprzedawać w niewolę.

 Ale choć taką wykazał tu powściągliwość, los miasta uważał za żałosny. W sercu jego wśród tak wielkiej radości odzywało się uczucie litości i boleści na myśl, że w krótkim czasie ta wielka i wspaniała szczęśliwość przepadnie. A mówią, że zagrabiono tu nie mniej bogactwa niż później w Kartaginie. Bo i resztę miasta, zajęta wkrótce potem przez zdradę, rozgrabiono przemocą, oprócz królewskiego skarbca. Ten wyłączono spod grabieży na rzecz skarbu publicznego.

http://www.czasgarwolina.pl Najbardziej zmartwił Macellusa los Archimedesa. Rozpatrując jakiś problem w skupieniu, pochylony nad wykresem i jego rozważani całkowicie pogrążony myślą i wzrokiem, nie zaważył, jak Rzymianie nadeszli i zajęli miasto. Nagle zbliżył się do niego żołnierz i kazał mu iść ze sobą do Marcellusa. A kiedy nie chciał tego zrobić, póki nie skończy zagadnienia i nie doprowadzi do rozwiązania, żołnierz rozzłościł się, dobył miecza i zabił go.

 Inni opowiadają, że Rzymianin stanął obok niego od razu z mieczem gotowym do ciosu, a on widząc go prosił i błagał o chwilę zwłoki, żeby nie zostawić problemu bez rozwiązania i zakończenia. Żołnierz jednak nie namyślając się zrobił swoje.

 Jest tu jeszcze trzecia wersja: Archimedes miał nieść do Marcellusa ze swoich przyrządów matematycznych zegary słoneczne, kule i przyrządy do mierzenia kątów, którymi wyraża się stosunek wielkości słońca do jego obrazu, i wtedy podobno natknęli się na niego żołnierze, którzy zabili go w przekonaniu, że niesie on złoto.

 Zgoda natomiast panuje co do tego, że Marcellusa bardzo to zabolało i że od mordercy odwrócił się jakby od przestępcy, a krewnych Archimedesa kazał odszukać i darzył ich względami.

Plutarch z Cheronei

Kilka lat później Marcellus zginął w zasadzce wojennej semickiego wodza Hannibala z zamorskiej Kartaginy.

http://www.czasgarwolina.pl.


























http://www.czasgarwolina.pl.http://www.czasgarwolina.pl













Rzeźba Igora Mitoraja i kadr z filmu Dolce Vita Felliniego jako wspomnienie dwóch spośród rzymskich Marcellusów: starożytnego konsula i współczesnego - gwiazdora pop-kultury.
Ilustracje w Internetu.

.