18 listopada 2018r. Imieniny: Klaudyny, Romana, Filipiny
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Luter od początku był agentem Hohenzollernów - hipoteza Maciejewskiego

 

Wstęp

 Ponieważ polityka jest spiskiem to dokumenty świadczące o prawdziwych zamiarach polityków są niszczone, a fabrykowane są dokumenty, przedstawiające fałszywe wytłumaczenie ich decyzji.

http://www.czasgarwolina.pl Dlatego Gabriel Maciejewski do zinterpretowania historii używa innej niż uznana dziś metoda analizy historycznej. Odrzuca uznane powszechnie interpretacje oparte na dokumentach, skupia się na faktach, układa je jak detektyw w sekwencje, i weryfikuje bądź falsyfikuje prawdopodobieństwo istnienia zamysłu centrum politycznego aranżującego rzekomo przypadkowy ciąg wydarzeń.

 W jego analizach podstawową funkcję pełni identyfikacja banków i centrów przemysłowych finansujących realizację planów politycznych, np. wojny czy zamieszek. Ujmuje on w nich także rolę herezji jako aranżowanych rozłamów jedności u przeciwnika; tajnej antychrześcijańskiej międzynarodówki renesansu, gnozy i alchemii; uniwersytetów jako centrów propagandowych. Jeśli jakieś wydarzenia obfitują w "zbiegi okoliczności" autor ten podsuwa pod rozwagę czytelnika istnienie czyjegoś tajnego planu działania.

 Czas Garwolina przedstawia dziś rozdział książki "Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie. Tom II" ukazujący logiczne współbrzmienie działań Marcina Lutra i rodziny Hohenzollernów. Zawarta jest w nim sugestia, że Marcin Luter już wstępując do zakonu augustianów miał na celu opracowanie spektaklu buntu wewnątrz Kościoła Katolickiego, ideologiczne jego uzasadnienie, i stworzenie podstawy intronizacji dynastii Hohenzollernów w oparciu o zsekularyzowane Państwo Krzyżackie przy finansowaniu przez imperium finansowe Jakuba Fuggera.

 Pewnikiem, a nie hipotezą jest to, że dynastia Hohenzollernów zakończyła po 400 latach swe panowanie wykreowaniem najokrutniejszej herezji w dziejach ludzkości. To rząd luteranina cesarza Wilhelma II Hohenzollerna wysłał w 1917 roku do Rosji Lenina, wsparł go pieniędzmi i działaniami sieci niemieckiej agentury w Rosji, i doprowadził do komunistycznego przewrotu. Ateistyczna religia "Człowieka-Boga" doprowadziła w XX wieku do śmierci 100 milionów ludzi, bo Hohenzollernowie uznali korzyść polityczną Niemiec w poparciu diabelskiej idei w Rosji. Lenin rzeczywiście podpisał pokój z Niemcami na warunkach dla nich korzystnych.

 W tekście jest "garvolinicum". Wspomniany w nim Erazm Ciołek jest potomkiem rodu właścicieli wsi Garwolin, którzy sprzedali ją księciu czerskiemu Januszowi I. W herbie Garwolina widnieją herbowe rogi Ciołków.

                                                                                                           Andrzej Dobrowolski

 

 Warszawska restauracja "U Fukiera" jest pamiątką po kamienicy Fukierów, siedziby rodzinnego odgałęzienia potężnego XV-wiecznego finansisty Jakuba Fuggera, który miał swe przedstawicielstwa we wszystkich większych miastach Europy i sterował polityką europejską. Jego pieniądze - pierwotnie bez jego wiedzy - zostały użyte do sfinansowania reformacji. Dziś "U Fukiera" należy do Magdaleny Gessler, siostry Piotra Ikonowicza, socjalisty.

http://www.czasgarwolina.pl











 

 











"Człowiek, który nic nie znaczył"

 Jeśli mielibyśmy za pomocą znanych nam dziś pojęć opisać handel odpustami, stwierdzić musielibyśmy nie bez zdziwienia, że było to swoiste połączenie sprzedaży polis ubezpieczeniowych na wieczność z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Oto po całej Europie krążyły grupy duchownych ze specjalnymi skrzyniami, zamkniętymi oczywiście, do których chętni wrzucali datki i otrzymywali dokument stwierdzający ile grzechów i na jaki czas zostało im odpuszczone. Cieszył się ów proceder fantastyczną wręcz popularnością, a rozwinięty został do wyżyn absolutnej maestrii przez trzech ludzi - Jakuba Fuggera, Leona X - papieża z rodziny de Medici oraz Jana Albrechta Hohenzollerna, arcybiskupa Magdeburga, biskupa Halberstadt i arcybiskupa Moguncji w jednym. Zatrzymajmy się teraz przy tym ostatnim nazwisku. Jak już to zostało powiedziane, Jan Albrecht Hohenzollern, brat Jerzego i Albrechta Hohenzollernów rozpoczął swoją błyskotliwą karierę kiedy miał 25 lat. Nie było to wiele, ale chłopak miał silne poparcie rodziny oraz ówczesnego George'a Sorosa, czyli wspomnianego już Jakuba Fuggera.

 Tak się jednak składało, że pomiędzy rodziną a partnerami w biznesie odpustowym narastał konflikt bardzo poważny, acz całkowicie niewidoczny. Sam zaś Jan Albrecht miał się stać wkrótce w tym konflikcie przysłowiowym języczkiem u wagi.

 Kolejną nasza opowieść rozpocznijmy w roku 1505. Od trzech lat istnieje już uniwersytet w Wittenberdze założony przez Wettynów z myślą o kształceniu administracji i propagandystów podlegających tej dynastii. To się oczywiście bardzo nie podobało rodzinie Hohenzollern, która także chciała mieć swój uniwersytet, ale spełnić ten warunek nie było wcale łatwo. Wettynowie mieli o wiele lepszą pozycję, przede wszystkim mieli decydujący głos przy wyborze cesarza i przez to papież traktował ich nieco lepiej niż innych książąt Rzeszy. Każdy papież. Nawet ktoś taki jak Juliusz II z rodziny della Rovere.

 Jerzy Hohenzollern, który od roku 1506 jest opiekunem następcy tronu Czech i Węgier, małoletniego króla Ludwika Jagiellończyka, podsuwa jego ojcu Władysławowi pomysł ulokowania uniwersytetu we Wrocławiu. I król Władysław wydaje stosowny edykt. Czyni to z miejsca od Wrocławia odległego, bo aż z zamku w Budzie. Niestety papież nie akceptuje tej decyzji. Uniwersytet wrocławski nie zostaje pobłogosławiony przez Rzym. Niczego to jednak nie zmienia w planach Jerzego i Albrechta Hohenzollernów. Po prostu niczego, albowiem mają oni poparcie Jakuba Fuggera i jego ludzi w tej części Europy, czyli inaczej mówiąc, mają poparcie rodziny Turzo z Krakowa. Jan Turzo stara się na razie, a wkrótce zostanie biskupem koadiutorem Wrocławia. /.../ W roku 1505 ma miejsce jeszcze jedno, dość prozaiczne wydarzenie, na które - jak napisaliby klasycy powieści szpiegowskiej - nikt nie zwrócił uwagi. Oto do klasztoru Augustianów wstąpił młody człowiek nazwiskiem Marcin Luter.

 Ponieważ ja nie należę do klasyków powieści szpiegowskiej, fakt ten wydaje mi się na tyle istotny, że muszę go tu koniecznie wspomnieć. Charakterystyczna jest motywacja tego kroku. Oto młody i zdolny absolwent uniwersytetu w Erfurcie, znanego z otwarcia na różne nowinki humanistyczne, wstępuje do zakonu eremickiego. Podejmuje tę ważką przecież decyzję w ciągu dwóch tygodni zaledwie. Oto bowiem 2 lipca tego roku w Lutra trafia piorun. Nie zabija go on jednak, co zostaje uznane za cud. W podzięce za ocalenie Marcin decyduje się na życie klasztorne. Pozostaje we wspólnocie, jak pamiętamy, do lat dwudziestych XVI wieku. Potem staje się wielkim reformatorem religijnym.

http://www.czasgarwolina.plZnakiem reformacji Marcin Luter uczynił różokrzyż, nawiązujący swym wyglądem do różokrzyża mistycznych, gnostyckich, alchemicznych tajnych związków XV wieku. AD.

Pozostawmy na chwilę Marcina Lutra, bo w roku 1505 ważne dla naszej historii sprawy rozgrywają się w Rzymie. Przybywa tam nowy wysłannik króla Polski i wielkiego księcia Litwy Aleksandra - Erazm Ciołek. To ważna postać, jeden z nielicznych skutecznych, rozumiejących rację stanu i po prostu mądrych ludzi tamtej epoki. Jego patron, król Aleksander, jest w opinii historyków i popularyzatorów istotą nie zasługującą na szczególną uwagę. My jednak przyjrzyjmy się temu władcy bliżej. Już przez sam fakt, że żył on jedynie 45 lat i panował zaledwie 5 powinniśmy go traktować w wyjątkowy sposób. Oznacza to bowiem, że jego plany i zamierzenia stawały w poprzek wielu ważnym ludziom i wielu zdecydowanym na wszystko grupom wpływów. Aleksander zgadza się na wiele, by założyć w Krakowie na swoją głowę koronę Królestwa Polskiego.  Zatwierdził przywilej mielnicki, który dał senatowi wielką władzę, obniżając przy tym pozycję króla. Uczynił także z senatu miejsce ścierania się interesów państw obcych, które wiele potrafiły zainwestować, by przeciągnąć senatorów na swoją stronę. Co prawda został ów przywilej zniwelowany wkrótce przez konstytucję Nihil novi, ale stało się to na rok przed śmiercią króla Aleksandra. I być może, choć to tylko jedna z wielu niepotwierdzonych sugestii, była ta właśnie konstytucja, bezpośrednią przyczyną śmierci przedostatniego z synów Kazimierza Jagiellończyka.

http://www.czasgarwolina.pl Powiedzmy to wprost - władcy, którzy żyli krótko, mieli coś ważnego do zaproponowania narodowi szlacheckiemu i byli ważni dla Rzymu. Ci, którzy żyli długo stawali się z własnej woli lub mimochodem rzecznikami państw obcych i idei szkodliwych. Aleksander umarł szybko, ale za swojego życia zrobił cos ważnego - uczynił Erazma Ciołka posłem w stolicy apostolskiej. W ciągu pół roku Ciołek aż trzynaście razy konferował z papieżem Juliuszem i przekonał go do poparcia Polski w sporze z Krzyżakami.  Nie uzyskał co prawda potwierdzenia pokoju toruńskiego zawartego po wojnie trzynastoletniej, ale zrobił i tak wiele jak na sytuację, w której znajdował się kraj, król i on sam. Polska nie była bowiem wtedy jakąś szczególna potęgą. Nie była nią zresztą także później za panowania Zygmunta, były to złudzenia, które umocnione zostały poprzez piśmiennictwo historyczne wieku XIX i XX.

 Polska była jedynie jedną ze składowych sporu jaki toczyli ze sobą Fugger, papiestwo, dynastia Wettynów, Wittelsbachów i rodziny Hohenzollernów. Podobną rolę pełniły Węgry, ale to królestwo znajdowało się w o wiele gorszej sytuacji.

 Ciołek powrócił do Rzymu w roku 1518, kiedy papieżem został znany nam już sprzedawca odpustów Leon X de Medici. Chciał - ponowie już - przekonać głowę Kościoła do zatwierdzenia pokoju toruńskiego oraz załatwić jeszcze jedną ważną sprawę. Oto arcybiskup Magdeburga, wspólnik papieża i sales manager w przedsiębiorstwie odpustowym wyciągnął rękę po kolejny kościelny urząd. Nigdy nie zgadniecie który. Otóż chodziło tym razem o biskupstwo wrocławskie. W mieście tym, jak pamiętamy, istniał już uniwersytet, a przez miasto przepływała rzeka, którą szły transporty miedzi wytapianej w hucie cieszyńskiej przez rodzinę Turzo,z polecenia Fuggera. Jeden z członków tej rodziny zaś był biskupem diecezji wrocławskiej i żył ciągle, ale to wcale nie przeszkadzało Hohenzollernom zgłaszać pretensji do tego stanowiska. Myślę także, że nie przeszkadzało to samemu biskupowi Turzo, który musiał być w cała rzecz wtajemniczony. Ten to bowiem biskup jako pierwszy opublikował i wydał drukiem pisma Marcina Lutra dotyczące odpustów.

 W roku 1518 Marcin Luter był jeszcze co prawda augustiańskim mnichem, ale był także inicjatorem pewnego wydarzenia, od którego miała sie rozpocząć w Europie reformacja. Chodzi o te 95 tez przybitych, jak chce legenda, w kruchcie kościoła w Wittenberdze.  Ponieważ nas tu nie interesują wcale sprawy doktrynalne i nawet nie próbujemy zbliżać się do nich, kwestię owych 95 tez i ich losy spróbujemy wytłumaczyć w inny sposób. W sposób może nie tak głęboki jak to ma miejsce w przypadku autorów komentujących pisma Lutra i jego spory z Kościołem, ale myślę, że za to w o wiele bardziej malowniczy.

 Oto Marcin Luter wysyła swoje tezy do dwóch arcybiskupów. Do Magdeburga i do Lubusza, gdzie znajdowała się siedziba diecezji brandenburskiej. Dlaczego tam? Ponieważ w Lubuszu rezydował biskup diecezjalny - tak się to zwykło tłumaczyć.  Nie tłumaczy się za to tej drugiej decyzji - dlaczego do Magdeburga? Spróbujmy to wyjaśnić. Wierzymy oczywiście w to, że Marcin Luter miał na celu jedynie wywołanie oczyszczającej dyskusji, sprowokowanie sporu, który doprowadzi do uzdrowienia Kościoła, i odwrotu z drogi grzechu. Dlatego właśnie zdecydował się wysłać swoje 95 tez do Magdeburga, gdzie rezydował nasz dobry znajomy Jan Albrecht Hohenzollern, określany tu całkiem współczesnym mianem salesmanagera w spółce handlującej odpustami. Nic innego nie wchodziło w grę. Luter uznał, że wysłanie tez właśnie tam, spowoduje, że biskup handlarz, przeczytawszy pismo padnie na kolana zdruzgotany trafnością argumentacji i zawoła wielkim głosem: - Panie przebacz bo zgrzeszyłem. Następnie zwinie całą rozbudowaną sieć sprzedaży i zajmie się nawracaniem pogan gdzieś w Azji. Wierzymy w to, prawda? Oczywiście. I wiary naszej nie mąci nawet wiadomość o tym, że tenże Jan Albrecht Hohenzollern otrzymawszy pismo Lutra natychmiast zaczął deklarować chęć objęcia diecezji wrocławskiej. Nie mąci naszej wiary także wiadomość, że w tymże roku we Wrocławiu wydano drukiem pierwsze pisma tegoż Marcina Lutra, wroga odpustów i reformatora Kościoła. To wszystko jest bez znaczenia albowiem najważniejsze jest to, co oznajmia pismo. I nie mam tu na myśli Pisma Świętego, ale pisma Lutra i jego apologetów.

 Jeśli oddalimy się na chwilę od mącących obraz sporów doktrynalnych, to architektura polityczna lat 1505-1518 rysuje się nam w sposób, który opiszę później.

 Hohenzollernowie chcą mieć własną metropolię i własny uniwersytet na Śląsku, gdzie jest węgiel, gdzie płynie Odra, i gdzie znajduje się złoto. Droga do tego nie jest prosta, bo na tej drodze stoją mniejsze i większe przeszkody.  Mniejsze to Jagiellonowie, książęta Opolscy i Wettynowie. Większe to Fugger i papież. Trzeba więc w komitywie z tymi drugimi zająć się likwidacją tych pierwszych. Umierają więc po kolei - król Jan Olbracht i Aleksander. Władysław, król Czech i Węgier, żyje, bo jest posłuszny i współpracuje. Poza tym idzie na wszystkie ustępstwa z najbardziej groźnymi włącznie - powierza Jerzemu Hohenzollern wychowanie syna i obiecuje mu odziedziczenie Opola. Wszystko idzie prawie dobrze. Prawie, bo król Aleksander zdążył umieścić w Rzymie swojego człowieka, który bardzo szkodzi. Trzeba być też ostrożnym, żeby Jakub Fugger - przeciwnik najgroźniejszy - nie zorientował się o co toczy się ta gra. Fugger nie rozumie wielu kwestii, ale za to świetnie rozumie pieniądze. To daje Jerzemu i Albrechtowi oraz ich bratu arcybiskupowi pewną przewagę. Fugger nie rozumie po co są uniwersytety i sam chętnie kupuje sobie odpusty, bo wierzy w ich moc. Fuggera interesują kopalnie i na tej płaszczyźnie między nim a Hohenzollernami nie ma żadnych sporów. Na razie. Niewielki kłopot sprawia nowy król polski, ale jemu coś się obieca i nie będzie szkodził. Plan jest prosty - opanować najważniejsze urzędy kościelne w Rzeszy, zająć pozycje Wettynów w czasie sejmów wybierających cesarza i mieć własny obszar gospodarczy przynoszący zyski, którego główna arterią będzie Odra. Wszystko zmierza w dobrym kierunku, kiedy nagle okazuje się, że zablokowano nominację Jana Albrechta na biskupa wrocławskiego, a zrobił to jakiś Ciołek, człowiek nieżyjącego już króla Aleksandra. I do tego jeszcze ten cały Luter, osoba wybrana co prawda, ale nic nie znacząca, został porwany i uwięziony przez Fryderyka Wettyna na zamku w Wartburgu.

 Pisma uczonych oznajmiają nam, że Fryderyk III Wettyn, zwany mądrym, zamknął Lutra dla jego dobra i bezpieczeństwa. To jest oczywiście tylko połowa prawdy. Prawdą jest, że dla dobra i bezpieczeństwa, ale nie Lutra bynajmniej, bo to księcia Fryderyka obchodziło najmniej, ale dla swojego własnego. Miał oto bowiem książę nie lada kłopot. Z północy graniczył z ziemiami brandenburskimi księcia Joachima Nestora, z południa z margrabstwem Bayreuth. Najważniejsze biskupstwa w Rzeszy obsadzone były przez Hohenzollerna, który w dodatku miał jakieś interesy z Fuggerem, a Fugger był najważniejszy w całym cesarstwie. Był ważniejszy niż sam cesarz [bo on finansował "demokratyczny" proces wyboru cesarza - przypis AD]. W dodatku pojawił się ten cały Luter, co do którego nie można było mieć wątpliwości, że to człowiek Hohenzollernów, przygotowanym na okoliczność przejęcia  dorzecza Odry i portów bałtyckich [i zagarnięcia dóbr tamtejszych Kościoła w imię reformacji - przypis AD]. Jeśli Jerzy dostanie w swoje ręce Lutra nic nie powstrzyma go przed wdrożeniem w życie planu podziału Saksonii lub przejęcia jej w całości. Jerzy ma po swojej stronie wszystkich, choć wobec wszystkich ma złe zamiary. Popierają go przede wszystkim bracia, no i Fugger, bo Jerzy jest opiekunem małoletniego króla Węgier. Na Węgrzech są zaś kopalnie Fuggera zarządzane przez rodzinę Turzo. Trzeba więc za wszelką cenę zaszkodzić Jerzemu. I Fryderyk czyni to skutecznie, zamyka Lutra i tym samym umacnia swoja pozycję negocjacyjną. Lutrowi bowiem nic nie grozi. Po kolejnym evencie zaaranżowanym przez niego na przedmieściach Wittembergi, czyli po spaleniu bulli papieskiej, dalej pozostaje nierozpoznanym przez cesarza, jakimś tam bratem Marcinem. Skazują go na wygnanie, ale o tym, by nastawać na jego życie nikt nie myśli. Siedzi więc Luter w Wartburgu całe dziesięć miesięcy i studiuje grekę oraz hebrajski. Pisze także kazania na każdy dzień roku i tłumaczy Biblię. Po 10 miesiącach opuszcza zamek, nie niepokojony przez księcia Fryderyka. Ciekawy dlaczego? Ponoć dlatego, że właśnie wybucha w Niemczech wojna chłopska, którą wywołali radykalni reformatorzy, interpretujący słowa Lutra opacznie, i mający zamiar zrobić porządek z feudałami w Saksonii, Turyngii i w innych państwach niemieckich. Nie we wszystkich jednak. W niektórych państwach Rzeszy panuje spokój. W których? - zapytacie. Oto na ten przykład w dolnej i górnej Frankonii, oraz Brandenburgii. Kto sprawuje władze w tych krajach? Jaka rodzina? Rzecz jasna rodzina Hohenzollern. Najgorzej jest jednak z ta wojna w Saksonii i w Szwabii, rozruchy wybuchają w okolicy Zwickau, gdzie jak pamiętamy od ponad stu lat płoną złoża węgla kamiennego, które podpalił właściwie nie wiadomo kto. Szwabia zaś to matecznik Fuggera.

 Luter wypuszczony z Wartburga jedzie do Wittembergi i stamtąd pisząc płomienne kazania i wygłaszając mowy próbuje uśmierzyć bunty, czyli jak powiedzielibyśmy dziś - chce zgasić strajki, bo dogadał się z władzą. Z jaką znowu władzą? Przecież nie z papieżem i nie z cesarzem, który skazał go na banicję, a teraz jak gdyby nigdy nic toleruje jego obecność w Rzeszy i nie zamierza wysłać doń siepaczy. Nie może, bo toczy się wojna. Luter więc może spokojnie udawać gołąbka pokoju, ale celem jego wizyty w Wittenberdze nie jest bynajmniej powstrzymanie chłopów przed mordowaniem feudałów. Tym celem jest spotkanie jednego tylko człowieka - Jerzego Hohenzollerna von Ansbach, opiekuna króla Węgier Ludwika. I to jest właśnie ta władza, z którą dogadał się Luter. Fryderyk III musiał wypuścić Lutra z zamku w Wartburgu, bo Hohenzollernowie nie żartują. Wywołali wojnę domową, która toczy się tak dziwnie, że jakoś nie może przekroczyć granicy Łaby, za którą leżą ich posiadłości. Fryderyk Wettyn nosi przydomek mądry, woli więc stracić możliwość wpływania na sytuację niż księstwo, a może i życie.

http://www.czasgarwolina.pl http://www.czasgarwolina.plW roku 1524 dochodzi więc w Wittenberdze do spotkania człowieka, który ma obecnie absolutną władzę w Czechach i na Węgrzech oraz na Śląsku - Jerzego Hohenzollerna z człowiekiem, który dla współczesnych jest i do śmierci pozostanie nikim - z Marcinem Lutrem. Efektem tego spotkania był hołd pruski na rynku w Krakowie i podział królestwa Węgier. Tam zostało to wszystko postanowione, w otoczonej wojną Wittenberdze.

http://www.czasgarwolina.pl W czasie kiedy Jerzy konferował z Lutrem jego brat Albrecht, ostatni wielki mistrz Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego, wypracował już sobie pozycje negocjacyjną przed przystąpieniem do rozmów o hołdzie z królem Polski i wielkim księciem Litwy Zygmuntem Jegiellończykiem. Czyli mówiąc słowami krakowskich historyków - zakończył Albrecht Hohenzollern absurdalna wojnę nie wiadomo o co, która wywołał w 1519 roku. Tak piszą w książkach. My jednak nie musimy się tym przejmować. Albrecht bowiem wiedział co robi i dlaczego toczy tę wojnę.  Przygotowania do tej wojny rozpoczął w tym samym roku, w którym jego młodszy brat rozpoczął starania o biskupstwo wrocławskie i w tym samym roku, w którym wydano w tymże Wrocławiu pierwsze pisma Lutra. I na nic się nie zdała pojednawcza postawa króla Polski.  Albrechtowi nie chodziło o pojednanie tylko o wytargowanie jak najlepszych warunków, na których mógłby uzyskać władze w Prusach. W roku 1524 są już w Królewcu protestanccy kaznodzieje, którzy przekonują wiernych i biskupów do reformy Kościoła. Działają za wiedzą i zgoda Albrechta oraz jego braci. Sprawę - jak już powiedzieliśmy, skomplikowały nieco działania Erazma Ciołka w Rzymie, ale w roku 1524 Ciołek, podobnie jak papież Leon X, juz nie żyje.  Ten drugi zmarł z obżarstwa, ten pierwszy ponoć na zarazę. To są oczywiście prawdopodobne rzeczy, ale mając w pamięci poprzednie zgony ludzi, którzy stawali na drodze rodzinie Hohenzollern, zachowajmy wobec tych obserwacji pewien dystans.

 Rok 1524 to rok, w którym bracia Hohenzollern oraz ich szwagier, książę legnicki Fryderyk, idą do sukcesu. Będzie nim uroczyste złożenie hołdu królowi polskiemu przez Albrechta na rynku w Krakowie dnia 10 kwietnia 1525 roku. Widzimy tam trzech z nich.

http://www.czasgarwolina.pl

















 

 Albrecht klęczy w zbroi. Jerzy stoi wyprostowany i podnosi w górę kapelusz w geście tryumfu i wielkiej ulgi chyba, bo on napracował się najwięcej i najwięcej ryzykował. Fryderyk stoi odwrócony do nas tyłem i pochyla się ku królewskiej ręce. Zygmunt, król Polski patrzy przed siebie niewidzącymi oczyma [sądząc, że pozbył się Krzyżaków - przypis AD]. Triumf jest pełen. Jak bardzo jest wielki postaramy się opowiedzieć szczegółowo w następnych rozdziałach. Opowiem też o tym, jak wielka podłość stoi za tym tryumfem. Popatrzmy na razie na tych trzech ludzi i wyobraźmy sobie, że nie widzimy tam ich, ale ziemie im podległe. Co prawda książę Jan Opolczyk żyje jeszcze, ale Jerzy juz wie, że to on będzie po nim dziedziczył. Tak więc wyobraźmy sobie, że przed królem Zygmuntem nie stoi trzech wrogich mu ludzi, alerozciąga się panorama dorzecza górnej Odry z leżącymi nad rzeka miastami, z polami ciężkimi od zbóż, z kopalniami i hutami, z których płynie złoto, żelazo, miedź i ołów, z http://www.czasgarwolina.plpokładami węgla. Ci trzej ludzie to obszar od źródeł Odry do tego miejsca, w którym łączy się ona z rzeką Bóbr, czyli do Krosna Odrzańskiego oraz całe Prusy z Królewcem i wielkimi wpływami w Gdańsku. A co z obszarem nad dolną Odrą spytacie? Otóż rządzi nim kuzyn Jerzego i Albrechta Joachim I Nestor. Nie tak dawno biskupstwo brandenburskie zostało odłączone od metropolii w Gnieźnie. Żadem więc polski biskup mianowany przez króla nie może czynić księciu wstrętów i ograniczać jego władzy. Pozostaje jeszcze Pomorze Zachodnie, ale ono ciąży i tak ku Brandenburgii. Nie wszystko się udało, młodszy brat nie został biskupem wrocławskim, ale plan i tak został zrealizowany.

 Nie można nie wspomnieć, że uczestniczyli w niej członkowie rodziny Turzo z Krakowa., nie wiemy na ile współfinansowali cały plan, ale na pewno to robili, inaczej przecież Jan Turzo nie wydawałby pism Lutra we Wrocławiu. Czy robili to wbrew woli ich patrona Jakuba Fuggera? Oczywiście, że tak. Jak bardzo byli w niezgodzie z jego planami pokazał dopiero rok 1525. Jan Turzo starszy już nie żył. Umarł w Siedmiogrodzie. Nie żył także Jan młodszy biskup wrocławski, który zmarł niespodziewanie w roku 1520. Sam Jakub Fugger dociągnął do końca roku 1525, niszcząc to, co zostało z fortuny rodziny Turzo na Węgrzech, a kiedy zmarł, dzieła zniszczenia majątku i pozycji nielojalnych wspólników dokończył jego następca - bratanek Anton Fugger. W następnym zaś roku, na Węgry wkroczyli Turcy, a stało się to ku zadowoleniu wszystkich widocznych na obrazie Jana Matejki osób. W tym także króla Zygmunta zwanego później Starym.

Gabriel Maciejewski

 

Otępiały, chory na kiłę mózgu Włodzimierz Lenin w ostatnich miesiącach swego życia. Z zachowanego listu Zinowiewa do Lenina wynika, że byli partnerami seksualnymi.

http://www.czasgarwolina.pl 

 Książka "Baśń jak niedźwiedź, Historie Polskie" przedstawia poszlaki realizowania celów politycznych poprzez zdeprawowanie następców tronu (wdrożenie ich w homoseksualizm), Zniewieściali władcy (np. król Polski Zygmunt zwany Starym, czy król Ludwik węgierski Jagiellończyk), bywali powolnymi realizatorami swoich "renesansowych" wychowawców i zauszników w polityce międzynarodowej.

Książkę tę można kupić w księgarni internetowej strony coryllus.pl .

..