15 listopada 2018r. Imieniny: Alberta, Leopolda, Odalii
Gospodarz strony: Andrzej Dobrowolski     
 
 
 
 
   Starsze teksty
 
Mentalność gospodarska a mentalność pracownicza w polityce

       Czas Garwolina przedstawia dziś rozdział z Konstytucji wolności Fryderyka Augusta von Hayeka. Opowiada on o zmianie sposobu rozumowania ludzi jaka dokonała się przez ostatnie dwieście lat ery przemysłowej; ery, która ograniczyła liczbę samodzielnych gospodarzy, rzemieślników i innych wolnych zawodów na rzecz pracowników najemnych.

    Przez tę zmianę rozpowszechniła się w świecie właśnie mentalność pracownika najemnego, etatowca. Ponieważ od niego wymaga się przede wszystkim posłusznego wykonywania obowiązków, a nie kreatywności, to w życiu publicznym - już po pracy - popiera jako oczywiste dla siebie reguły życia społecznego oderwane od kreatywności, a zbieżne z "etyką" pracowników najemnych.

     Kiedy ta mentalność zaczyna dominować wśród elit, niszczy w świadomości zbiorowej podstawowe reguły naszej kultury - osobistej wolności postępowania i gromadzenia owoców tego postępowania czyli własności (Własność jest przedłużeniem osoby - św. Tomasz z Akwinu).

     Zanurzmy się w tekście profesora najlepszego w świecie Uniwersytetu Chicago.

                                                                                                        Andrzej Dobrowolski

 

Praca najemna i praca niezależna

 

 

 

1. http://www.czasgarwolina.pl         Ideały i zasady przywołane w poprzednich  rozdziałach rozwijały się w społeczeństwie, które pod ważnymi względami różniło się od naszego. Było to społeczeństwo, w którym duża część ludności, zwłaszcza większość ludzi mających wpływ na kształtowanie opinii, utrzymywała się z niezależnej działalno­ści. Na ile więc owe zasady, które obowiązywały w takim społeczeństwie, zachowują ważność jeszcze dziś, kiedy większość z nas jest najemnymi pracow­nikami wielkich organizacji, używając nienależących do nas środków i działając głównie na polecenie innych? W szczególności jeśli pracujący na własny rachunek stanowią obecnie tak wyraźnie mniejszą i mniej wpływową część społeczeństwa, to czy ich wkład z tego powodu stał się mniej znaczący, czy też pozostaje istotny dla powodzenia każdego wolnego społeczeństwa?

 

         Zanim przejdziemy do tego głównego zagadnienia, musimy uwolnić się od mitu powiększania się klasy najemnych pracowników, który, choć w naj­prymitywniejszej formie jest przedmiotem wiary jedynie marksistów, zyskał dość szerokie poparcie, żeby wprowadzić zamęt w głowach. Jest to mit, że pojawienie się pozbawionego własności proletariatu jest rezultatem procesu wywłaszczenia, w którego toku masy zostały pozbawione środków, jakie dawniej pozwalały im samodzielnie zarabiać na życie. Fakty mówią zupełnie co innego... Przed narodzinami nowożytnego kapitalizmu dla większości ludzi możliwość założenia rodziny i wychowania dzieci zależała od dziedziczenia domostwa i ziemi oraz niezbędnych narzędzi produkcji. 

 

            Później natomiast ci, którzy nie odziedziczyli po swoich rodzicach ziemi i narzędzi, mogli przeżyć i rozmnażać się  t y l k o  dlatego, że stało się możliwe i zyskowne wykorzystanie przez ludzi bogatych ich majątku jako kapitału w taki sposób, że dawało to zatrudnienie wielu ludziom. Jeśli więc „kapitalizm stworzył proletariat", to równocześnie zrobił to, dając rzeszom ludzi możliwość przeżycia i prokreacji. Dzisiaj w świecie zachodnim efektem tego procesu nie jest już oczywiście rozrost proletariatu w dawnym sensie, lecz wzrost rzeszy pracowników najemnych, którzy pod wieloma względami są obcy, a nawet wrodzy wielkiej części mechanizmów, które stanowią siłę napędową wolnego społeczeństwa. 

     Wzrost liczebny w ostatnich dwustu latach dotyczył głównie rzeszy najem­nych pracowników, miejskich i przemysłowych. Chociaż przemiany techno­logiczne, sprzyjające rozwojowi wielkich przedsiębiorstw i przyczyniające się do powstania nowej wielkiej klasy urzędników, bez wątpienia powodowały wzrost liczby pracowników najemnych, to z drugiej strony wzrost liczby ludzi bez własności oferujących swoją pracę przyczyniał się do rozrostu wielkich or­ganizacji. 

      Polityczne znaczenie tych przemian podkreślał fakt, że w czasie gdy ta liczba ludzi zależnych i pozbawionych majątku rosła najszybciej, przyznano im prawo wyborcze, którego większość z nich wcześniej nie miała. W efekcie bodaj we wszystkich krajach Zachodu poglądy znacznej większości elektoratu wyrażają punkt widzenia pracowników najemnych. 

      Ponieważ obecnie to ich opinia w znacznym stopniu określa politykę, skutkuje to rozwiązaniami, które bardziej faworyzują tych ostatnich, a pogarszają sytuację niezależnych. Jest naturalne, że pracownicy najemni wykorzystują swoją polityczną siłę. Problem polega na tym, czy jest w ich długofalowym interesie, żeby społeczeństwo stopniowo przekształciło się w ten sposób w wielką hierarchię pracy najemnej. Taki rezultat wydaje się prawdopodobny, jeśli najemna większość nie zrozumie, że byłoby w jej interesie zapewnienie istnienia znacznej grupy pracowników niezależnych. Bo jeśli to do niej nie dotrze, wszyscy szybko stwierdzimy, że nasza  w o l n o ś ć  jest zagrożona, a ta najemna większość odkryje, że bez wielkiej różnorodności pracodawców, wśród których można wybierać, jej położenie nie jest już takie jak przedtem. 

      W poprzednich rozdziałach autor udowodniał, że wolność jako zasada kultury jest gwarancją optymalizacji wykorzystania zdolności ludzkich, wsparcia wynalazczości, dobrego rozwoju. Dlatego jego zdanie "wolność jest zagrożona" nie ma znaczenia sentymentalnego, ale ekonomiczne, egzystencjalne i cywilizacyjne.- AD 

2.     Rzecz w tym, że wiele efektów  w o l n o ś c i  bezpośrednio niezbyt interesuje pracowników najemnych, i że często nie jest im łatwo zrozumieć, iż ich wolność zależy od tego, czy inni mają możliwość podejmowania decyzji, które nie wiążą się bezpośrednio z całym sposobem życia dyktowanym pracą najemną. Ponieważ mogą i muszą żyć, nie podejmując takich decyzji, nie rozumieją ich konieczności i niewiele wagi przywiązują do możliwości takiego działania, jakie podejmują w swoim życiu. Uważają za zbędne wiele sposobów korzystania z wolności, które są konieczne dla człowieka niezależnego, jeśli ma wypełniać swoje funkcje społeczne; a ich pogląd na zasługi i odpowiednie wynagrodzenie różni się całkowicie od jego poglądu.  

       Wolności zagraża więc dzisiaj skłonność najemnej większości do narzucania pozostałym swoich wzorców i poglądów na życie. Najtrudniejszym zadaniem może w istocie okazać się przekonanie pracujących najemnie mas, że we wspólnym interesie społeczeństwa i dlatego także w ich własnym długofalowym interesie jest utrzymanie warunków umoż­liwiających nielicznym osiąganie pozycji, które masom wydają się nieosiągalne lub niewarte wysiłku i ryzyka. 

       Jeśli w życiu pracowników najemnych pewne sposoby korzystania z wolnoś­ci mają niewielkie znaczenie, nie oznacza to, że nie są oni wolni. Każdy dokonywany przez człowieka wybór co do sposobu życia i zarabiania na nie sprawia, że siłą rzeczy nie będzie zainteresowany robieniem czego innego. Bardzo wielu ludzi wybiera zatrudnienie najemne, ponieważ daje im ono lepsze perspektywy takiego życia, jakiego chcą, niż jakakolwiek działalność niezależna. Nawet dla tych, którym nie zależy wyłącznie na względnym bezpieczeństwie, braku ryzyka i odpowiedzialności, jakie wiążą się z pracą najemną, rozstrzygające jest często nie to, że niezależność jest trudno osiągalna, lecz że praca najemna dostarcza im więcej satysfakcji i daje im większy dochód, niż mogliby zarobić jako, powiedzmy, niezależni kupcy. 

     Wolność nie oznacza, że możemy wszystkim pokierować tak, jak chcemy. W wyborze drogi życia musimy zawsze wybierać między rozwiązaniami, które mają dobre i złe strony, a gdy już dokonamy wyboru, musimy być przygotowani na pogodzenie się z pewnymi ujemnymi skutkami w imię czystej korzyści. Ktoś, kto woli sprzedawać swoją pracę za regularny dochód, musi poświęcić czas pracy na wykonywanie bezpośrednich zadań, które wyznaczają mu inni. Wykonywanie poleceń innych jest dla pracownika najemnego warunkiem osiągania jego celu. Chociaż może odczuwać to niekiedy jako trudne do zniesienia, to jednak w normalnej sytuacji nie jest pozbawiony wolności w sensie podlegania przymusowi. To prawda, że stopień ryzyka czy wyrzeczeń związany z rezygnacją z pracy może być często tak wielki, że skłania go to do trzymania się jej, nawet gdy jej szczerze nie znosi. Lecz może to dotyczyć także prawie każdego innego zajęcia, któremu się człowiek poświęcił - a z pewnością także wielu rodzajów działalności na własny rachunek. 

     Istotne jest to, że w społeczeństwie wolnej konkurencji pracownik nie pozostaje na łasce i niełasce pracodawcy, z wyjątkiem okresów wysokiego bezrobocia. Prawo zasadnie nie uznaje kontraktów nieodwołalnej sprzedaży siły roboczej człowieka i z reguły nawet nie egzekwuje nietypowych umów pracy. Nikt nie może być zmuszony do pracy pod kierownictwem jakiegoś określonego zwierzchnika, nawet jeśli podpisał taką umowę, a w normalnie działającym społeczeństwie konkurencji inne zatrudnienie zawsze będzie dostępne, nawet jeśli często okaże się gorzej płatne. 

      Że wolność pracowników zależy od istnienia wielu rozmaitych pracodaw­ców, staje się jasne, gdy rozpatrzymy sytuację, gdyby był tylko jeden pracodawca - mianowicie państwo, a podjęcie pracy najemnej było jedynym dopuszczalnym źródłem utrzymania. A konsekwentne zastosowanie zasad socjalistycznych, choćby maskowało je przekazanie prawa zatrudniania pracowników nominalnie niezależnym państwowym przedsiębiorstwom i tym podobnym, nieuchronnie prowadziłoby do obecności jednego pracodawcy. Czy więc ten pracodawca działałby bezpośrednio czy pośrednio, bez wątpienia miałby nieograniczoną władzę przymusu wobec jednostek. 

     W latach dziewięćdziesiątych, podczas "wilczkowej wolności" i dobrej koniunktury w chałupnictwie w naszym powiecie, etatowcy zwolnieni z pracy państwowej, po miesiącu znajdowali dobrze płatną pracę u szewców, i bez żalu wspominali zwolnienie z pracy. Potem politycznie zduszono dobrą koniunkturę zamykając granice wschodnią i krępując wolność siecią przepisów. 

     Pamiętajmy o tym nieustannie, by umieć odpowiedzieć na pytanie "Czy wolnością można się najeść?". Tak, można, tak jak w latach dziewięćdziesiątych. - AD.
 

3.    Wolność pracowników najemnych zależy więc od istnienia grupy osób, których pozycja jest odmienna. Tymczasem w demokracji, w której są oni większością, ich koncepcja życia może rozstrzygnąć, czy taka grupa będzie istnieć i spełniać swoje funkcje, czy też nie. Górę weźmie punkt widzenia przeważającej większości, którą tworzą pracownicy hierarchicznych organizacji, niezbyt świa­domi charakteru problemów i poglądów określających relacje między odrębnymi członami całości, w których sieci działają. Wzorce, jakie taka większość tworzy, mogą być wzorcami pożytecznych członków społeczeństwa, ale nie mogą stosować się do jego całości, jeśli ma ono pozostać wolne. 

     Jest nieuniknione, że interesy i wartości pracowników najemnych będą się różnić od interesów i wartości ludzi, którzy biorą na siebie ryzyko i odpowiedzial­ność za organizację działalności i wykorzystanie zasobów. 

    Człowiek, który pracuje pod kierownictwem za ustaloną pensję czy płacę, może być równie sumienny, pracowity i inteligentny jak ktoś, kto musi stale wybierać między różnymi możliwościami, lecz wątpliwe, czy będzie równie pomysłowy czy równie skłonny do wysiłku, po prostu dlatego, że zakres wyborów w jego pracy jest ograniczony.  

     Zwykle nie oczekuje się od niego działań, które wykraczają poza procedury lub które nie są przyjęte. Nie może wykraczać poza wyznaczone mu zadanie, nawet jeśli mógłby zdziałać więcej. Takie przypisane zadanie jest z konieczności ograniczone, zawężone do danej sfery i oparte na ustalonym wcześniej podziale pracy. 

   Fakt najemnego zatrudnienia odbija się nie tylko na inicjatywie i inwencji człowieka. Pracownik najemny ma niewielkie wyobrażenie o odpowiedzialności tych, którzy dysponują majątkiem i którzy muszą stale poszukiwać nowych rozwiązań i układów; niewiele wie o postawach i stylach życia, wyznaczanych koniecznością decydowania o wykorzystaniu własności i dochodu. W przypadku człowieka niezależnego nie może istnieć ostra granica między jego życiem prywatnym i zawodowym, jak to jest w przypadku pracownika najemnego, który sprzedał część swego czasu za stały dochód. Podczas gdy dla tego ostatniego praca jest głównie sprawą dostosowania się przez kilka godzin do określonej struktury, dla niezależnego jest kwestią kształtowania i zmieniania ciągle na nowo planu życia, szukania rozwiązań ciągle nowych problemów. Pracownik najemny i człowiek prowadzący własną działalność różnią się zwłaszcza w po­glądach na to, czym właściwie jest dochód, jakie możliwości należy podjąć i jaki sposób życia wybrać, żeby móc liczyć na sukces. 

     Największą różnicę można jednak zauważyć w ich poglądach na to, jak należy określać właściwe wynagrodzenie za rozmaite prace. Gdy człowiek pracuje, wykonując polecenia jako członek wielkiej organizacji, wartość jego indywidualnych czynności trudno ustalić. Określenie, na ile wiernie i inteligent­nie przestrzegał zasad i instrukcji, jak dobrze dostosował się do całej machiny, musi zależeć od opinii innych ludzi. Często trzeba go wynagradzać na podstawie szacowanych zasług, a nie wyników. 

     Jeśli w organizacji ma panować zadowolenie, najważniejsze jest, żeby wynagrodzenia uważano za ogólnie sprawiedliwe, żeby były zgodne się ze znanymi i zrozumiałymi regułami i żeby jakiś organ odpowiadał za to, aby każdy pracownik otrzymał to, co według jego współ­towarzyszy należy mu się. Tymczasem ta zasada wynagradzania człowieka na podstawie opinii innych o jego wkładzie nie stosuje się do ludzi, którzy działają z własnej inicjatywy. 

     Lata powojenne przyniosły taką deformację umysłową Polaków, że jeden z moich garwolińskich znajomych, lewicowiec, upadek systemu komunistycznego skwitował przemyśleniem dotyczącym prywatnych przedsiębiorców: "Okazuje się, że i hieny są potrzebne w społeczeństwie, i trzeba je tolerować, niestety." Wolny przedsiębiorca to "hiena", a pracownik najemny to "altruista" - tym przesiąkł! - przypis AD  

Orville i Wilbur Wright, "Strajk" - obraz Stanisława Lenza, aeroplan braci Wright.

http://www.czasgarwolina.plhttp://www.czasgarwolina.pl.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

http://www.czasgarwolina.pl.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

4.      Kiedy większość, którą tworzą pracownicy najemni, decyduje o prawach i polityce, warunki działania będą się dostosowywały do wymagań tej grupy i okażą się mniej sprzyjające dla ludzi pracujących na własny rachunek. Położenie tych pierwszych będzie w konsekwencji coraz lepsze, a ich względna siła jeszcze większa. Być może nawet dzisiejsza przewaga wielkich organizacji nad małymi jest po części rezultatem polityki, która uczyniła pozycję pracownika najemnego bardziej atrakcyjną dla wielu, którzy kiedyś dążyliby do niezależności.
 

     W każdym razie jest niewątpliwe, że zatrudnienie najemne stało się nie tylko faktem, lecz także stanem preferowanym dla większości ludzi, którzy odkrywają, że daje im ono to, czego głównie pragną: stały dochód na bieżące wydatki, mniej lub bardziej automatyczne podwyżki i zabezpieczenie na starość. 

     Zostają w ten sposób zwolnieni z ciężaru odpowiedzialności działania gospodarczego i w sposób naturalny uważają, że ekonomiczne nieszczęście, jakie staje się ich udzia­łem w rezultacie podupadania czy bankructwa zatrudniającej ich organizacji, nie jest zupełnie ich winą, lecz winą kogoś innego. Nie jest więc zaskakujące, że chcą, aby jakaś wyższa władza opiekuńcza czuwała nad skutkami zarządzania, którego nie rozumieją, lecz od którego zależy ich źródło utrzymania. 

     Tam, gdzie ta klasa dominuje, w dużej mierze do jej potrzeb dostosowuje się pojmowanie sprawiedliwości społecznej. Odnosi się to nie tylko do ustawodaw­stwa, lecz także do instytucji i praktyki gospodarczej. System podatkowy oparty zostaje na rozumieniu dochodu zasadniczo z punktu widzenia pracownika. Paternalistyczne zasady opieki społecznej są przykrojone prawie wyłącznie do jego potrzeb. Nawet warunki i rodzaje kredytu konsumpcyjnego są głównie do nich dostosowane. Wszystko zaś, co dotyczy własności i wykorzystania kapitału, zaczyna być traktowane jako partykularny interes małej uprzywilejowanej grupy,  k t ó r ą  m o ż n a  s ł u s z n i e  d y s k r y m i n o w a ć. 

     Amerykanom ten obraz może się jeszcze wydawać przesadzony, lecz Europejczykom większość jego rysów jest aż nadto znana. Toczący się w tym kierunku proces z reguły ulega znacznemu przyspieszeniu, gdy tylko urzędnicy państwowi stają się najliczniejszą i najbardziej wpływową grupą wśród pracow­ników najemnych, a szczególnych praw i przywilejów, z jakich korzystają, zaczynają domagać się jak czegoś oczywistego wszyscy pracownicy. Przywileje urzędnika państwowego, takie jak gwarancja stałego zatrudnienia i automatycz­nego awansu wraz z wysługą lat, które przyznaje mu się nie w jego interesie, lecz w interesie publicznym, zaczyna się przenosić poza tę grupę. 

     A przy tym w biurokracji państwowej jeszcze trudniej niż w innych wielkich organizacjach ustalić konkretną wartość indywidualnej pracy pracownika i dlatego musi być wynagradzany raczej na podstawie oceny jego zasług niż wyników. Wzorce dominujące wśród biurokracji zaczynają się rozprzestrzeniać, między innymi za sprawą wpływu urzędników na ustawodawstwo i na nowe instytucje obsługujące potrzeby pracowników najemnych. W wielu krajach europejskich biurokracja nowych służb socjalnych stała się w szczególności bardzo ważnym czynnikiem politycznym, zarówno instrumentem, jak twórcą nowego rozumienia potrzeb i zasług, a jej wzorcom coraz bardziej podporządkowane jest życie ludzi. 

     O tak! Unia Europejska nie ukarała do dziś państwa polskiego za brak klarownego kodeksu podatkowego czy niepotrzebne wywłaszczenia, a za odmowę spełnienia niektórych roszczeń socjalistycznych - tak. - AD.

 

5. Różnorodność możliwości zatrudnienia zależy ostatecznie od istnienia niezależnych jednostek, które potrafią wykazać inicjatywę w nieustającym procesie przekształcania i przekierowywania struktur gospodarczych. Na pierw­szy rzut oka wydawałoby się, że wielość możliwości pracy mogłyby także zapewniać liczne spółki akcyjne, zarządzane przez najemnych menedżerów i będące własnością wielkiej liczby udziałowców, a w tej sytuacji wielcy posiadacze byliby zbyteczni. Lecz chociaż korporacje tego rodzaju mogą się sprawdzać w tradycyjnych przemysłach, nie wydaje się, żeby udało się zachować warunki wolnej konkurencji czy zapobiec skostnieniu całej struktury przedsię­biorstw bez tworzenia nowych firm dla nowych wyzwań, w czym nie do zastąpienia jest jednostka dysponująca własnością i gotowa podjąć ryzyko.  

     Przy tym ta wyższość decyzji indywidualnych nad zbiorowymi nie ogranicza się do nowych przedsięwzięć. Jakkolwiek zbiorowa mądrość zarządu może być w więk­szości przypadków wystarczająca, prawdziwy sukces nawet dużych i ustabilizowa­nych korporacji często możliwy jest dzięki jakiejś jednej osobie, której nadzór nad wielkim majątkiem zapewnia niezależną i wpływową pozycję. Bez względu na to, jak bardzo instytucja korporacji akcyjnej mogła zatrzeć prostą różnicę między zarządzającym właścicielem i pracownikiem, to całość systemu niezależ­nych przedsiębiorstw, zapewniającego pracownikom i konsumentom wystar­czający wybór, żeby uniemożliwiać każdej z firm i instytucji posługiwanie się przymusem, zakłada istnienie prywatnej własności i indywidualne decydowanie o wykorzystaniu środków. 

     Marność spółek akcyjnych i korporacji poznaliśmy kilka lat temu kiedy zbankrutował w USA bank Lehmann Brothers, grzebiąc majątek 700 miliardów dolarów. Jego zwolniony prezes otrzymał odprawę w wysokości 50 milionów dolarów! Był wszakże eksperckim pracownikiem najemnym a nie właścicielem. 

A teraz Fryderyk August von Hayek rozważa rolę bogatych i kreatywnych ludzi i uzasadnia kulturowe prawo dziedziczenia.

 

6.          Znaczenie prywatnego właściciela znacznego majątku nie sprowadza się jednak do prostego faktu, że jego obecność jest koniecznym warunkiem zachowania struktury konkurencyjnego przedsiębiorstwa. Człowiek dysponujący niezależnymi środkami okazuje się w wolnym społeczeństwie nawet ważniejszą postacią, gdy nie zajmuje się obracaniem kapitałem w dążeniu do materialnej korzyści, lecz przeznacza go do celów, które nie przynoszą materialnego zysku. Człowiek niezależny materialnie ma do odegrania w cywilizowanym społeczeń­stwie niezastąpioną rolę bardziej dlatego, że podejmuje cele, o które mechanizm rynku nie może zadowalająco zadbać, niż dlatego, że jest niezbędny dla istnienia tego rynku.

 

      Chociaż mechanizm rynkowy jest najbardziej efektywną metodą zapew­niania tych usług, które można wycenić, są też inne bardzo ważne usługi, których rynek nie zapewnia, ponieważ nie można ich sprzedać indywidualnemu odbiorcy. Ekonomiści często stwarzają wrażenie, jakby użyteczne było jedynie to, za co publiczność zapłaci, a wyjątki od tego traktują jedynie jako argument za wkraczaniem państwa tam, gdzie rynek nie potrafi zapewnić pożądanych dóbr, czymkolwiek one są. Chociaż jednak ograniczenia rynku rzeczywiście uzasad­niają pewne rodzaje działania państwa, to z pewnością nie są argumentem za tym, żeby tylko państwo mogło zapewniać takie usługi. Samo uświadomienie sobie, że istnieją potrzeby, których rynek nie zaspokaja, musi przekonywać, że państwo nie powinno być jedyną organizacją zajmującą się sprawami, które nie są opłacalne, że więc nie powinno tu być żadnego monopolu, lecz musi istnieć jak najwięcej niezależnych ośrodków zaspokajających takie potrzeby. 

      Dominująca obecność takich jednostek czy grup, które są w stanie poprzeć swoje zainteresowania środkami finansowymi, jest szczególnie istotna w dziedzi­nie przedsięwzięć kulturalnych, w sztukach pięknych, w edukacji i badaniach naukowych, w ochronie przyrody i skarbów historii, a nade wszystko w szerzeniu nowych idei w polityce, moralności i religii. Żeby poglądy mniejszości miały szansę stać się poglądami większości, konieczne jest nie tylko, aby ludzie, którzy już cieszą się wielkim szacunkiem większości, mogli inspirować działania, lecz także, aby przedstawiciele wszelkich odmiennych poglądów i upodobań mogli wspierać swoim majątkiem i energią ideały, których większość jeszcze nie podziela. 

     Gdybyśmy nie znali lepszego sposobu wyłonienia takiej grupy, wiele przemawiałoby za tym, żeby wylosować z całej populacji co setną lub tysięczną osobę i wyposażyć wybrańców w majątek pozwalający im realizować dowolne pomysły. Jeśli w efekcie byłaby reprezentowana większość upodobań i poglądów oraz dana szansa każdemu zainteresowaniu, byłoby to warte podjęcia, nawet jeśli z tego ułamka ludności znowu tylko jeden na stu lub jeden na tysiąc wykorzystałby tę szansę w sposób, który później okazałby się pożyteczny. 

     Selekcja przez dziedziczenie rodzinne, która w gruncie rzeczy prowadzi do takiej sytuacji, ma przynajmniej tę zaletę (nawet jeśli pomijamy prawdopodobieństwo dziedziczenia zdolności), że ci, którzy otrzymują tę szczególną szansę, są zwykle kształceni do jej wykorzystania i wychowują się w środowisku, gdzie materialne pożytki zamożności stały się czymś normalnym, a ponieważ są przyjmowane jako oczywiste, przestały być głównym źródłem satysfakcji. Wulgarne przyjemności, jakim często oddają się nuworysze, zazwyczaj nie pociągają tych, którzy majątek odziedziczyli. 

     Jeśli jest jakkolwiek uzasadnione twierdzenie, że proces awansu społecznego musi czasem rozciągać się na kilka generacji, oraz jeśli przyznamy, że niektórzy ludzie nie powinni trwonić większości swojej energii na zarabianie na życie, lecz powinni mieć czas i środki na poświęcanie się realizacji dowolnych wybranych przez siebie celów, to nie możemy zaprzeczyć, że dziedziczenie jest chyba najlepszym znanym nam sposobem selekcji takich osób. 

    Często się w tym kontekście nie zauważa, że działanie na podstawie zbiorowego porozumienia ogranicza się do przypadków, gdy poprzednie wysiłki zrodziły już wspólny pogląd; gdy opinia na temat tego, co jest pożądane, została ustalona; wreszcie, gdy problem polega na wyborze między możliwościami już powszechnie uznanymi, nie zaś na poszukiwaniu nowych. Opinia publiczna jednak nie może decydować, w jakim kierunku powinny zmierzać wysiłki mające ją samą wzbudzić, i ani rząd, ani inne istniejące zorganizowane grupy nie powinny mieć takiego monopolu. Zorganizowane próby muszą bowiem być inicjowane przez garstkę jednostek dysponujących osobiście niezbędnymi środ­kami lub mających poparcie tych, którzy takie środki mają. Bez takich ludzi dzisiejsze poglądy jedynie wąskiej mniejszości być może nigdy nie miałyby szansy na to, że zostaną podchwycone przez większość. Jak niewiele można oczekiwać od większości, dowodzi niedostateczne wspieranie przez nią sztuk zawsze wtedy, gdy zastępuje ona zamożnego mecenasa. A tym bardziej dotyczy to tych filantropijnych czy idealistycznych ruchów, pod których wpływem zmieniają się wartości moralne większości. 

      Nie jesteśmy w stanie przypomnieć tu długiej historii wszystkich słusznych spraw, które zaczęto uznawać po tym, jak samotni prekursorzy obudzili sumienie publiczne, poświęcając na to całe swoje życie i fortuny; historii długich kampanii, jakie toczyli, zanim w końcu zdobyli poparcie dla zniesienia niewolnictwa, reformy prawa karnego i więziennictwa, zakazu znęcania się nad dziećmi czy zwierzętami lub bardziej humanitarnego traktowania osób psychicznie chorych. Wszystko to było przez długi czas tylko natchnieniem jedynie garstki idealistów, którzy walczyli o zmianę podejścia przeważającej większości do przyjętych praktyk. 

7.      Skuteczne wypełnianie takiej roli przez ludzi bogatych jest jednak możliwe tylko wtedy, gdy społeczność jako całość nie uważa, że ich jedynym zajęciem jest obracanie majątkiem dla zysku i pomnażanie go, oraz gdy klasa ludzi zamożnych nie składa się wyłącznie z osób zainteresowanych jedynie materialnie produktywnym wykorzystaniem środków. Innymi słowy, trzeba tolerować istnienie grupy próżnujących bogaczy - lecz próżnujących nie w tym sensie, że nie robią niczego pożytecznego, lecz w tym sensie, że ich dążenia nie są całkowicie podporządkowane względom korzyści materialnej. Z tego, że więk­szość ludzi musi zarabiać na życie, nie wynika, że nie powinno być takich, którzy nie muszą zarobkować i mogą realizować cele nie znajdujące uznania u pozo­stałych. Niewątpliwie byłoby nie do przyjęcia, gdyby w tym celu arbitralnie zabierać majątek jednym i rozdawać innym. Nie miałoby także sensu, gdyby większość miała nadawać ten przywilej, bo wybierałaby ludzi, których cele już zaaprobowała. Tworzyłoby to tylko kolejną formę pracy najemnej, czyli kolejną formę wynagradzania za uznane zasługi, ale nie otwierałoby możliwości dążenia do celów, które nie zostały jeszcze powszechnie przyjęte jako warte zaintereso­wania.
 

     Mam wielki szacunek dla moralnej tradycji, która potępia próżniactwo, gdy oznacza ono brak celowego zajęcia. Lecz to, że nie pracuje się zarobkowo niekoniecznie oznacza bezczynność, nie ma też żadnego powodu, żeby nie uważać za godne zajęcia, które nie przynosi materialnego dochodu. Z faktu, że większość naszych potrzeb zaspokaja rynek, i że równocześnie umożliwia to większości ludzi zarabianie na życie, nie musi wynikać, że nikomu nie można pozwolić na poświęcanie całej energii celom, które nie przynoszą finansowych zysków, ani że tylko większość czy jedynie zorganizowane grupy mogą realizować takie cele. Z tego, że tylko nieliczni mogą mieć tę szansę, nie wynika, że jest niewskazane, żeby ktokolwiek ją miał. 

    Jest wątpliwe, czy klasa ludzi bogatych, której etos wymaga, żeby przynaj­mniej każdy należący do niej mężczyzna wykazywał swą przydatność, po­mnażając majątek, może zadowalająco usprawiedliwić swoje istnienie. Niezależ­nie od tego jednak, jak ważny jest taki niezależny posiadacz majątku dla ekonomicznego systemu wolnego społeczeństwa, jego rola jest być może jeszcze większa w dziedzinie myśli i opinii, gustów i przekonań. http://www.czasgarwolina.plCzegoś dotkliwie brakuje społeczeństwu, w którym wszyscy intelektualni, moralni i artystyczni przywódcy należą do klasy pracowników najemnych, zwłaszcza jeśli większość z nich zatrudnia państwo. A jednak wszędzie zdążamy do takiej sytuacji. Chociaż niezależni pisarze, artyści, prawnicy i lekarze nadal dostarczają opiniotwórczych wzorów, to olbrzymia większość tych, którzy powinni sprawować takie przywódz­two - uczeni w dziedzinach ścisłych i humanistycznych - to dziś pracownicy najemni, w większości krajów zatrudniani przez państwo. Pod tym względem dokonała się wielka zmiana w stosunku do XIX wieku, kiedy to postaciami publicznymi o wielkim znaczeniu byli uczeni-arystokraci tacy jak Darwin i Macaulay, Grotę i Lubbock, Motley i Henry Adams, Tocqueville i Schliemann, i kiedy to nawet taki nieprawomyślny krytyk społeczeństwa jak Karol Marks był w stanie znaleźć bogatego mecenasa, dzięki któremu mógł całkowicie poświęcić się wypracowaniu i propagowaniu doktryn szczerze znienawidzonych przez większość jego współczesnych. 

     Henryk Schliemann - tu na grafice z XIX w. - udowodnił wbrew współczesnym mu sceptycznym autorytetom, że homerowa Troja istniała, a nie była zmyśleniem. 

    Prawie całkowity zanik tej warstwy - zauważalny także w większej czę­ści Stanów Zjednoczonych - wytworzył sytuację, w której klasa posiadająca, czyli obecnie niemal wyłącznie grupa zajmująca się działalnością gospo­darczą, pozbawiona jest intelektualnego przywództwa, a nawet nie ma spójnej i przekonującej filozofii życia. Klasa ludzi bogatych, która jest po części klasą próżniaczą, będzie mieć w swoich szeregach proporcjonalnie więcej niż przeciętnie uczonych i mężów stanu, literatów i artystów. W przeszłości to właśnie dzięki kontaktowi z takimi osobami we własnych kręgach, dzieląc z nimi styl życia, bogaci ludzie interesu mogli uczestniczyć w ru­chach ideowych i dyskusjach kształtujących opinię. Europejskiemu obser­watorowi, którego musi uderzać widoczna bezradność klasy w Ameryce ciągle uważanej jeszcze czasem za rządzącą, może dojść do wniosku, że w dużej mierze dzieje się tak dlatego, iż to jej własne tradycje powstrzymują tworzenie się w jej kręgach grupy ludzi wolnego czasu - grupy, która wykorzystuje niezależność, jaką daje bogactwo, do celów innych niż powszechnie zwane ekonomicznymi. 

     http://www.czasgarwolina.plTen niedostatek kulturalnej elity w łonie klasy posiadającej jest jednak widoczny obecnie także w Europie, gdzie połączone skutki inflacji i podatków zniszczyły większość starej grupy „próżniaczej" i uniemożliwiły rozwój nowej. 

    Otóż to! Dodajmy do tego scholium Mikołaja Davili: "Najkrótszą i najdokładniejszą definicję prawdziwej cywilizacji napotykam u Trevelyana: "Klasa próżniacza posiadająca duże i uczone biblioteki w swych wiejskich rezydencjach." Takie, jak biblioteka Załuskich przekazana narodowi.

 

8.      http://www.czasgarwolina.plNie można zaprzeczyć, że w takiej grupie ludzi niezwiązanych pracą będzie proporcjonalnie znacznie więcej bon vivants niż uczonych i działaczy społecznych, oraz że ci pierwsi będą szokować opinię publiczną swoją ostentacyj­ną rozrzutnością. Takie marnotrawstwo jest jednak wszędzie ceną wolności i trudno byłoby twierdzić, że kryterium, na którego podstawie uznaje się konsumpcję najbardziej próżniaczych z bezczynnych bogaczy za marnotrawną i naganną, rzeczywiście różni się od kryterium, według którego konsumpcja amerykańskich mas byłaby oceniana jako marnotrawstwo przez egipskich fellachów lub chińskich kulisów. http://www.czasgarwolina.plZ punktu widzenia ilościowego rozrzutność związana z rozrywkami bogatych jest w istocie mało znacząca w porównaniu z marnotrawstwem, z jakim wiążą się podobne i równie „zbędne" rozrywki mas, które znacznie bardziej odchodzą od celów, jakie mogą wydawać się ważne z punktu widzenia niektórych norm etycznych. To jedynie ostentacyjny i nie­zwykły dla mas charakter rozrzutności w życiu bogatych ludzi sprawia, że wydaje się ona tak szczególnie naganna. 

    Jest także prawdą, że nawet jeśli rozrzutne wydatki niektórych ludzi są odstręczające dla reszty, nie możemy być nigdy pewni, czy w jakimś poszczegól­nym przypadku najbardziej nawet absurdalne eksperymenty w stylu życia nie przyniosą ogólnie korzystnych rezultatów. Nie jest zaskakujące, że życie na nowym poziomie możliwości przejawia się najpierw zupełnie bezcelowymi manifestacjami. Nie wątpię jednak - nawet jeśli stwierdzenie to niezawodnie spotka się z szyderstwem - że także zadowalające wykorzystanie wolnego czasu wymaga nowatorstwa, i że zawdzięczamy wiele z dziś powszechnych stylów życia ludziom, którzy poświęcili cały swój czas sztuce życia, a wiele zabawek i rodzajów sprzętu sportowego, które stały się później akcesoriami rekreacji, wynaleźli playboye. 

    Naszą ocenę użyteczności rozmaitych aktywności osobliwie wypacza wszechobecne stosowanie kryterium pieniężnego. Zaskakująco często ci sami ludzie, którzy najgłośniej narzekają na materializm naszej cywilizacji, nie uznają innego miernika użyteczności jakiejkolwiek usługi jak gotowość do płacenia za nią. Tymczasem czy jest naprawdę tak oczywiste, że zawodowy tenisista czy gracz w golfa jest pożyteczniejszym członkiem społeczeństwa niż bogaci amatorzy poświęcający swój czas doskonaleniu się w tych grach? Lub czy opłacany kustosz publicznego muzeum jest pożyteczniejszy niż prywatny kolekcjoner? Zanim czytelnik pospieszy się z odpowiedzią na te pytania, poproszę go jeszcze, żeby zastanowił się, czy w ogóle pojawiliby się zawodowi tenisiści i golfiści albo kuratorzy muzeów, gdyby nie poprzedzali ich bogaci amatorzy. Czy nie możemy już mieć nadziei, że jeszcze inne nowe zainteresowania zrodzą się z beztroskich eksploracji tych, którzy mogą się im poświęcać przez krótki czas życia ludzkiego? Jest całkowicie naturalne, że rozwój sztuki życia i wartości niematerialistycznych siłą rzeczy najwięcej skorzystał na poczynaniach tych, którzy nie mają trosk materialnych. 

     Jest jedną z wielkich tragedii naszych czasów, że masy uwierzyły, iż osiągnęły swój wysoki poziom materialnego dobrobytu dzięki ściągnięciu w dół bogatych, i obawiają się, że zachowanie lub powstanie nowej takiej klasy pozbawi je czegoś, co inaczej dostałyby one same i co uważają za należne sobie.  

     Widzieliśmy, dlaczego w rozwijającym się społeczeństwie niewiele jest powodów, żeby wierzyć, iż w ogóle istniałoby bogactwo, które osiągnęli nieliczni, gdyby nie wolno im było z niego korzystać. Nie zostało ono ani odebrane innym, ani im zabronione. Sygnalizuje ono nowy styl życia zapoczątkowany przez awangardę. 

     To prawda, że ci, którzy mają ten przywilej ostentacyjnego manifestowania możliwości, jakie będą dostępne może dopiero dla wnuków czy prawnuków innych ludzi, nie są na ogół osobami najbardziej zasługującymi na wyróżnienie, lecz po prostu przypa­dek ulokował je w miejscu do pozazdroszczenia. Lecz ten fakt jest nieodłączny od procesu rozwoju, który zawsze posuwa się dalej niż jakikolwiek jeden człowiek lub grupa ludzi są w stanie przewidzieć. Uniemożliwienie najpierw niektórym korzystania z pewnych atutów może siłą rzeczy uniemożliwić reszcie z nas korzystanie z nich kiedykolwiek. Jeśli z zawiści uniemożliwimy pewne wyjątkowe sposoby życia, w rezultacie wszyscy doznamy materialnego i duchowego zubożenia. Nie jesteśmy też w stanie wyeliminować nieprzyjemnych manifestacji indywidualnego sukcesu bez równoczesnego zniweczenia tych sił, które umoż­liwiają rozwój. Można całkowicie podzielać niesmak wobec ostentacji, złego gustu i marnotrawstwa wielu z nuworyszy, a jednak zgadzać się, że jeślibyśmy mieli wyeliminować wszystko, czego nie cierpimy, nieprzewidziane dobra, które w ten sposób moglibyśmy utracić, prawdopodobnie przeważyłyby szalę strat. Świat, w którym większość mogłaby zapobiec pojawianiu się czegokolwiek, czego sama nie lubi, byłby pogrążony w bezruchu i prawdopodobnie skazany na upadek.

 

Fryderyk August von Hayek
 

 

http://www.czasgarwolina.plPani Prezes Sądu Najwyższego jest pracownikiem najemnym, jak obecnie wszyscy sędziowie w Polsce. Tym łatwiej zrozumieć, że orzeczenia sądów formułowane są w systemie myślenia pracowników najemnych (siatka płac, wysługa lat, dodatek motywacyjny, prawo do świadczeń socjalnych). Dawniej sędziami zostawali ludzie z kręgu majętnych samodzielnych gospodarzy (np. sędzia Soplica z "Pana Tadeusza") utrzymujących się przede wszystkim z gospodarowania w majątku, dzierżawy kamienic, renty od kapitału. Z praktyki życiowej czerpali więc zrozumienie dla prawideł wolności i odpowiedzialności osoby ludzkiej, która nie może swych roszczeń do własności i wolności innej osoby nazwać swoimi "prawami".

Nieznany mi Pan Generał dowodzący służbami specjalnymi w Polsce jest pracownikiem najemnym o wielkiej odpowiedzialności za kontrolowane i kreowane przez siebie życie państwa. Można więc domyślić się, że kiedy dowiaduje się, że - powiedzmy - właściciel sieci cukierni w mieście wojewódzkim osiąga dochody 3 razy większe od niego odczuwa to jako absurdalną niesprawiedliwość. Jest więc zapewne niechętny zmianom umożliwiającym godne życie samodzielnych gospodarzy i przedsiębiorców (PIT jako ryczałt), a obecny system niejasnych reguł podatkowych w którym przedsiębiorca musi się bać służb skarbowych i socjalnych jest zapewne w jego pojęciu  o d p o w i e d n i o  opresyjny. A że 2 miliony Polaków wyjechało z Polski ...? A co to ma do rzeczy?

http://www.czasgarwolina.plDziennikarze polskich mediów ( tu pan Piotr Kraśko) są pracownikami najemnymi - i pomimo manier dżentelmena - mają mentalność najemnika. To tłumaczy dobór materiałów informacyjnych kwalifikowanych przez nich do swych mediów. Nieuczciwość pracodawców jest codziennie przedmiotem utyskiwania mentorów demokracji socjalistycznej, nieuczciwość pracowników - nie. A przecież wśród pracowników jest wielu złośliwych, nieuczciwych ludzi. Media przedstawiają w krzywym zwierciadle hierarchię problemów społecznych. Przemilczają wagę elit przedsiębiorczości i kultury schlebiając gustom większości.

http://www.czasgarwolina.plDoradcy Prezydenta III RP tacy jak pan profesor Witold Orłowski to pracownicy najemni. Nawet jeśli znają ekonometrię, to nie wykorzystują jej do samodzielnej przedsiębiorczości, ale uzyskania pracy na wysokopłatnym etacie. Obecne ustawodawstwo socjalne traktują jako nieodwracalne ustalenie postępu, zaś ozdrowieńcze, wolnorynkowe recepty - takich profesorów jak Robert Gwiazdowski utrzymujących się z prywatnej pracy - traktując jako nierealne. 

http://www.czasgarwolina.pl.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Piotr Breughel - Przypowieść o ślepcach. Na stronie tytułowej tekstu - Upadek Ikara.

.